wtorek, 9 grudnia 2014

#MikołajPromuje: Niech żyje nasza Republika! - Agata Bartnicka

#MikołajPromuje: Agata jest jedną z pierwszych blogerek, które się do mnie zgłosiły.
W jej tekstach czuć pasję. Tworzy ciekawe opowieści, charakterystycznie podając introspekcje.
Problem tyczył się nazbyt długich zdań. To drobne - techniczne - detale. Dla mnie najważniejsze jest, że autorka przenosi mnie tekstem w miejsce akcji... 



Niech żyje nasza Republika!

Agata Bartnicka, autorka "AGT - Cholera cię wie, laleczko"


W sobotę miał miejsce najważniejszy koncert tego roku. Konkurencję miał sporą - był przecież cały OFF Festival, czy jesienny Babu Król w nowym składzie z Królową. Czasem wstrząsająco, innym razem zmysłowo. Niekiedy do utraty tchu. 
A w sobotę były „Nowe sytuacje” Republiki. Te sprzed trzydziestu lat. Trochę sobie nie radzę z tym, co tam zobaczyłam...

Ogień na scenie to wyłącznie ludzie
Scena może zachwycać dekoracjami. Muzycy – biegać po niej w niecodziennych strojach. Półnagie tancerki mogą oblewać publiczność szampanem. Oczywiście. Ale też…
Może nie mieć zbyt wiele świateł, kolorów i słupów ognia. Publiczność wcale nie musi być młoda i pijana. Wystarczy, że perkusista będzie wiedział, co robi. 
Że będzie dobrze widoczny na scenie. Sam jego widok w pracy jest przecież hipnotyzujący. Basista – będzie się doskonale bawił, zaciskał mocno powieki, bujał się, tupał, biegał. Wystarczy, że za mikrofonem będą się zmieniać faceci, którzy nie potrafią ustać. Że będą się miotać, trochę w rytm, a trochę w ogień. Wymachiwać rękami, odprawiać jakieś tajemnicze obrzędy. Rzucać wściekłe spojrzenia.

Oprawa sceniczna nie ma przecież znaczenia. Świetny koncert z bogatą oprawą będzie doskonały - złego nic nie uratuje.To raz. Ale jest jeszcze inna sprawa, bardzo prosta: im mniej, tym więcej. Kiedy stojąc tuż przy krawędzi sceny widzę każdy grymas czy drgnięcie kolan. Nic nie rozprasza, nie odwraca uwagi.
Kiedy jak na dłoni widać każde potknięcie i nie ma go jak zamaskować, ale oni… im to nie robi różnicy. Oni płoną, spalają się, oni po tym wszystkim ledwie żyją. A ja pod sceną stoję otępiała… I nie do końca wierzę w to, co się właśnie wydarzyło.

Nie jesteś prawdziwy, póki się przejmujesz
Że wyglądam nie tak, jak powinnam, że ludzie patrzą, jak tańczę, ktoś słyszy, że śpiewam na całe gardło. Choć nie potrafię. Że kogoś może boleć, że jestem od niego wyższa, a pcham się pod samą scenę.
Albo tym, co jeden z drugim na niej wyprawiają – a czemu brak ładu i składu. Taniec nie jest tak estetyczny, jak w wyobrażeniach, bardziej przypomina atak padaczki. Zdjęcia źle wyjdą, bo jak śpiewa, to robi specyficzny grymas.
Tymczasem na scenie tarza się Tymon Tymański, a Budyń przygrywa mu na flecie. Wszystko na zaproszenie artystów, którzy robią aferę z płyty wydanej lata temu, do tego pod Świętą Nieobecność i Niezastąpioność lidera. Tu nie ma miejsca na przejmowanie się tym, co powiedzą ludzie. Są emocje, boże szaleństwo, jest ważny, piękny tekst. Przepiękny spektakl: wszystko, co czuć może człowiek, na raz.
Nie myśli się, nie wpadłabym nawet na to, by pomyśleć, że w oryginale coś brzmiało lepiej, czy choćby inaczej. W relacji ja – scena nic nie zakłócało obrazu. Oni - skupieni i szaleni, ja - zasłuchana i z obolałym od zadzierania głowy karkiem. 
Zobaczyć więcej, dojrzeć detal, gest, sposób gry. Oni czasem uśmiechający się – do mnie, przecież nikogo innego tam nie było. Tylko koronkowa bluzka, tylko czerwone usta. Tylko, zamiennie, szeroko otwarte, lub przymknięte, by usłyszeć najmniejszy szmer, oczy.

Jak często możesz sobie pozwolić na to, by się nie przejmować? 

Ja wyłączam się właśnie na koncertach. Z przyjemnością chodzę na nie sama. W tłumie łatwiej jest się otworzyć – wszyscy przyszli po to samo. Każdy wie, czego się spodziewać, co wolno, czego nie i dlaczego. Nikt nikomu nie robi problemów. Każdy krzyczy najgłośniej, jak umie, każdy reaguje w sobie właściwy sposób. Póki tłum jest tylko tłumem, masą obcych ludzi, jest  bezpiecznie i komfortowo. Oni są, napierają, swoją obecnością katalizują reakcje… Ale można o nich zapomnieć. Z rozkoszą więc ich – i się – zapominam.

Muzyka nie ma terminu ważności
Album, który zagrali, jest niemal dekadę ode mnie starszy. Dzieci artystów mogą być co najmniej moimi rówieśnikami. Brzmi jak odgrzewanie kotletów, reaktywacja dla pieniędzy i Park Jurajski?
Przecież co jakiś czas pojawia się wzmianka o „Celebration Day” i ludzie wariują ze szczęścia. Albo o tegorocznych występach Monthy Pythona… Albo oni, Republika, grająca bez, wydawałoby się, najważniejszego i niezastąpionego, Grzegorza Ciechowskiego, w repertuarze sprzed trzydziestu lat. Wychodzi wspaniale. 
Teksty – bardzo osobiste – takimi pozostają, nie są wykonywane, stają się własnością, emocjami, doświadczeniami wokalistów. Muzyka brzmi wciąż świeżo, równie niepokojąco. I równie mocno uderza do głowy. Drażni, wierci dziury w rzeczywistości… Dokładnie tak, jak moje wyobrażenie o niej „z tamtych czasów”, to, co znam z płyty, z radia, opowieści i teledysków. Wszystko działa tak, jak powinno – to znaczy tu i teraz, bez zastanowienia. Staje się na chwilę jedyną prawdziwą rzeczywistością, w której to ja jestem poetką i muzykiem, to ja, moje i tylko moje przeżycie.
Wychodzi wspaniale i trzyma na długo po koncercie, powodując późniejsze ryzykowne decyzje. Przedłużyć choć o godzinę trwanie tego pięknego stanu. Od siódmej do północy byłam więc wyjęta ze świata. Bardzo niechętnie do niego wróciłam, bo kiedy najpierw śpiewa się na koncercie piosenkę, potem ogląda się ją na nagraniu, a potem ta piosenka się zdarza, ledwie godzinę po ostatnim bisie, to… To pozostaje mi stać i tajemniczo się uśmiechać. Duże dawki szczęścia dezorientują.

Warto dziękować
Mam w zwyczaju po dobrych koncertach dziękować. W ten sposób zaczęło się wiele ciekawych znajomości. Niewiele znaczący uścisk dłoni i kilka słów bywały bardzo brzemienne w skutki.
A przecież to tak niewiele – dać znać, że było wspaniale, w tym tłumie był ktoś, dla kogo to, co zaszło przed chwilą, było ważne. Piękne. Że coś się dzięki temu zmieniło.
W sobotę nie miałam tej śmiałości. Pięć lat pracy na festiwalach, z artystami, obserwowania, jak zwyczajnymi są ludźmi i jak ich cieszy osobisty kontakt… A jak przyjdzie co do czego, to mi głupio.
Tak więc głupio było mi podejść do Tymona, by przybić piątkę. Czułam się niezręcznie i nie odpowiadałam na uśmiechy muzyków na scenie. Te skierowane wprost do mnie. Nie wiedziałam, co miałabym powiedzieć, gdy, odczekawszy swoje w kolejce po autografy, podeszłabym do zespołu.

To tylko wierzchołek góry lodowej
Głupio mi było odpowiedzieć na zaczepkę jednego z muzyków: „widziałem cię, stałaś po lewej stronie”. Nie mogłam, całe szczęście, uciec, więc zaczęłam pytać.
Za tym wszystkim, co podziwiam, kryją się historie. Wrażenia dziesiątek ludzi. Za każdą decyzją: „gramy!” jest kilkanaście punktów widzenia, setki pytań.
Dlaczego zaprosili Tymona i Budynia? Sprawdzili się? Co będzie dalej? Kim w zespole był Ciechowski? Jak ważna jest poezja?

Ja to wszystko już wiem. Wy – znajdźcie okazję, by zapytać.
Zakochajcie się tak, jak ja (który to już raz?).

Dla czytelników www. mikołajnowak.pl w ramach #MikołajPromuje,
Agata Bartnicka


PS. Dobre koncerty powodują skutki uboczne w postaci: zdartego gardła, obolałych pleców i niemożności wyłączenia melodii z głowy. Na dwie pierwsze dolegliwości lekarstwo jest bardzo proste: herbata i masaż. Na trzecią nie ma żadnej skutecznej metody. I za to też dziękuję.
- - -



Serdecznie polecam blog Agaty! To unikatowa mieszanka pasji i refleksji.
Skromna dziewczyna brawurowo przekazująca myśli na blog. Będę czytał regularnie.

Zostawcie jej komentarz:

- blog www.agt.blog.pl 
- strona na FB - dołącz i dyskutuj 
- strona na FB Mikołaja Nowaka