czwartek, 9 października 2014

"Fakty" TVN: Wojna! Wojna! Kryjcie się!



Pracując w redakcji, codziennie wchłaniasz potężne dawki informacji. Ostatnio to w większości ryzyko wojny i śmierć. Parszywe żniwo. Konflikt na Ukrainie zaostrza się. To mi coś przypomina...


fot. Darek Pala 

Grudzień 1999 r.
Desperackie okrzyki ściągnęły naszą uwagę. Było kilka minut po północy. – Co się dzieje?! – niespokojnym głosem zapytała znajoma. Blask z nieba oświetlał rozbiegający się tłum.

Był Sylwester. Mokotów. Duży dziedziniec osiedlowy. Na kilka minut przed północą wyszliśmy z domu, by wspólnie z sąsiadami celebrować nowe millenium. Byliśmy w świetnym nastroju. Wyjątkową chwilę przerwały donośne okrzyki starszego pana. Biegał i krzyczał „Wojna, wojna! Kryjcie się!”. Myśleliśmy, że to żart… Ludzie jednak spanikowali. Starzec miał coś w ręku. „Boże, to broń!” – krzyczeli i uciekali w popłochu.

Jeszcze przed północą zaczęły wybuchać fajerwerki. Wszystkiemu winne. Rodzina Jerzego sprowadziła go do domu, bo lekarze mówili, że kolejnego Sylwestra nie przeżyje. Wojna zmieniła jego życie. Jak nóż przedzieliła je na pół. Płynne cięcie wydzieliło strefę dobrą i złą. Ta dobra poszła w niepamięć. Moc retrospekcji i nieskończona liczba obrazów zniszczyły mu psychikę. Miał majaki. Był opętany duchem wojny i śmierci.
Tacy ludzie nigdy nie wracają do normalności. Ale z Jerzym było inaczej. Bardzo chciał „wyzdrowieć”, żyć po staremu. Jakby nic się nie stało. Jakby II Wojna Światowa nigdy nie wybuchła. A on nie musiał walczyć o życie.

Pamiętnej nocy usłyszał wybuchy. Dla nas zwyczajne fajerwerki – dla niego niespodziewana aktywacja wspomnień.
Jerzy miał syndrom stresu bojowego. Widział świat w innych barwach. Wojennych. Zerwał się na równe nogi, złapał coś i wybiegł. Rodzina ruszyła za nim. Z początku myśleli, że doznał euforii – w końcu chwila jest wyjątkowa, a on długo na nią czekał. Powoli wyszli na dziedziniec, by sprawdzić sytuację. Ale zobaczyli atak szału i pacyfikujących go ludzi.
Mimo sędziwego wieku, miał energię. Potężne dawki alkoholu dodały im odwagi – jemu wystarczyła moc wspomnień.

On jest niebezpieczny i ma broń!” – do komórki krzyczała kobieta. Połączyła się z 997. „Ma broń, zróbcie coś, tu są dzieci! Zróbcie coś!”. Wnuczek chorego miał zwyczaj kłaść mu obok łóżka pistolet-zabawkę. Ale do złudzenia przypominający prawdziwą broń. Wtedy Jerzy zasypiał spokojniej… Zresztą, po zmroku – tym bardziej w amoku – ciężko cokolwiek odróżnić. Pamiętam, jak czarna atrapa broni wypadła mu z ręki, uderzyła o beton i rozpada się na kawałki.

Staliśmy przerażeni kilkadziesiąt metrów dalej, patrząc, jak ludzie obezwładniają staruszka. I wtedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, co się stało. „Zostawcie go! On jest chory!” – grzmiała przerażona starsza kobieta. To córka byłego żołnierza. Rodzina ruszyła na ratunek. Było sześć minut po północy, pierwsze chwile 2000 roku, więc niebo nad nami roiło się od kolorowych wybuchów, a chodnik od szkła. Były to kieliszki tych, którzy odruchowo wyrzucili je, by uciekać. Tak okropnie nie czułem się chyba nigdy dotąd, zmieszały mi się dwa światy: szczęścia i rozpaczy.

Oto, co wojna robi z ludźmi. Jak ich zmienia nie do poznania, jak sprawia, że już nigdy nie będą żyć normalnie. Do aferzysty przyjechała karetka. Majaczył coś z niej. Rozmawiałem chwilę z jego córką. Ze łzami w oczach mówiła, że nie tak wyobrażała sobie ten wieczór. Mieli spędzić go, jak nigdy dotąd, zapominając o troskach i wspomnieniach. Ale są sprawy, o których niektórzy ludzie nie zapomną nigdy.

Minęło ponad czternaście lat, a ja do dziś pamiętam to wydarzenie. Oczywiście, że nie tak chciałem je zapamiętać. Całą noc rozmyślaliśmy o tym, co się stało. Współczuliśmy, ale i czuliśmy się bezradni. Widzę te sceny za każdym razem, gdy słyszę o możliwej wojnie. Nieważne, czy ryzyko jej wybuchu jest nikłe.

Ale… Jest?

Dla "Faktów" TVN,
Mikołaj Nowak