środa, 8 października 2014

10/10: Mikołaj Nowak rozmawia z Dorotą Zawadzką, polską "Supernianią"

Dziesięć pytań. Dzień po dniu.
Bez retuszu: Dorota "Superniania" Zawadzka.

WSTĘP
Osobowość ciekawa, aktywna w sieci, intrygująca...  Idealna do #10na10!
Jedna z najsłynniejszych polskich psycholożek rozwojowych. Specjalistka od najtrudniejszych problemów związanych z dziecięcą psychiką.
Zadałem jej dziesięć pytań. Z uwagi na specyfikę podzieliłem je na trzy kategorie: społeczeństwo, wspomnienia i edukacja. Każdy znajdzie coś dla siebie. Zapraszam.

Superniania: Dorota Zawadzka

Cyfrowe płaszczyzny zdobywają nowe przyczółki…


SPOŁECZEŃSTWO: DZIEŃ PIERWSZY 

Mikołaj Nowak: Rozmawiamy w sieci. Wiele dziś się dzieje w Internecie – naturalnym medium młodych. To dobrze czy źle?
Dorota Zawadzka: Granica między światem analogowym, fizycznie namacalnym, a sferą życia pisaną ciągami zer i jedynek wciąż się przesuwa. Cyfrowe płaszczyzny zdobywają nowe przyczółki. W sieci się poznajemy, bawimy, uczymy. Przez ekran oglądamy świat. Mówię „my”, bo sama w coraz większym stopniu to robię. Współcześni młodzi to, w Polsce, pokolenie okresu transformacji. Czasu, kiedy my, zachłyśnięci wolnością i skupieni na karierach, nowych możliwościach i własnych celach pozwalaliśmy naszym dzieciom się oddalić. Oddalić umownie, bo nie tak, jak robili to nasi rodzice, wieszając klucze do mieszkania na szyi siedmiolatka.
My pozwoliliśmy na to, aby media, a w szczególności telewizja i raczkujący jeszcze – kilkanaście lat temu – segment cyfrowy zawładnęły dziećmi i częściowo nami samymi.
Dom zdawał się bezpiecznym azylem. Włączony telewizor czy komputer zajmowały czas i odcinały dzieci od naszego starego życia. Przy komputerze było bezpiecznie. To znaczy – tak się nam wydawało…
Dziś nie wystarcza już okienko z misiem. Dziś – czy to w tablecie, czy smartfonie – jest cały świat. Ten najdalszy, z relacjami z kosmicznej przestrzeni, i ten bliski jak fotka porannej kawy na Instagramie. Media społecznościowe kreują poczucie przynależności, bez konieczności pokazywania się. Pozwalają, łudząc anonimowością, prowadzić równoległe życie lub nawet kilka żyć. Młodzi stracili trochę własne granice, poczuli się „tam” jak u siebie. Wydaje się im, że wszystko kontrolują i znają. Chcąc być częścią „czegoś”, co uważają za „cały świat”, ograniczają swoją przestrzeń fizyczną coraz bardziej. Jednocześnie oddają sieci coraz więcej siebie i swojej prywatności, nawet najbardziej intymnej.
Czy to dobrze, czy źle? Moim zdaniem ani tak, ani tak. To symbioza ze światem, który kiedyś określano mianem wirtualności, a dziś jest już jak najbardziej realny. Realny dla młodych. Oczywiście, jak mawiał najbardziej znany polski Elektryk, „są plusy dodatnie i plusy ujemne”. Świat się zmienia i my – „starej daty” – musimy to nie tylko zaakceptować, ale też starać się jak najpełniej te przemiany wykorzystać.
Jaka bowiem byłaby alternatywa? Czy wolelibyśmy, aby ludzie – zamiast umawiać się na spotkania w sieci – wciąż dzwonili do siebie z budki telefonicznej lub zostawiali papierowe notki na tablicy ogłoszeń? Oczywiście pozostaje tęsknota za sztuką epistolografii czy erudycji, ale nasze babcie też tęskniły – choćby za męską czcią dla płci niewieściej.
Są oczywiście elementy cyfryzacji naszej codzienności, które niepokoją czy może raczej smucą. To zanik empatii, umiejętności wczucia się w emocje drugiej osoby. Empatia dziś przeszkadza w umieszczaniu zjadliwych czy wręcz okrutnych komentarzy.
Młodzi mają wiele umiejętności, ale nie są one przydatne w analogowym życiu
Dzisiejsze nastolatki nie czują różnicy między uprzejmością a flirtem. Bo sieć nie przenosi ironii, dowcipu, aluzji. Nie pokazuje emocji. Widać tylko słowo. A to samo słowo w zależności od wielu czynników może mieć różne znaczenia. Zwykłe „lubię cię” wypowiedziane z przekąsem, którego nijak nie da się zapisać na tablicy w Facebooku, może nie być fajne. Owszem, używamy protezy w postaci emotikonów, ale to zaledwie namiastka.
Mam również często wrażenie, że dajemy się prowadzić na cyfrowej smyczy. To, dokąd idziemy, może nas zaskoczyć. Cyfrowy świat oferuje pozorną otwartość i realną szybkość. Informacje napływają natychmiast po zdarzeniach. O tym, czy są istotne, decyduje jedynie liczba udostępnień czy odsłon. W zalewie „wiedzy” reagujemy szybko, działamy impulsywnie, nie dając sobie czasu do namysłu. Nie mamy czasu na oddzielenie ziarna od plew. Coraz rzadziej  zastanawiamy się, na ile informacje, którymi jesteśmy bombardowani, są prawdziwe. Liczy się tempo i moc przekazu. Liczą się lajki i szery. Króluje #.
Toniemy w zalewie plotek, bulwarowych newsów, gwiazdek znanych z tego, że są znane. To nowe wzorce dzisiejszych młodych. Nasze dzieci i ich dzieci chcą być takie, jak postaci z czerwonego dywanu. Media budują im współczesny panteon z tektury. Czego nie ma w sieci, to nie istnieje, a co zaistnieje, jest wyznacznikiem naszego samopoczucia i nas samych. Straszne to, ale z drugiej strony fascynujące. Straszne, bo nie da się poprzez ekran poczuć stopami rosy na porannej trawie a fascynujące, bo dzięki komputerowi widzimy rzeczy dziejące się wszędzie i w czasie rzeczywistym, jesteśmy – nomen omen – „on line”.
Młodzi wiedzą o sobie to, co im powiemy oraz to, co o sobie przeczytają w sieci – komputerowa społeczność może wynieść na wyżyny, dać ułudę popularności, bycia ważnym. Częściej jednak powoduje u nieukształtowanych i słabych psychicznie młodych ludzi poczucie niespełnienia i „niefajności”. Bo nikt nie odpowiedział, bo nikt nie zauważył. Ale czy aby na pewno nikt? A tak na zakończenie, w „internetach” zawsze ktoś jest. Można z tym kimś pogadać. W domu niekoniecznie, i to także ważny problem.

SPOŁECZEŃSTWO: DZIEŃ DRUGI – Hejterzy! Na karnego jeżyka!

MN: Demoniczna odpowiedź. Ale pełna racji, bo sieć to bezemocjonalny obraz świata. Młodzi porozumiewają się w niej głównie akronimami, np. OMG (Oh My God), NP (no problem), WTF? (What The F*uck?), LOL. Dlaczego tak jest? Przecież rozmawiając twarzą w twarz tak nie mówią. Era niskiej jakości internetu dostępnego przez modem na zwykłej linii telefonicznej skończyła się dawno temu. To z wygody?
DZ: Jeśli jedynym problemem Internetu byłoby używanie akronimów, świat wirtualny byłby niemal idealny.
No, oczywiście trochę żartuję, i do tego z rymem. :-) Tak naprawdę to według mnie tylko szczegół komunikacyjny. Sama posługuję się często takimi skrótowcami, głownie dla oszczędzenia czasu. Zakładam też, że moi rozmówcy znają te „znaczki”. Ta znajomość oznacza przynależność do kasty ludzi nowoczesnych, dynamicznych. Oczywiście zdarza mi się usłyszeć, że „starszej pani nie wypada”, no i oczywiście psychologowi nie wypada. W Polsce to dla niektórych jedynie żargon „gimbazy” – a ten nie jest dobrze widziany wśród statecznych matek i w ogóle dorosłych. Bzdurny stereotyp, ale takich u nas dostatek.
A wracając do porozumiewania się młodych, nie jestem pewna, czy głównie tak piszą do siebie, wiem jednak, że niekiedy z tą lakonicznością i symboliką przesadzają. Wystarczy też popatrzeć na teksty czy posty wielu „dorosłych blogerów”: ilość hasztagów w nich użytych niekiedy poraża. To jest dla mnie kompletna guma do żucia. Niekiedy nie ma treści, tylko same hasztagi.
Ostatnio widziałam życzenia urodzinowe dla rocznego synka u pewnej celebrytki: „1 b'day of Julciu #bday #cake #1st #makeawish #love #baby #family #party #starwars #candle”. To po co są właściwie te życzenia? Dla syna czy dla fejmu?
Młodzi w Polsce w ogóle słabo piszą i mówią, ilość błędów ortograficznych, gramatycznych, stylistycznych jest nieprawdopodobna. I znowu, żebyśmy się dobrze rozumieli, nie mówię tu o nieużywaniu ogonków, kreseczek i kropeczek, czyli znaków diakrytycznych. Mogę od biedy przełknąć angielską klawiaturę, ale pisanie „som” zamiast „” po prostu mnie boli.
Najbardziej rażące jest dla mnie używanie wulgaryzmów. Niektórzy chyba w ogóle tego nie kontrolują. Jakiś czas temu prowadziłam na Twitterze nocną dyskusję z Panem Zbigniewem Hołdysem. Nie pamiętam od czego się zaczęło, ale chyba od tego, że on bardzo lubi "grubo pojechać". Do czegoś się przyczepiłam (jak to ja) a on przekonywał mnie, że to piękno języka: dopiero, gdy będzie "pier...", "kur...", "jeb..." to tekst oddaje prawdziwe emocje. Nie zgadzałam się, ale wymiana zdań była interesująca i edukacyjna. Ja uważam, że jest tyle wspaniałych słów, którymi można zastąpić „ch…”, o tym słówku wówczas dyskutowaliśmy. A dla wielu to właśnie słowo-wytrych i pozamiatane.
Przypominam, że w "internetach" można/wypada/powinno się pisać TYLKO te treści, które powiedziałoby się interlokutorowi w oczy!
O tym warto wiedzieć, pamiętać i to stosować! Ilość jadu, przemocy werbalnej, jaka pojawia się pod nawet najbardziej błahym tematem, niekiedy mnie zdumiewa. Czasem zastanawiam się czy nie powinnam kasować całego wątku lub większości postów pod głównym tematem. Tak się dyskutujący rozpędzają.  Nie wyrażają swojej opinii, a oceniają. Nie udzielają rady, ale krytykują. Tworzą się głębokie rowy podziałów. Kilka lat temu udzielałam wywiadu Maćkowi Budzichowi. Powiedziałam wtedy, że jeśli pod jakimś tematem „moje matki się kłócą" to ja spokojnie czekam aż się "wykrwawią", a potem dopiero prowadzę merytoryczną rozmowę z tymi, które pozostaną na placu boju. To brzmi strasznie i zalatuje wyrachowaniem, wiem, ale czasem to jedyna metoda. Czasem ta ich prawda jest tak bardzo najichsza, że nie docierają już żadne argumenty. A jak dojdziemy pod ścianę, to zwykle obrywam ad personam. Za szczegół lub ogół.
Nie wiem, czy wiesz, że mój udział w Tańcu z Gwiazdami TVN – skądinąd świetna zabawa – uznany został przez wielu za kompromitację. Bo, według nich, od tańca ubywa rozumu, a co za tym idzie – autorytetu. No, ale muszę z tym żyć. :-) Świata nie zbawię, choć wciąż próbuję.
Ale się rozgadałam. To może odpowiem w końcu na pytanie. Nie wiem, czy młodzi używają skrótów dla wygody, może po prostu nie umieją inaczej, a może po prostu  jest im tak wygodniej, bo wiadomo, że wszyscy w sieci wiedzą, o co chodzi. Choć oczywiście nie powinno się tego zakładać. Przykładem może być spora dyskusja u mnie na profilu o znaczeniu "LOL". Jakie jest pochodzenie, jakie ma odmiany i co może znaczyć. Każdemu dzwoniło, ale w różnych kościołach. Generalnie wniosek był taki, że to na pewno wulgaryzm lub na pewno służy ośmieszaniu. Bo syn tak mówił jednej pani. Innej mówił co innego, ale to już nieważne. Ważne, by się o to pokłócić i wyładować emocje i frustracje. Więc często piszę EOT. (ang. End OF Topic, definitywne zakończenie dyskusji – przyp. M.N.). Ale niestety nie jest to jednoznaczne z zakończeniem rozmowy, bo jak wiadomo, kobieta musi mieć ostatnie zdanie. A u mnie jest 95 proc. kobiet. Więc, jak rozumiesz, dyskusje bywają długie..

SPOŁECZEŃSTWO: DZIEŃ TRZECI – Krytyka to nie zawsze hejterstwo

MN: Często krytykujemy polskie społeczeństwo za hipokryzję, cynizm i hejterstwo. Wymień proszę PIĘĆ POZYTYWNYCH CECH Polaków. W aspektach wychowawczych czy pedagogicznych.
DZ: Hipokryzja, cynizm i hejterstwo – to nie są chyba polskie grzechy główne. Nie uważam, że jako społeczeństwo jesteśmy cyniczni, na pewno niektórzy ludzie są. Bywają też hipokryci. Hejtu nauczyliśmy się szybko i wychodzi nam świetnie. Ja mam swoją prywatną definicją hejtu.
Hejter to dla mnie osoba, która, przychodząc na czyjeś terytorium, bez konkretnego powodu pisze o gospodarzu wyłącznie źle, co ślina na język przyniesie. Jeśli to samo robi na neutralnym terytorium, to plotkarz, jeśli na swoim – to frustrat.
Hejter to ktoś, kto nie dyskutuje, a ubliża. Zawsze sprowadzi rozmowę do wątków personalnych, choćby sprzed wieków. W sieci wielu ludzi rozmawia, niekiedy się kłóci, nie brakuje niestety także hejterów. Jednak krytyka to nie zawsze hejterstwo. A tak często rozumieją ją tzw. celebryci. Wszystko zależy, jak co jest powiedziane. Jeśli ktoś pisze: „jesteś gruba i fatalnie wyglądasz” – to poza tym, że jest to wpis nie na temat, wyraża jedynie niepochlebną opinię czytającego. Ale jeśli ktoś pisze „gruba świnio idź do chlewu” to już jest hejt. Jest obrzydliwy, ale ten skierowany przeciwko mnie zdecydowanie mnie nie rusza.
Wiesz, jakie mam na to lekarstwo? Czytam wszystkie złe komentarze i przy kolejnym już śmieję się głośno. Spróbuj. To są absurdalne posty. Tak absurdalne, że aż śmieszne. Poza tym z racji zawodu zawsze myślę o tych, którzy owych wpisów dokonują i wtedy po prostu mi ich żal. To by było na tyle, jeśli chodzi o hejt.

Sieciowi mądrale...

Sama doradzam, edukuję, wyjaśniam, dyskutuję, udzielam odpowiedzi na zadane pytania i często też pytam. Mam wyraziste poglądy i się z nimi nie kryję. Ale przecież nie trzeba się ze mną zgadzać. W internetowym śmietniku jest wszystko, można wybrać mnie albo nie. Jeśli komuś pasuję ze swoim spojrzeniem na świat i podejściem, to świetnie, cieszę się. Każdy ma prawo do własnego zdania. Na szczęście.
Prosisz o pięć pozytywnych cech Polaków w aspektach wychowawczych czy pedagogicznych. Nie dzielę rodziców na Polskich i zagranicznych, choć oczywiście różnice widać. Podam więc cechy, umiejętności – moim zdaniem – niezbędne dla rodziców w ogóle. Te dobre, wartościowe, ważne – chciałabym, żeby pasowały do wszystkich rodziców w Polsce.
1. Kochają – szanują.
2. Słuchają – rozmawiają.
3. Ufają – wspierają.
4. Stawiają granice – nagradzają.
5. Edukują się – są wzorem.

Do wielu pasują, prawda? Ale do jakże wielu – nie. Trzeba by, jak brzydkiej siostrze Kopciuszka, obciąć palec, by pasowało. Myślę jednak, że to „niepasowanie” nie jest naszą cechą narodową. Są rodzice mądrzy i nie do końca, troskliwi i mniej. Są różni. Trzeba pamiętać, że nasze społeczeństwo jest takie, jak polskie rodziny. Zdarza się, że jesteśmy na pokaz, dla innych, na zewnątrz. Udajemy często coś, co się nie dzieje. Ważne tylko, co ludzie powiedzą. Jak cię widzą, tak cię piszą. Jakie to nasze.
Jeszcze kilka lat temu moja odpowiedź byłaby inna. Ale wszystko strasznie się zmienia. I zmienia się rodzina. Brakuje mi tego, co przed laty było jej siłą. Wielopokoleniowość. Rodzinność. Szacunek dla starszych. Tradycja. Mniej na pokaz. Dom prosty, ale ciepły. Wspólnie poszukiwano rozwiązań, reperowano zepsute.
Mimo obiektywnych trudności, byliśmy spokojniejsi, chyba bardziej uśmiechnięci, wyluzowani i pewni siebie. Także jako rodzice. Dzieci nie były chowane pod kloszem. Miały wolność, która pozwalała na rozwój indywidualności i odwagi. Zaradności i samodzielności. Były bardziej samodzielne niż obecnie, organizowały sobie zabawy. Rodzice bardziej dzieciom ufali, nie wyręczali w wielu czynnościach.
No to przyszła pora na odpowiedź:
1. Utożsamiamy się z sukcesami i porażkami swoich dzieci.
2. Staramy się zapewnić dzieciom wszystko, co tylko możliwe.
3. Dbamy o każdy możliwy obszar dziecięcego życia.
4. Planujemy w pełni życie naszych dzieci.
5. Wiemy wszystko najlepiej.
Ale czy to wady, czy zalety? To już inna kwestia.

SPOŁECZEŃSTWO: DZIEŃ CZWARTY – W mediach można wszystko albo nic

MN: Mam wrażenie, że ta odpowiedź była problematyczna. Była? Chciałbym zapytać także wydarzenia bieżące. Niedawno sieć obiegły nagie zdjęcia gwiazd, wykradzione przez hakera. Ja twierdzę, że to zabieg celowy. Byłaś jedną nogą w tzw. Show-bizie. Do czego ludzie są w stanie się posunąć, by tylko o nich mówiono?
DZ: Nie, nie była problematyczna. :-) Bardzo staram się widzieć tylko jasną stronę i zawsze chwalić to dobre, co widzę, ale nie zawsze się da. W dobrych rodzinnych relacjach nie mówimy do siebie podniesionym głosem, a jeśli słychać krzyk, to stoi on na ogół w sprzeczności do dobrych relacji. Zwróć uwagę na polski i zagraniczny poziom głośności. Tam, jeśli głośny – to śmiech lub pozytywne „ochy i achy”. U nas często strofowanie, awantura lub kłótnia. Mnie to boli. Pytasz o nagie zdjęcia gwiazd. Pytasz więc o plotki. Mówiąc szczerze, średnio mnie zajmują takie rzeczy. Rzadko zaglądam na portale „terapeutyczne” zwane elegancko „lifestyle’owymi”. Sprawa, o którą pytasz, była głośna nie tylko w mediach plotkarskich. Mnie raczej zainteresowała techniczna strona tej historii. Czyli – jak można było obejść zabezpieczenia, jak się włamano. Jak to było w ogóle możliwe? I po drugie: jak ważne jest, by myśleć zawsze o tym, co umieszcza się w przestrzeni wirtualnej, choćby nie wiem jak bardzo prywatnej.
Gdy byłam, jak to nazywasz „jedną nogą w „szoł-bizie”, obserwowałam wiele działających tam mechanizmów. Dziś, znając je, z kilkoma osobami w ogóle bym nie rozmawiała. Było minęło. Nie rozmyślam nad tym. Ja nie robiłam i nadal nie robię nic tylko po to, by o mnie mówiono. Czemu robią to inni? Jeśli to robią, trzeba by ich zapytać, bo każdy ma swoje motywacje.
Słyszałam kiedyś takie stwierdzenie, że popularność uzależnia. „Nie mówią o tobie, nie istniejesz”. Dlatego u niektórych pojawia się coś, co określa się jako „parcie na szkło”. Nieważne co mówią, byleby nie pomylili nazwiska. Wielokrotnie dzwonią do mnie media, bym skomentowała czyjąś wypowiedź, zachowanie, ubranie.
Nie robię tego. Nie znaczy to jednak, że nie mam własnego zdania. Owszem mam i bywa, że sama je prezentuję. Najczęściej, gdy trafia mnie szlag przez głupotę czy chamstwo. Ale to naprawdę rzadkość w moim wykonaniu.
W mediach można wszystko albo nic. Każdy ma swoje pudełko. Jeden z napisem „błazen”, inny  „plotkarz”, a inny z napisem „psycholog”. I psychologowi wielu rzeczy nie wypada i nie wolno. A ja to oczywiście rozumiem, choć nie zawsze lubię. Czasem wręcz protestuję. Taka sytuacja, klimat czy lajf. Jak kto lubi. Telewizja to nie jest prawdziwy świat, choć odnoszę wrażenie, że dla niektórych bardziej prawdziwy niż ten rzeczywisty.
W sumie rzadko oglądam telewizję. Najczęściej sport i czasem wiadomości. Sporo filmów, ale nie polskie seriale. Czasem muszę, bo jestem proszona o opinię, albo na potrzeby artykułu lub bloga. Wszak robiłam to przez wiele lat, pisałam recenzje, oceny programów telewizyjnych. Tobyła moja specjalizacja. Potrzeba „zaistnienia” jest zapewne dla wielu istotna. Ale bywa też pułapką. Bo cokolwiek potem zrobisz, musi być „bardziej, mocniej, głośniej” i dokąd to prowadzi? Być może właśnie do nagich „selfie”. Ja raczej nie mam podejrzeń, że to celowy zabieg. Ale wszystko jest możliwe. Już nie takie rzeczy widziałam.

WSPOMNIENIA: DZIEŃ PIĄTY – Coś przyjemniejszego

MN: Dobrze, teraz porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym. Wymień proszę pięć miejsc, do których zawsze chętnie wracasz. Może z uwagi na ich specyfikę, sentyment, urok...
DZ: To na pewno przyjemniejsze pytanie, ale nie takie znów łatwe, jak by się w pierwszej chwili wydawało.
Tylko pięć miejsc? Jak to uporządkować? Może alfabetycznie…
MN: Dasz radę.
1. Brugia – miasto w Belgii, a ściślej we Flandrii. W 2008 roku zobaczyłam film In Bruges czyli „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” i zachwyciłam się. Niekoniecznie filmem, ale miejscem. Zapragnęłam popłynąć łodzią, siecią wąskich kanałów. Przeciskać się pod kamiennymi mostami nisko zawieszonymi nad czarną wodą. Popatrzeć w okna zasłonięte koronkowymi firankami. Poczuć tamten czas, gdy w Brugii tworzyli wielcy malarze szkoły flamandzkiej. Już tego samego lata pojechaliśmy zwiedzić to miasto i nic mnie tam nie rozczarowało. To urokliwe miejsce. Wiem, że będę tam wracać. Do ulic ze sklepami pachnącymi czekoladą i pełnych misternie tkanych ażurów z wzorami pamiętającymi XVII wiek. Zbieram magnesy i właśnie taki z koronką przywiozłam sobie z Brugii.
2. Ilha Deserta – maleńka wyspa w portugalskiej prowincji Algrave w okolicach Faro. Popłynęliśmy tam na całodniową wycieczkę po Ria Formosa, niewidzialnej rzece, która ukazuje się podczas odpływu, tworząc sieć przesmyków między błotnistymi zaroślami. Z nich wypływa się na otwarty ocean i już z daleka można dostrzec biel piasku Bezludnej Wyspy. Wysepka nie jest zgodnie z nazwą zamieszkała, ale jest na niej restauracja, „Restaurante Estamine”. Ma ona opinię jednej z najlepszych w okolicy. Świeże owoce morza i ryby popijane wodą (ja) i białym winem (mąż). Zapachy i smaki na zawsze zapamiętane. Przez wyspę poprowadzony jest drewniany podest. Na jego końcu plaża, ach, ta plaża. Przywiozłam stamtąd walizkę muszli. Wielkich, pięknych. Są ozdobą mojej łazienki. Byliśmy tam zupełnie sami w majowy poranek. Cisza i spokój i samotność, której w zasadzie nie lubię, ale tam mnie urzekła. Piasek porównywalny do polskich plaż. Było cudnie. Czasem śni mi się po nocach. Być może w przyszłym roku tam właśnie wybierzemy się ponownie.
3. Kazimierz Dolny – tej polskiej perełki reklamować nie trzeba. Bardzo lubię to miasto, ale poza sezonem. Lubię spoglądać na nie z góry, choćby z Góry Trzech Krzyży. Zagubić się na ścieżkach spacerowych prowadzących przez wąwozy. Przepiękna architektura i wrażenie, że czas się zatrzymał. Galerie obrazów, w których można znaleźć zaklęte miejscowe klimaty. Byliśmy tam w jednodniowej podróży poślubnej i wracamy nader często. Choćby w ubiegły weekend. Ciepło i słonecznie. Na drodze ponad Kazimierzem pola malinowe i samoobsługa za niewygórowaną cenę. Cisza aż w uszach dzwoni. I pachnie. Pachnie wsią. I dzieciństwem.
4. Łeba – pierwszy raz byłam tam w 1978 roku. Nastolatka na OHP. Nawet morza nie widziałam. Sześć tygodni w kuchni i na zmywaku. Bardzo ciężka praca. Ale następny rok i kolejne, rok po roku, to już urlopy, najpierw z pierwszą szkolną miłością, a potem jako mężatka z synami. Kilkanaście lat, rok w rok zawsze do Łeby. Znam to miejsce i śledzę zmiany, jakie w nim zachodzą. Większość z nich na lepsze. Nie zmieniają się tylko cudowne ruchome wydmy. Przepiękna plaża, zachody słońca i poczucie beztroski. Nie wiem czemu tam akurat, ale właśnie tam chyba najlepiej odpoczywam. Nawet w tłocznym i głośnym sezonie. Nawet, gdy palca nie ma gdzie wetknąć. Łeba to moje miejsce nad morzem.
5. Porto – znów Portugalia i ujście rzeki Douro nad Oceanem Atlantyckim. Strome, wysokie, gęsto zabudowane skarpy. Po jednej stronie zwyczajne życie, piękne stare domy i schody stromych wąskich uliczek. Koty wygrzewające się na murach i liczące suszącą się bieliznę. W szarych murach plamy błękitnych wzorów azuleiros. Glazurowanych ozdobnych płytek. Z drugim brzegiem spina Porto most. Konstrukcja imponująca, bo autorstwa pana Eiffla, tego od wieży w Paryżu. A za rzeką królestwo porto zaklętego w ciemnym szkle butelek lub w beczkach po brandy, piętrzących się pod ścianami piwnic Domów Porto. Najlepsze na świecie i jedynie prawdziwe jest tylko tu. Miasto do wędrowania, smakowania, podziwiania przestrzeni i ludzi, którzy żyją dumną tradycją. Czasem zastanawiam się, czy nie przenieść się na emeryturę właśnie do Portugalii. Piękny, przyjazny kraj. Ależ się rozmarzyłam…
Galeria Doroty Zawadzkiej. Zdjęcia unikatowe.




SPOŁECZEŃSTWO: DZIEŃ SZÓSTY – Jestem dumna z marsjańskich łazików, nie z odsłon na YouTube

MN: A co Superniania zrobiłaby na miejscu wystraszonych przez SA Wardęgę jego niesamowicie popularnym na całym już świecie „psopająkiem”? Żart śmieszny czy niemądry?
Zobacz film Sylwestra Wardęgi
DZ: Jakoś tak czułam, że możesz o to zapytać... Złożyłam gratulacje owemu SA Wardędze, ale szczerze przyznam, że o jego istnieniu dowiedziałam się właśnie po tym filmie. To również pierwsze jego dzieło, które widziałam. Nie znoszę  i nie toleruję tego typu atrakcji. Kolejny film oparty na prostym scenariuszu „przestraszymy kogoś – będzie śmiesznie”. Widziałam już duchy w windzie, rzekomy wybuch wojny światowej za oknem, otwierające się trumny, inscenizowany akt terrorystyczny, akcję reanimacyjną po ataku chemicznym w supermarkecie, jest tego co niemiara w czeluściach „internetów”. Szkoda zmarnowanej inwencji i potencjału. To głupie. A że „świat oszalał”, to tym gorzej dla świata.
Gdyby mnie spotkała taka przygoda, to – jak napisałam w komentarzu gratulacyjnym – „najpierw bym umarła ze strachu, a potem zrobiłabym autorowi z siedzenia jesień średniowiecza”. Że nie wspomnę o pozwie do sądu za straty. Jeszcze nie wiem jakie, ale jakiś rzutki mecenas na pewno by wiedział.
Miliony odsłon robią wrażenie, ale czy to już sława? Na pewno meteor i ktoś usłyszał imię psa, skądinąd fajnego. Zalano lajkami kanał na YouTube i teraz dopiero okaże się, co z tą popularnością Wardęga zrobi.
Jak ją wykorzysta. Jestem ciekawa, podwójnie po jego zapewnieniach, że zajmie się sprawami społecznie ważnymi.
Mógłby. Wtedy powiedziałabym – tak, to SUKCES. A tak? To troszkę jakby wsadził palec między drzwi globalnej sieci uchylone przez Ellen Degeneres. Pytanie, czy uda mu się wejść, czy też zostanie z przyciętym paluchem? To wyczyn trochę jak pokazanie gołego tyłka – wielu się podnieciło i co? I nic...
Mam nadzieję, wręcz życzę autorowi realnego sukcesu. Niech mądrze to wykorzysta, niech przekuje to w coś sensownego. Oczywiście życzę też tzw. zmonetyzowania(ach jak lubię dźwięk tego słowa… cudne, prawda?) pomysłu.
Warto przy tej okazji porozmawiać o tym, czym w ogóle dla nas jest dziś sukces? Wygląda na to, że wciąż jesteśmy zaściankiem, który ekscytuje się „głaskami” w typie telefonu od Beyoncé czy wzmianki w telewizyjnym show zza oceanu. Dla mnie powodem do dumy z sukcesu Polaka nie jest liczba odsłon filmiku na YouTube. Jestem dumna ze studentów z Białegostoku oraz ich projektów marsjańskich łazików. Porusza mnie historia nastolatki, która z wioseczki pojechała na wymarzone studia za ocean, wbrew wszystkim i wszystkiemu, pod prąd. Nie chcę słuchać polskich „sław” pokazujących cycki lub chwalących się, że sprzątały u gitarzysty ze Stonesów. Zachwyca mnie, gdy dowiaduję się o odkryciu Olgi Malinkiewicz czy 17 letniej Joasi Jurek. Ale to ja, Dorota Zawadzka, a nie świat. Przy takim świecie „ja wysiadam”…

EDUKACJA: DZIEŃ SIÓDMY – Obraz dzieci w sieci...

MN: Masz skrystalizowane poglądy. Chciałem zapytać o sześciolatki, ale widzę, że wielokrotnie wypowiadałaś się w tym temacie. Zatem inaczej: co Dorota Zawadzka uważa o rodzicach notorycznie dodających zdjęcia – nie tylko sześcioletnich – dzieci do Internetu? Kiedyś mówiło się na to drastycznie „pożywka pedofila”. Czy dziś już to natura sieci?
DZ: Tak, to prawda, że z reguły wykładam kawę na ławę. Co nie znaczy, że trwam niezłomnie przy swoim zdaniu.  Bywa, że je zmieniam lub łagodzę swoje czarno-białe podejście. O edukacji szkolnej sześciolatków rzeczywiście powiedziałam już chyba wszystko, co miałam do powiedzenia. Ale gdy czytam, że „mądra taka jestem, bo nie dotyczy to moich dzieci” to przypominam, że obaj moi synowie poszli do szkoły w wieku 6 lat. A pamiętać należy, że wtedy (druga połowa lat 90.) szkoły były w zdecydowanie gorszej kondycji niż dziś.
Zawsze trzeba myśleć o konsekwencjach swoich działań. Zamieszczanie zdjęć w internecie – czy to dzieci, czy dorosłych – nie jest wyjątkiem. W przypadku, gdy publikujemy (wolę tak to nazywać) swój wizerunek, skutki ponosimy przede wszystkim my sami. Gdy rzecz dotyczy dziecka, sprawy przedstawiają się zdecydowanie inaczej.
Po pierwsze – szczególnie w przypadku najmłodszych – pozbawiamy je prawa do ewentualnego sprzeciwu. To rodzice, najczęściej matki, z powodów różnych umieszczają zdjęcia pociech (jakoś nie przepadam za tym określeniem) wszędzie i przy każdej nadarzającej się okazji. Oczywiście nie wszyscy, ale duża liczba użytkowników sieci, nie ma w tym względzie żadnych oporów.
Samo upublicznienie zdjęcia nie jest według mnie niczym nagannym, ale trzeba pamiętać o kilku sprawach.
Nie tylko z resztą pamiętać, ale uczynić z nich zasady, które zawsze bierzemy pod uwagę i rozwagę ZANIM wrzucimy do tego globalnego worka cokolwiek. Po pierwsze zdajemy sobie sprawę z nieodwołalności czy może raczej nieodwracalności swojego działania. Zdjęcie raz zamieszczone nie znika nigdy. Do tego tracimy nad nim jakąkolwiek kontrolę.
Nie istnieje de facto coś takiego, jak przestrzeń prywatna w sieci.
Zdjęcie, które uważamy za prywatne i publikujemy na naszej osobistej, dostępnej (teoretycznie) dla grona znajomych stronie/tablicy – jest już publiczne i dostępne. Czy zostanie wykorzystane, to jedyne pytanie, które możemy sobie zadać. Prawa autorskie w Internecie to wciąż pieśń przyszłości, szczególnie te, które pozwalałyby chronić prywatność, a nie pieniądze wielkich tego świata. Nasze zdjęcie może więc trafić w najróżniejsze miejsca i zostać wykorzystane w dowolnym kontekście z nieprzewidywalnym komentarzem.
Ekstremalną sprawą jest oczywiście publikacja nagich zdjęć. Jeśli zdarza mi się trafić na takie gdzieś w czeluściach sieci, staram się dotrzeć do rodziców i spowodować, by je usunęli, a następnym razem się zastanowili co robią. Wyjaśniam, edukuję i niestety wystawiam się na strzał, bo rodzice, dziadkowie czy ciocie nie lubią, gdy ktoś zwraca im uwagę „w ich prywatnej sprawie”. Tu właśnie, jak wyjaśniłam wcześniej, tkwi błąd rozumowania. Nie ma bowiem właściwie znaczenia, jak bardzo „zabezpieczymy” zdjęcie – ono zawsze może „wyciec”.  Poza tym zupełnie pomijany jest ewentualny protest dziecka w tej sprawie.
Domowi fotografowie nie zastanawiają się nad tym, co powie dziecko za kilka lat, gdy okaże się, że jego wizerunek stał się publiczny.Znam kilka świetnych blogów rodzicielskich. Regularnie zachęcam do ich czytania także na swoim fejsbukowym podwórku. Niektóre ilustrowane bogato zdjęciami dzieci, jest również sporo fotoblogów rodzicielskich, lifestyle’owych z modą czy zabawami.

To nie jest tak, że nie wolno czy nie powinno się. Po prostu trzeba zawsze pomyśleć, po co to robimy. Czy jest to zaledwie nasza „pociecha”, czy np. sposób ilustracji dla ważnego społecznie tematu. To dokładnie tak, jak rozważenie, czy my – dorośli – mamy prawo do wykorzystywania wizerunku dzieci w ogóle. Uważam, że tak, o ile służy to:
a) temu konkretnemu dziecku,
b) pomaga innym dzieciom i rodzicom w rozwiązywaniu kłopotów i problemów wychowawczych.
Najważniejsze są nasze intencje, uwaga i myślenie o dobru dziecka w tej sytuacji. Co zaś tyczy się pedofilów: oczywiście, warto mieć w tyle głowy wszystkie zagrożenia. Ale nie szalejmy i nie dajmy się zwariować. Nie wzywajmy policji, by aresztowała przedszkolnego Św. Mikołaja, bo sadza sobie dzieci na kolana i nie róbmy awantury nauczycielce, gdy dowiemy się, że przytuliła nasze maleństwo, gdy płakało. Umiar, rozsądek, myślenie i wiedza to narzędzia, których używanie zalecam rodzicom zawsze, gdy ich działania dotyczą dzieci, chociaż nie tylko wtedy...

EDUKACJA: DZIEŃ ÓSMY – Przedszkola. System punktowy premiuje kombinatorstwo

MN: Cofnijmy się o rok albo o kilka lat i porozmawiajmy o przedszkolakach. Czy Twoim zdaniem polski system przedszkolny jest OK? Niektórzy rodzice płacą krocie, inni czekają, aż dziecko się dostanie do wybranej placówki i... Też płacą krocie. W przypadku przeszkoli państwowych decyduje punktacja. To dobry system? Czy lepiej dowozić dziecko – za większą opłatą – do prywatnego?
DZ: System przedszkolny – a mam tu na myśli podstawę programową i ideę – jest niezły, ale niestety przedszkoli mamy ciągle za mało, różnie bywa z pieniędzmi. Dodatkowo wciąż trwa reforma, której wydłużanie nie sprzyja podnoszeniu standardów. Pewnie dlatego nie wszystko działa tak, jak powinno.  Ale nie tylko dlatego i nawet nie przede wszystkim.
Realizując prawo do kształcenia, wychowania i opieki, a więc zgodnie z art. 70 ust. 1 Konstytucji RP, każdy ma prawo do nauki. Również w przedszkolu. Odwiedzając przedszkola, spotykając się z rodzicami, nauczycielami – tym, którzy nie wiedzą, przypominam, że w przedszkolu też są nauczyciele, a nie przedszkolanki – mam wrażenie, że rozjeżdża nam się przedszkolna rzeczywistość z zapisami programowymi. Jak mówiłam na wstępie, nie mam zastrzeżeń do podstawy programowej, czyli zakresu przekazywanych treści, czasem mam jednak do metod pracy z dziećmi.
Rozdzielmy więc dwa problemy. Pierwszy to zbyt mała liczba przedszkoli, a ściślej niedostosowanie jej do potrzeb w konkretnych miejscach. Mam tu na myśli obszary wiejskie i nowe osiedla mieszkaniowe. Tu sytuacja ulega poprawie.  Obok przedszkoli funkcjonują także oddziały przedszkolne w szkołach podstawowych oraz punkty przedszkolne i zespoły wychowania przedszkolnego. Ostatnie dwie formy wychowania przedszkolnego przeznaczone są dla niewielkich grup dzieci i tworzone są w miejscowościach odległych od przedszkoli i szkół podstawowych. I to jest to światełko w tunelu. W miastach z kolei powstaje coraz więcej prywatnych przedszkoli, które zdają się coraz skuteczniej łatać dziurę w sieci placówek państwowych.
Drugi, o wiele poważniejszy problem to poziom przygotowania zawodowego nauczycieli przedszkoli. Opiekunów małych dzieci, którzy spędzają z nimi od kilku do kilkunastu godzin dziennie. Moje doświadczenia w tym względzie nie napawają optymizmem. Niestety, najgorzej wygląda tu sam system kształcenia przyszłych pedagogów. Sama miałam okazję przez chwilę w nim uczestniczyć. Nie dałam rady... Spotkałam się z młodymi kobietami, które do zdobycia dyplomu pchnęło przede wszystkim przeświadczenie, że „kochają dzieciaczki”. Nie wiedziały o dzieciach NIC, nie przeczytały NIC, nie interesowały się NICZYM.
Czy wiesz, że szkołach wyższych przygotowujących nauczycieli przedszkoli studentki uczą się śpiewać piosenki i grać na cymbałkach? To nic złego, ale nie tam. Takie rzeczy powinno się sprawdzać na egzaminie wstępnym, bo moim zdaniem do tego zawodu powinni trafiać najlepsi. Tylko najlepsi.
Idealne przedszkole to także place zabaw dla dzieci: młodszych i starszych, sale dostosowane dla potrzeb rozwojowych, nowoczesne wyposażenie, smaczna i zdrowa kuchnia, ciekawe zajęcia dodatkowe, zapewnione bezpieczeństwo.
Dobre przedszkole czy szerzej – udane dzieciństwo – ma podstawową rolę w kształtowaniu osobowości dorosłego człowieka. Nie może być tam nudno, ale także nie powinno się zbytnio eksperymentować. Dziecku potrzebna jest stabilność i poczucie bezpieczeństwa, przewidywalność. Najważniejsze jest jednak to, aby sposób „wychowywania” i fundamentalne wartości przekazywane w przedszkolu były spójne z tymi, które są najistotniejsze dla rodziców. Czyli kompleksowe zadbanie o harmonijny rozwój dziecka i zapewnienie mu do tego optymalnych warunków.
System punktowy, obowiązujący w naborze do placówek, poprawiany, ulepszany nieustannie – nie jest dobry. Premiuje niestety kombinatorstwo, czyli naszą specjalizację rodem z PRL. Wielu rodziców posuwa się nawet do tego, byle tylko zapewnić dziecku miejsce w przedszkolu. Ponieważ wszędzie brakuje pieniędzy, odbija się to często na jakości usług…
W przedszkolach są za duże grupy, zbyt mało dorosłych opiekuje się naszymi maluchami. Kiepskie bywa jedzenie, nie ma planu żywieniowego, dzieci jedzą niestety byle co. Bywa, że zabawki pamiętają kilka poprzednich roczników dzieci. Wszystko właśnie z powodu kłopotów finansowych oświaty.
Zawsze powtarzam rodzicom, że mogą oni zapewnić dziecku wszystko POZA grupą rówieśniczą, która jest niezbędna, by prawidłowo ukształtować dziecko. Dziecko powinno więc chodzić do przedszkola. I to w pełnym wymiarze. Tak uważam i do tego namawiam.
Jeśli chodzi o decyzję, czy wybrać przedszkole państwowe, czy prywatne, a może klubik dziecięcy na godziny, to nie umiem podpowiedzieć. Każda z tych instytucji ma swoje zalety, ale i każda ma wady. I nie mówię tu jedynie o kosztach. Choć są one niemałe.

EDUKACJA: DZIEŃ DZIEWIĄTY – Zbyt mało miejsc w przedszkolach

MN: Co sądzisz o tym, że gminy mogą ustalać – poza ustawowymi – własne kryteria lokalne, samorządowe. Jakie ustaliłabyś? Oraz jaki powinien według Ciebie być nauczyciel przedszkola?
DZ: Odpowiem, a potem wyjaśnię, dlaczego tak. Uważam, że to dobrze, że oprócz kryteriów systemowych gminy mogą uchwalać dodatkowo własne. Zacznijmy od wyjaśnienia, jak to działa. Są dwa rodzaje kryteriów przyjęć: 1) ustawowe; 2) samorządowe. Te drugie ustalane są przez dyrektora przedszkola czy szkoły w uzgodnieniu z właściwym organem samorządu lokalnego. Każdemu kryterium przypisana jest określona liczba punktów, a w przypadku uzyskania przez jakieś dzieci identycznego wyniku, komisja rekrutacyjna, ustalając kolejność kwalifikacji, bierze pod uwagę dodatkowe zmienne. Skomplikowane, prawda? Ale schody dopiero się zaczynają.
Czym są więc te kryteria ustawowe? W podaniu – by uzyskać wystarczającą do przyjęcia liczbę punktów – trzeba zgłosić wszystko, a więc wielodzietność rodziny, niepełnosprawność dziecka, jednego z rodziców lub obojga, ale także niepełnosprawność rodzeństwa. Punkty dostają także dzieci z rodzin niepełnych. Również te objęte pieczą zastępczą. Te kryteria „wycenione” są po 128 punktów każdy. Kryteria samorządowe mają niższą wagę, bo od 64 do czterech punktów.
Kilka przykładów. W Warszawie samorządy promują dzieci w wieku 5-6 lat. Dostaną one po 64 pkt, alergik 32. Tyle samo otrzyma dziecko z placówki lub objęte opieką kuratora. Z kolei dziecko pracujących rodziców, studentów lub rolników – 16, rodzeństwo przedszkolaka 8, a płatnik podatku w miejscowości przedszkola cztery. Przyda się kalkulator lub choćby liczydła. Przyczyna jest jedna: zbyt mało miejsc w przedszkolach.
Moim zdaniem decydenci – czyli my lub ci, których wybieramy – powinni, oceniając specyfikę swoich miejscowości, poza obowiązkowymi kryteriami kierować się tym, co akurat na ich terenie jest potrzebą największą. Oni najlepiej znają potrzeby, znają poziom bezrobocia, demografię.  Jasne, że to zło konieczne.
Ja najchętniej nie ustalałabym żadnych kryteriów, zrobiłabym wszystko, by była po prostu wystarczająca liczba miejsc w przedszkolach.
MN: Jaki powinien być nauczyciel przedszkola?
DZ: Przede wszystkim musi mieć specyficzne predyspozycje pedagogiczne. To nie jest praca dla każdego, nawet świetnego nauczyciela. Małe dzieci są szczególnie wrażliwe, ufne i wpatrzone w dorosłych. To dla nich przykład. Wzór. Drugi element to świetne, nowoczesne wykształcenie. Znajomość zarówno psychologii dziecka, jak i nowoczesnej pedagogiki. Ktoś, komu powierzamy edukację przedszkolną dzieci, musi być ciepłym, ale konkretnym, zdecydowanym człowiekiem. Płeć nie ma dla mnie znaczenia.
>> Nauczyciel w przedszkolu powinien być też otwarty na nowe wyzwania, chętny do poznawania nowych ludzi. Oczywiście dużo czytać, znać literaturę dla dzieci (również nową), mieć własne pasje. Być takim trochę „pomysłowo chorym”. Lubić się uczyć. Mieć dobry kontakt z rodzicami dzieci. Być konsekwentnym, ale nie upartym. Umieć przekazywać wiedzę.
Być po prostu pedagogiem, mistrzem, mentorem, autorytetem. To miejsce dla najlepszych. Im młodsze dzieci, tym nauczyciel powinien być lepszy.

EDUKACJA: DZIEŃ DZIESIĄTY – Potrzebni są kompetentni nauczyciele

MN: Co sądzisz na temat prawnego ustalania kompetencji praw rodziców? Czy nie mają ich za dużo, co może przeszkadzać w funkcjonowaniu placówek oświatowych?
DZ: Nie ma czegoś takiego jak „prawne ustalanie” kompetencji rodziców. Rodzice nie mają specjalnych praw i przywilejów. Rodzice mają prawa jak każdy, natomiast mają zdecydowanie więcej obowiązków i odpowiedzialności. Muszą na przykład wiedzieć, co dzieje się w miejscu, w którym przebywa ich dziecko. Rodzice mogą i powinni pytać, sprawdzać i – jeśli mają jakieś obawy – domagać się wyjaśnień.
Dlatego potrzebni są kompetentni nauczyciele. Od nich zależy, na ile potrafią przekonać rodziców do swojej pracy i metod, które stosują, i spowodować, by zaufali. Że wszystko, co robią, robią dla dobra dzieci i z pełną świadomością efektów. Umiejętne zainteresowanie rodziców procesem edukacyjnym to już połowa sukcesu. Rodzice powinni wspierać, obserwować i uzupełniać. Oraz nie zapominać o samokształceniu. Warto zaufać kadrze nauczycielskiej.
Dziecko musi nauczyć się współpracować z grupą rówieśniczą i obcym, innym niż ojciec czy matka autorytetem. Musi nauczyć się samodzielnie przestrzegać swoich praw i spełniać obowiązki. Na tym polega przecież wprowadzanie dziecka w życie.
Nie wiem, czy jest jakiś przywilej rodziców, który utrudniałby pracę przedszkola czy szkoły. Dla mnie wszystko powinno być maksymalnie transparentne. Nauczyciel powinien wyczerpująco opowiadać rodzicom jak i dlaczego właśnie tak pracuje. Powinien wspierać rodziców w wychowywaniu dziecka. Ta współpraca im ściślejsza, tym dla dziecka lepsza.
Mikołaj Nowak: Bardzo dziękuję za przyjęcie zaproszenia i ciekawą rozmowę!
Dorota Zawadzka: Bardzo dziękuję za zaproszenie do rozmowy. Zaskoczyło mnie nieco, że nie pytałeś w ogóle o aktualną ofertę dla dzieci i rodziców w mediach – to w końcu mój konik. Nie spytałeś również o to, co teraz robię – nie ukrywam – mam się czym pochwalić.
Robię tyle fajnych rzeczy, współpracuję z różnymi fundacjami. Z „Pomoc potrzebującym” weszliśmy do warszawskiego więzienia, gdzie pracuję z osadzonymi kobietami-matkami. Z „Hospicyjną” zaczynam realizować projekt edukacyjny dla opiekunów i nauczycieli dzieci po stracie. Współpracuję z „Bardziej Kochani”. Jestem ponad 250 dni w roku poza domem. W tym roku akademickim zaczęłam studia podyplomowe na UW, na wydziale polonistyki. „Literatura dla dzieci i młodzieży” – będę łączyć dwie z trzech moich pasji. Będę czytać i uczyć się. Trzecią jest uczenie innych.
Latem zrobiliśmy z mężem własną społeczna akcję „Przytulmy lato”, edukując rodziny wypoczywające nad morzem. 26 miejscowości, 43 miejsca wypoczynkowe, 58 warsztatów, ponad 300 konsultacji, 4000 uczestników. I to wszystko w dwa miesiące.
Przyjemność sprawiło mi pisanie o ulubionych miejscach. Tak się złożyło, że właśnie kilka dni temu po raz kolejny byliśmy w Brugii. I okazało się, że mój stosunek do tego miejsca nie zmienił się ani o jotę. Mogłabym tam spędzić resztę życia. Kiedyś myślałam, że to bardziej Porto, ale już wiem, że to Brugia. Czy wyobrażasz sobie, że znowu rozryczałam się, wyjeżdżając stamtąd? Ciągle wydaje mi się, że jestem na początku drogi i to, co jest przede mną, niebywale mnie motywuje i pociąga.
- - -
Konsultacja merytoryczna, sekcja „edukacja”: Anna Nowak, Starsza Wizytator, Kuratorium Oświaty
w Warszawie. Dziękuję.

Przeczytaj wcześniejsze rozmowy #10na10: