czwartek, 4 grudnia 2014

#MikołajPromuje: Tamta Strona Lustra - Anika Werner

Jakiś czas temu uruchomiłem akcję #MikołajPromuje, której zadaniem jest podnoszenie kompetencji blogerów. W planach mam też powołanie stowarzyszenia z tym samym założeniem.
Setki maili, mnóstwo komentarzy... Głosy sprzeciwu i wyroki. Każdy mail był wyjątkowy, ale tylko z jednego bił tak intrygujący smutek.. 

Anika to niezwykle wrażliwa dziewczyna. Zgłosiła się do mnie, bym podzielił się z nią wiedzą o webwritingu. Jednak, gdy czytałem jej teksty, to czułem, jak wzmacnia się skupienie. Jak wargi się zaciskają, a temperatura rośnie. Szukałem wad, by przesłać jej swoje uwagi. Tyle, że ładunek emocjonalny zawarty w tekście szybko zakończył poszukiwania. 

Bo, gdy masz styczność z kimś, kto stracił kogoś bliskiego... Wtedy uświadamiasz sobie jak kruche jest życie. A tekst szczery. Do bólu. Tak wygląda wrażliwa strona blogosfery.


Piekło jest na ziemi


Anika Werner, autorka "Tamtej Strony Lustra"


Piekło jest na ziemi...
Idę szpitalnym korytarzem.
Wszystko jest tak, jak zawsze.
Pielęgniarki, biegają z kroplówkami.
Lekarze, dyskutują między sobą.
Sprzątaczki, usiłują żartować z pacjentami.

Zaglądam do sali numer jeden.
Na łóżku, podłączony pod tlen leży Kamil.
Wychowanek domu dziecka.
Ma dwadzieścia lat, wygląda jak gimnazjalista. 
Uśmiecha się jak zawsze i zaprasza gestem do środka.
Wchodzę, siadam na skraju łóżka.
Słucham jak mówi.
O rodzicach, którzy go zostawili.
O swojej walce, o każdy dzień.
O życiu, którego większość spędził w szpitalnych murach.
Opowiada o tym, bez cienia pretensji.
Dziękuję, że mógł być.
Ot tak, po prostu.
Nagle, zaczyna dławić się krwią.
Duszność, odbiera mu głos.
Znika.
Wstaję, bo uświadamiam sobie,
 że Kamil zmarł kilka lat temu.

Przechodzę do sali numer dwa.
W okół stolika, jak szalony biega Oskar.
Nigdy, nie bardzo umiał usiedzieć na jednym miejscu.
Gdy wraz z moim synem, byli w podobnym wieku, chowali się do szaf.
Żeby doktor, nie mógł ich znaleźć. 
Pamiętam, telefon od jego mamy.
Pamiętam, gdy mówię synowi, że Oskara już nie ma.
Pamiętam jak po tej rozmowie, nie chcę nic jeść.
Przez trzy dni, z nikim rozmawiać.
Patryk miał wtedy 9 lat.
Oskar, całe jedenaście.
Stolik w sali znika.
Śmiech rozbieganego chłopca, również.

Odwracam się i widzę salę numer trzy.
Nad małym łóżeczkiem, pochylają się zgarbieni rodzice.
Ewa, ma cztery lata.
Podpięta, pod miliony rurek.
Każda, podtrzymuje ją przy życiu.
Dobiega do mnie, cicha modlitwa.
Widzę jak oboje, połykają łzy.
Aparatura nagle milknie.
Nie mogę słuchać, rozpaczliwego krzyku matki.

Uciekam do sali, numer cztery. 
Ola zawsze nazywała mnie, drugą mamusią.
Kochałam ją, jak rodzoną córkę.
Spędziłyśmy na rozmowach, szmat czasu.
Wspólne łzy, wspólne uśmiechy, wspólne milczenie.
Zawsze, chiała być na moim ślubie.
I była.
Zmarła w dzień, gdy przed ołtarzem mówiłam " tak"....

Z sali numer pięć, patrzy na mnie Mariusz.
Nigdy nie zapomnę, jego poczucia humoru.
Godzinami mógł mówić o Kasi.
Miłości jego życia.
Tak bardzo cieszyłam się, z zaproszenia na ich wesele.
W garnitur do ślubu, ubrano go jednak w inną podróż.
Tę ostatnią.
Odszedł, miesiąc przed  wymarzoną uroczystością.

Otwieram drzwi, do sali numer sześć.
Przy oknie stoi Paulina.
Obok niej, na krzesełku siedzi Edyta.
Zapraszają mnie na herbatę.
Trajkoczą jak zwykle, jedna przez drugą.
Nie przestają się śmiać.
Pierwsza zanika postać Pauli.
Zaraz po niej, jak mgła rozmywa się Edyta.

Mijam, kolejne pokoje.
Słyszę, ich głosy.
Widzę, chcące żyć oczy. 

W drzwiach sali numer siedem, stoi Radziu.
Prosty, dobry chłopak ze wsi.
Ciężko, nie było mieć do niego szacunku.
Nie wstydził się swojego pochodzenia.
Z pasją opowiadał o ziemi, którą kochał.
Trzy lata temu, obudziłam się w izolatce,
w której akurat przebywał mój syn. 
Podeszłam do parapetu.
Widziałam, jak wynosili jego ciało.

Z sali numer osiem, wychodzi stonowany Łukasz.
Wciąż mam ten obrazek przed oczami.
Jak wraz ze swoją żoną, niosą w nosidełku córeczkę.
Z taką dumą na twarzy.
To był ciepły piątek.
Wyjeżdżaliśmy do domu.
Oni też mieli wracać, lada dzień.
Ona wróciła, z córką.
Łukasz, poszedł już inną drogą, niedzielnym porankiem...

Siadam pod ścianą.
W moim mieszkaniu.
Myślę o tym, że w jednej z takich sal,
leży teraz mój syn.
Strach mnie zamroził.
Nagle dostaję wiadomość.
- Nia płacz mamo.
Ja też się boję.
Wszystko będzie dobrze.
Przecież, jeszcze tyle chciałbym ci powiedzieć...

Naucz się szanować to, co masz.
Doceniać, dany ci dzień.
Mów, że kochasz, jak najczęściej.
Biegnij do przyjaciela ciemną nocą, gdy cię potrzebuje.
Uśmiechaj się na widok słońca.
Tańcz w deszczu.
Ciesz się z oddechu.
Podawaj innym dłoń.
Nie oczekując nic w zamian.
Celebruj każdą minutę ze swoim dzieckiem.

Dlaczego?
Jeśli tego nie zrobisz, wezmę cię za rękę.
Przeprowadzę, przez szpitalny korytarz.
I otworzę drzwi numer jeden, dwa, trzy...
Żebyś zrozumiał, jak blisko jest piekło...


K O N I E C

Nic nie poprawiłem. Nie miałem odwagi. Ten tekst rozbroił mnie. Miałem ochotę zapalić papierosa, nalać sobie wina i nie myśleć o niczym. Dym za dymem, łyk za łykiem.
Jednak zastanowiłem się nad swoim życiem. Nad tym, jaki bywam dla innych: niekiedy szorstki i bezwzględny. Wymagający. Apodyktyczny.
Anika nawet nie wie, że swoją aktywnością wykonuje bardzo ważną pracę. Skłania nas do refleksji. Powiem tak: gdyby #MikołajPromuje było codziennym programem informacyjnym, to ten odcinek jest wydaniem specjalnym.

Aniko, dziękuję Ci. Polecam innym i proszę każdego o wsparcie dla Ciebie!
Będę promował, bo w dobie pustki intelektualno-emocjonalnej Twoje teksty są na wagę
złota. 

fot. Darek Pala

Czuję się odarty z mentalnej elewacji, jaką była odporność na krzywdę innych.
Anika całkowicie zmieniła moje postrzeganie. Za to pozostaję jej wdzięczny i...