sobota, 18 października 2014

Ewolucja Niewolnictwa


Kciuk przewija z prędkością światła. Palec wskazujący zgrabnie muska ekran smartfona. I te oczy... Z utęsknieniem czekające na czerwoną liczbę powiadomień. Jedzenie stygnie, bo czeka na zdjęcie. A ręka służy jako wysięgnik do selfie.


To nieprawda, że nie ma niewolnictwa. Po prostu zmieniła się jego forma. W tych czasach jesteśmy niewolnikami kredytów, wyprzedaży, blichtru i mediów społecznoścowych. Czy ta ostatnia forma niewolnictwa oznacza, że jesteśmy uzależnieni od siebie? Niekoniecznie.

Ludzie na co dzień gardzą ludźmi. Już nie wprost, ale wykorzystując stałe łącze. To skutkuje niestałymi relacjami. Dziś jesteśmy znajomymi na Facebooku – to brzmi dumnie. Wystarczy jedna kłótnia, abyśmy zrobili użytek z opcji "usuń ze znajomych".

Często podróżuję metrem. Obserwuję tam ludzi.
Drzwi otwierają się, wchodzi pan z wózkiem. Wyjmuje z niego brzdąca i sadza go obok siebie. Nie na kolanach, a obok. Malec wyciąga rozpaczliwie ręce, bo nawet jeszcze płynnie nie mówi. „Weź go na kolana!” – myślę sobie. Jednak nie. Ojciec sięga do wózka po... tablet. Wręcza go chłopcu. I euforia. Moje usta powoli otwierają się, powieki podnoszą. Niewygodny paradoks: przecież technologia to też moje życie.
Dziecko dotyka ikony i po chwili precyzyjnie toczy batalię w bajkowej grze.
Ten widok. Te nóżki, które ledwo wystają poza siedzenie. Te maleńkie paluszki. I ten dumny z siebie ojciec.
Nie ma w tym nic złego. Jednak coś podejrzanego jest w słowie „programować”, czyli m.in. od małego uczyć ludzi takich nawyków.

Nie zawsze tak jest.
Kiedyś podróżowałem i sytuacja analogiczna: wchodzi ojciec z dzieckiem. Starszym od tego „zmodernizowanego”, bo w wieku ok. 5 lat. Nie było wózka. Za to miejsca dookoła sporo.
Tata rozsypał żołnierzyki na siedzeniu pomiędzy nimi. I bawili się od stacji Centrum do stacji Kabaty (dla osób spoza stolicy: to jakieś 20 minut drogi).
Zastanawiam się, czy za dziesięć lat osoby bawiące się żołnierzykami w metrze będą postrzegane jako szalone? Może przestaniemy je zauważać – jak ludzi wciskających nam na ulicy ulotki? Albo jak bezdomnych?

Empatia. Taka zupa z Azji.
Tak mówiły bohaterki polskiej komedii klasy B – „Lejdis”.
Staram się rozumieć, ale nie rozumiem.
– tych twarzy w pubie, oświetlonych chłodnym światłem smartfonów,
– tych umysłów, które ugrzęzły w internetowym matrixie,
– tych ludzi wykonujących rutynowe czynności jak roboty w fabryce.

Z utęsknieniem czekam na czas, w którym to wszystko nam się znudzi. Inwazja mediów społecznościowych.

Kolejna sytuacja. Kuriozalna. Młody student usiadł ze znajomymi przy stoliku w knajpie.
Była to studencka speluna zdobiona taniej jakości sztuką na ścianach. Atut: piwo za 5zł. Padało, weszliśmy i my.
Wieczór. Ciemno i nastrojowo. Dookoła znów te srebrzysto-niebieskie twarze wgapione w smartfony... Gdzieniegdzie zakłopotani swoją obsesją i zgrabne dodający: „a pokażę ci jeszcze...” – aż padnie bateria. A gdy padnie, to koniec imprezy, czas do domu. Współczesna klepsydra.

Wyraźnie zaniepokojony tym młodzieniec orzekł: „Wyjmujemy telefony i kładziemy je – jeden na drugim!”. Konsternacja. „Co?! Ale po co?”.„Kładziemy i już!” – nie było dyskusji. Wszyscy się zrzucili.
Zaczęliśmy patrzeć z zaciekawieniem na nich. Spojrzenia przedzierały się przez gęsty papierosowy dym. W tle deszcz. Mocny jak atmosfera dookoła.
„I teraz: kto pierwszy weźmie telefon do ręki, ten płaci cały rachunek!”. „OK, deal...
" – niechętnie, leniwie, ale nie protestowali. Jego kompani mieli już chyba intuicyjnie dość mediów społecznościowych. Dość tego, że ze światem łączy nas wi-fi, nie wspólne tematy, uśmiech, prawdziwe emocje. Potrzebny był lider i sygnał. Wstrząs.
W końcu po to się ludzie spotykają: to urlop od internetu. Jakże rzadki...

Terror powiadomień trwa w najlepsze. To dzisiejsza kula u nogi, jakby nowa forma niewolnictwa. Coś, co sprawia, że stajemy się mniej wrażliwi na siebie, a bardziej na system. Zupełnie jak robot, który przed oczami ma interfejs i widzi tylko to. Cyfrowy świat pełen androidów bez emocji. Świat płaski jak ekran monitora. Świat, w którym upadek nowego iPhone'a interesuje nas bardziej, niż upadek człowieka.

Dlatego może warto coś zmienić, by cieszyć się chwilą?
Mikołaj Nowak
Zdjęcie dzięki uprzejmości autora - Pawła Kuczyńskiego