czwartek, 21 sierpnia 2014

#Splash, czyli sieć zalana wyzwaniami

W mediach społecznościowych przyzwyczailiśmy się już do potoku słów. Dyskusje różnej jakości, emocje, sieciowa nienawiść - wszystko zamknięte w słowach.


Wirtualna moc realnych gestów
Selfie, Harlem Shake, foodporn, parówki czy nogi?
Zdaje się, że ojcem wszelkich trendów sieciowych prowokowanych w "realu" jest Flash Mob. Moda na sieciowe wariacje zazwyczaj nie trwa dłużej niż dwa miesiące. Jednak najnowsza przetrwa znacznie dłużej.
Darek Pala - basen
Od pewnego czasu sieć dosłownie zalana jest nowym zjawiskiem: #splash.
Oblewająca się wodą osoba nominuje inne do tego samego. Splash różni się formułą.
W sieci mamy mnóstwo różnych odmian: ludzi wskakujących do basenów, polewających się wodą z węża ogrodowego lub po prostu z miski. Jeżeli nominowany nie obleje się w ciągu 24 godzin - stawia np. kolację. Jedni biorą w tym udział, drudzy potępiają. Ale jedno jest pewne: obok splasha nie da się przejść obojętnie...
Splash ewoluuje... charytatywnie
Okazuje się, że w tym wszystkim nie chodzi tylko o rozrywkę. To też dobry sposób, by zwrócić uwagę świata na problem z ALS, czyli stwardnieniem zanikowym bocznym. To ciężka i nieuleczalna choroba.
Prawdziwy przełom nastąpił, gdy twórca Facebooka Mark Zuckerberg nominował Billa Gates'a. Ten w niecałe 24 godziny stworzył specjalną konstrukcję i świetnie zmontowany film. Przypadek?
Cała akcja z pewnością była reżyserowana, ale to nie ma znaczenia. Nastąpił efekt domina; w ślad za biznesmenami poszli celebryci.

Akcja #ALSIceBucketChallenge  ewoluowała dość chłodno...
Chodzi w niej o to, żeby dodać jak najwięcej lodu do wody. I zmoczyć się. Najlepiej do suchej nitki.  Potem nominować kolejnych, którzy - jeżeli tego nie zrobią - muszą wpłacić określoną sumę na konto fundacji.
Długo gwiazd namawiać nie trzeba, więc odpowiedzieli już m.in. Gwen Stefani, Robert Downey Jr., Justin Bieber (nominował m.in. Baracka Obamę i wszystkich swoich fanów, czym wywołał histerię w sieci), Aston Kutcher, Jessica Alba, Jennifer Lopez, Ricky Martin i wielu innych.Słowem: USA oszalały. Niektóre ze sław prześcigają się w pomysłach i kreacjach, inne po prostu oblewają się wodą z wiadra. Za co w sieci są wychwalane i krytykowane...
Potrzebny kubeł zimnej wody...?
#IceBucketChallenge nie każdemu przypadł do gustu. Akcja jest infantylna, ale skuteczna.  Dodatkowo świetnie można się na niej wypromować; w końcu jest zorganizowana w szczytnym celu. Już nie jest to tylko zjawisko wakacyjno - rozrywkowe.
Ale ma wielu przeciwników. Są tacy, którzy twierdzą, że trzeba być niespełna rozumu, by oblewać siebie, nagrywać to i chwalić się w sieci. Ciężko jednak wylać kubeł zimnej wody na głowę komuś, kto wylewa go sobie sam...
Jeżeli nikomu nie dzieje się krzywda to na co narzekać? Jeden z portali opublikował opinię psychologa, który łączy #splash z zaburzeniem psychicznym, narcyzmem i egocentryzmem. Doprawdy?  Pospolite ruszenie określane jako #JedzJabłka także jest zaburzeniem? Dojrzeliśmy do tego, że wirtualne akcje mają realną moc.
Oczywiste jest, że nie tylko ludzie cierpiący na ALS wymagają troski i opieki. Świat pełen jest zła i cierpienia, na które warto zwrócić wreszcie uwagę.  Problem ten dotyczy także miejsc, w których woda jest na wagę złota, a internet jeszcze długo nie dotrze.
Mikołaj Nowak

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

10/10: Mikołaj Nowak rozmawia z Jackiem Kotarbińskim, autoremksiążki "Sztuka Rynkologii"

Kilka dni, dziesięć pytań. Bez retuszu: Jacek Kotarbiński.

WSTĘP
Jeden z moich mentorów. I jeden z najciekawszych ekspertów, jakich spotkałem. 
Zwolennik wysokiej jakości treści i obiektywnych mediów. Gardzi - jak to określa - "urynalnym contentem" czyli ogłupiającymi zjawiskami nie tylko w sieci.
Przed Wami Jacek Kotarbiński w szczerym wywiadzie. 



Dzień publikacji też nieprzypadkowy; jak się okazało  dziś - 18 sierpnia - mija dokładnie 24. rocznica ślubu Joanny i Jacka Kotarbińskich.

* * *
Jacek Kotarbiński. 
Zdjęcie dostałem od żony Joanny. Pierwszy raz publikowane. Dziękuję!

Intuicja jest swoistą wypadkową wiedzy
i doświadczenia

Dzień pierwszy.
Mikołaj Nowak: mówi się, że lepiej być najgorszym wśród najlepszych, niż najlepszym wśród najgorszych. 
Z pozycji mentora: co w tych czasach wybierają młodzi specjaliści?
Jacek Kotarbiński: Ostatnio robią karierę dwa słowa: "simply" i "smart". Szukamy prostych recept i odpowiedzi na najbardziej skomplikowane pytania. Gotowych regułek, procedur czy słynnych "11 Złotych Sposobów na Wszystko". Dla wielu młodych specjalistów głównym mentorem jest ich najbliższa rodzina: wujek Gugl i ciocia Wiki. 
Kiedy pojawia się jakiś problem, najpierw pytają ich. 
Czasem zanim pomyślą lub spróbują rozwiązać problem używając własnych, szarych komórek. To swoiste, mentalne wygodnictwo prowadzi na manowce, zabija kreatywność, promuje bylejakość i odtwórczość. Bardzo trudno pracuje się z ludźmi, w których na przykład korporacja czy toksyczny szef zabił wszelkie pasje, aspiracje, wartości. Są jak roboty, golemy, nastawieni na odwalenie pańszczyzny w zamian za przelew na konto i tyle. Żadnej chęci zawodowego rozwoju, tego błysku i iskry, którą mają niektórzy studenci. Trzeba na nowo takich ludzi budzić, zachęcać, otwierać, motywować. Czasem się udaje, czasem nie. Ale to ludzie budują firmy i osobowości marek, tak było, jest i będzie. Bryan Kramer użył w styczniu takiego sformułowania, że nie ma już podziału na B2C Business-to-Customer i B2B Business-to-Business. Dziś powinniśmy mówić o H2H Human-to-Human. Coś w tym jest. 

Młodzi specjaliści wolą częściej odtwarzać niż tworzyć. 
Odtwarzanie wydaje się im mniej ryzykowne, sprawdzalne czy wygodne. Tyle tylko, że rynek promuje rozwiązania użyteczne, innowacyjne, twórcze. Specjalista szuka potwierdzenia, zapyta rodzinę, znajomych, przyjaciół. Forbes kilka dni temu cytował badania Nielsena w USA - 92% konsumentów wierzy takim rekomendacjom. Ale z drugiej strony jak pamiętasz, ze "Sztuki Rynkologii" , twórca Red Bulla, Dietrich Mateschitz usłyszał rekomendację "Kiepsko smakuje i jest pięć razy droższy od coca-coli. Daj sobie spokój z tym napojem, nigdy nie uda ci się zarobić na nim pieniędzy”. 
Wielu kreatorów rynku, innowatorów, byli sami przeciw wszystkim. 

Młodzi specjaliści wybierający wyłącznie parcie na blichtr i blask, nigdy w życiu niczego się nie nauczą. Nawet jeśli zrobią karierę używając innych umiejętności niż zawodowe, polegną na prostych projektach lub będą wykorzystywać innych. Widzę czasem takich ludzi w zespołach marketingu - nie chcą się uczyć, są łasi na pochlebstwa i awanse, nie są w stanie sami niczego wymyślać i oddają pole do popisu firmom zewnętrznym, często za bezsensownie duże pieniądze. Trochę inaczej wygląda sytuacja w zespołach sprzedaży, gdzie zdecydowanie warto być najsłabszym wśród najlepszych i dynamicznie się rozwijać. Zdecydowanie w trudnej sytuacji o wiele lepiej trafić do grona bardziej doświadczonych niż brylować wśród laików. Ta ostatnia postawa jest częsta wśród wszelkiej maści lanserów, od których w sieci jest aż gęsto. 

Dzień drugi.
MN: "Młodzi specjaliści wybierający wyłącznie parcie na blichtr i blask" - akurat ja też długo dojrzewałem do pokory. Paradoks?
Jacek, może po prostu w marketingu pracują niespełnieni celebryci, którzy nie mają misji, a jedynie cel? 

JK: Cel nie wyklucza misji, w żaden sposób. To kwestia właściwej osoby, na właściwym miejscu. Jak słabo prowadzę auto, nie pcham się na taksówkarza. Mam problemy z cyframi, nie muszę być finansistą. Nie potrafisz rysować, nie pchaj się na ASP. Do pracy w marketingu czy sprzedaży też są potrzebne określone predyspozycje, można na nich budować potem umiejętności i doświadczenie. Staram się rozwijać ideę "sierżantów marketingu".
I to się sprawdza coraz częściej w praktyce. Dobrych specjalistów będzie potrzeba zawsze o wiele więcej niż szefów. 
Celebrytoza w działach marketingu to przeze wszystkim wynik funkcji zakupowej tych komórek. Dział marketingu po prostu daje pracę wielu ludziom jak i daje zarabiać najróżniejszym firmom, bez niego nie istniałyby chociażby media komercyjne. Nic dziwnego, że poziom wazeliniarstwa sięga tam granic absurdu, kosztem profesjonalizmu. Na dodatek konkurencja w branży jest bardzo silna, choć ma charakter raczej ilościowy niż jakościowy. Wiesz, każdy dziś ze szwagrem może założyć agencję reklamową, digitalną, PR czy social media. To kwestia klienta. Nie wspomnę o tych, którzy zakładają firmy wyłącznie pod obsługę "dogadanej" firmy. Taki typowy, azjatycki model - budujesz fabryczkę, a za chwilę wszyscy dostawcy to kumple, znajomi i rodzina głównych menedżerów. Jest mnóstwo elementów, które są w tym sektorze toksyczne. To też wpływa na postrzeganie marketingu w różnych dziedzinach życia. A XXI wiek jest erą innowacji i marketingu, rozumianych jako tworzenie wartości na rynku, a nie wypranie umysłów. To jest zupełnie inne podejście. Wymaga dziś naprawdę dużego profesjonalizmu i świadomości tego co się robi na rynku. 

Ostatnio pisałem o marketingu linii lotniczych. Analizowałem między innymi działania Richarda Bransona w kontekście Virgin Airways. Cały know-how grupy Virgin to przede wszystkim wsparcie w obszarze marketingu i zarządzania. Podstawowe wartości to jakość, konkurencyjność, innowacyjność i fun w biznesie. 
A sam Branson nie studiował marketingu, natomiast posiadł genialną empatię i zrozumienie potrzeb klienta. Wyobrażasz sobie celebryckiego szefa marketingu, rozpieszczonego przez dostawców, który schodzi ze swoich chmur i rozmawia z klientami? To na przykład jedna z płaszczyzn konfliktu z zespołami sprzedaży. Zarzucają marketingowi  oderwanie się od rzeczywistości. Ludzie są kluczem, zawsze ludzie. Jeśli są na swoim miejscu, lubią to co robią, mają możliwości i kompetencje - mogą tworzyć genialne marki. Potrzebują tylko do tego charyzmatycznych szefów, z którymi się komunikują, a nie biurokratycznych naganiaczy z nahajkami, których po prostu się boją. Wiesz, cytując klasyka - przychodzisz do firmy ze względu na markę, a odchodzisz z powodu człowieka. Na szczęście jest coraz więcej pozytywnych przykładów, coraz liczniej fajni marketerzy trafiają do zarządów, coraz więcej Rad Nadzorczych uświadamia sobie rolę "marketingowego zarządu" oraz fakt, że wynik finansowy zależy od marki, rozwoju rynku, a nie inżynierii finansowej. Inspirują, inicjują zmiany. Będzie dobrze, potrzeba czasu i mnóstwo nauki. 

Dzień trzeci.
MN: Dobrze wiemy, że ludzie sami nie wiedzą czego chcą. Jak mówił Jobs: trzeba im to pokazać. 
Najwięksi gracze niewiele wspólnego mają z latami edukacji. Po prostu maja w sobie to "coś". Intuicję? Ale nikt im nic nie pokazał. Nie ma tu hipokryzji?
JK: Nie do końca się z tym zgodzę. Ludzie mają swoje aspiracje, marzenia czy choćby proste cele, jakie sobie stawiają. Nie zawsze to artykułują np. w klasycznie rozumianych badaniach, opierających się o deklaratywność. Dla wielu ludzi realizacja życiowych marzeń stała się możliwa dzięki przedsiębiorczości. I to nawet nie chodzi o pieniądze, tylko o to co się robi w życiu, czy daje to satysfakcję, czy jest codziennym kieratem. Wspominasz Jobsa, tak, Apple, Google, Facebook są dziś na ustach wszystkich. Jeszcze niedawno była to Nokia. 
Powoli do lamusa odchodzą Crocsy, kiedyś przedmiot kultu, dziś na dyskontowych wyprzedażach. Podręczniki zarządzania są pełne podobnych historii. Rynek to nieustanna zmiana. W niektórych książkach sprzed paru lat znajdziesz wspomnienie o Amazonie jako słabo rokującym sklepiku internetowym. Każdy chciałby uszczknąć choćby odrobinę sukcesu wielkich marek. Tylko czasem zapomina się, że ten sukces wynikał z najróżniejszych czynników związanych z otoczeniem, inwestorami czy determinacją właścicieli. Czasem próbuję wyobrazić sobie Apple w Polsce i Jobsa starającego się o środki unijne. Poległby chyba na dziesiątym  papierku. Pomijając wrażenie absurdalności urządzeń bez klawiatury w ówczesnych latach. W Polsce nadal rozumienie wsparcia chociażby innowacji przypomina ósmą pracę Asterixa czyli zdobycie zaświadczenia A38 w Domu, Który Czyni Szalonym. Krzemowa Dolina jest naprawdę w głowie każdego z nas, możliwości penetrowania globalnych rynków dziś nie mają granic. Tyle że choćby skostniały i przeteoretyzowany system edukacji potrafi wykrzewić z głowy wszelką pasję już na poziomie gimnazjum, że o przedsiębiorczości nie wspomnę. 

Kiedy wspominasz o intuicji, przypomina mi się intelektualne starcie tytanów w Las Vegas w 2010r.  Barwnie opisane przez Vadima Makarenkę. Z jednej strony Thomas Davenport, wybitny umysł analityczny, a z drugiej Malcolm Gladwell - przeświadczony o sile intuicji i psychologii społecznej. Trudno nadal powiedzieć, która koncepcja dominuje. Wiele osób uważa, że wszystko da się wyliczyć, przewidzieć, zmierzyć i przebadać - tych odsyłam zawsze do filmu "Dekalog I" Kieślowskiego
A ci którzy w stu procentach wierzą własnej intuicji, mogą zaprojektować kilka budynków bez obliczeń architektonicznych. W moim przekonaniu najwięksi gracze mają w sobie odwagę i determinację. Ostatecznej, surowej weryfikacji dokonuje rynek, a on jest wprawdzie skalowalny, ale nadal nieprzewidywalny. Nikt nie był w stanie przewidzieć 10-15 lat temu popularności współczesnych technologii. Wygrywa dziś użyteczność, design, wartościowy marketing. Pod koniec czerwca spółka Glu Mobile była warta 300 mln dolarów, dziś po miesiącu już ponad 600 mln. Dzięki prostej grze mobilnej "Kim Kardashian: Hollywood", do której Kim nagrywała swój głos, a której celem jest zdobyć sławę jako celebryta. Czy producent był w stanie to przewidzieć? Nie sądzę, dlatego że nadal rynek produktów cyfrowych takich jak aplikacje, jest w fazie rozwoju.  

Dla mnie intuicja jest swoistą wypadkową wiedzy i doświadczenia. Geniuszem takiej wypadkowej jest Dr House :-))) 

Ostatnio widziałem zabawną stronę z 42 dziwnymi i śmiesznymi produktami, które były używane w przeszłości.

Dziś wiele z nich wyda nam się śmiesznych. Były również wypadkową ludzkiej kreatywności, przedsiębiorczości, intuicji czy żmudnych obliczeń. Nie stały się raczej hitami rynkowymi. Wydaje mi się, że najwięksi gracze mieli niebywałe zrozumienie nieartykułowanych, ludzkich potrzeb. Niemniej tak jak Ci wspominałem, dla mnie kluczem jest łączenie wiedzy, doświadczenia, determinacji, odwagi, pasji i pierwiastka szczęścia. W najróżniejszych proporcjach.  Czasem ktoś ma 99% fartu, 1% reszty i odnosi sukces. 


Wiarygodności nie da się zbudować na tabloidyzacji

Dzień czwarty.
MN: Wg mnie "Dr. House" spopularyzował cynizm :-) Ale jest postacią niebanalną.
Kto jest Twoim idolem? Jeżeli pytanie jest za infantylne, to kim się inspirujesz?
Chciałbym, byś wymienił ludzi, których warto obserwować.
JK: Cynizm inteligentny i twórczy, ale nie bezwzględny i okrutny :) Idol to ktoś komu się bezkrytycznie wierzy we wszystko, a ja jestem na to za niepokorny. Inspiruje mnie bardzo wiele różnych osób, czasami zupełnie nie związanych ze sprawami zawodowymi. Może to wydać się niektórym zaskakujące, ale niezmiernie inspirującą postacią dla mnie jest Bruce Lee. Jego wizja i swoista filozofia sztuki walki, odrzucająca konwenanse, łącząca najróżniejsze elementy by osiągnąć wysoką skuteczność, jest swoistą kwintesencją konkurencji na rynku. Słynne zdanie "sztuka walki bez walki" często parafrazuję na "sztukę marketingu bez marketingu" - czyli osiągnięcie przewagi rynkowej w sposób inteligentny, precyzyjny i daleki od powszechnie rozumianej konfrontacji. To szczególnie ważne dla małych firm. 

Pasjonująca postacią jest profesor Andrzej Jacek Blikle, od lat jestem jego fascynatem, szanując długoletnią wiedzę i doświadczenie oraz podejście do etyki biznesu. Dziś, podobnie jak w okresie międzywojennym potrzeba nam swoistego, nazwanego ówcześnie "gospodarczego szlachectwa". Bardzo ważny dla Polski jest szacunek dla przedsiębiorczości, a bez etyki biznesu jest on nierealny. Wspaniałymi inspiratorami są profesor Dariusz Filar czy profesor Krzysztof Dobrowolski, z którymi miałem zajęcia na studiach doktoranckich. Rzadki przykład ekonomistów bardzo otwartych na dyskusję i wymianę poglądów, bez krzty manieryzmu czy przeświadczenia o własnej nieomylności. Dużo wiedzy zyskałem podczas spotkań z nimi. W sferze marketingu warto obserwować Jolę Tkaczyk z Akademii Leona Koźmińskiego - Matkę Chrzestną Rynkologii. W badaniach marketingowych są dla mnie autorytetami świetni eksperci: Dominika Maison, Dagmara Dłużniewska, Arkadiusz Wódkowski, Marek Kempka czy Sebastian Starzyński. Wybitnym inspiratorem i edukatorem jest Robert Kozielski, który doskonali polskie kadry marketingu w ramach Chartered Institute of Marketing. Świetnie mi się polemizuje z Niną Kowalewską-Motlik z New Communications na temat marek, a największym autorytetem świata reklamy jest dla mnie Magda Czaja z San Markos. Nigdy nie miałem niestety okazji poznać Iwo Zaniewskiego i Kota Przybory, ale mają inspirujące i wybitne spojrzenie na świat komunikacji marketingowej. Moim wielkim marzeniem, jest zebrać gdzieś tych wszystkich ludzi i przegadać z nimi cały weekend :) Wspaniałymi inspiratorami ze świata są na pewno profesor Philip Kotler - kultowa, akademicka postać globalnego marketingu, człowiek o fascynującej osobowości, niezwykłego formatu, będący jednocześnie niezwykle ciepłą i przyjazną osobą. Wyjątkowi są Al i Laura Ries, których koniecznie warto czytać ponieważ ich spostrzeżenia są bardzo trafne i uniwersalne. Obowiązkowo polecam dla każdego, młodego marketera Setha Godina - to zarówno fascynująca postać jak i doskonałe teksty. Od lat zapraszam go do Polski, ale dla niego to trochę daleko. Wielką inspiratorką jest dla mnie moja żona, Joanna
Siedzimy w naszym małżeństwie marketerów razem już 24 lata. Jest mnóstwo fajnych osób, z którymi rozmawiam prywatnie czy służbowo. I wiem jedno - w tej branży najlepiej rozmawia się z ludźmi z poczuciem humoru, dystansem do siebie, wypuszczonym powietrzem i takimi, którzy posiadają olbrzymią wiedzę, przy minimalnym ego. 

Dzień piąty.
MN: Jacek, powoli przechodzimy na wyższy poziom trudności. 
Dużo obserwujesz, słuchasz i formujesz wnioski. Chciałbym zapytać o wydarzenia na Ukrainie i konflikt z Rosją. Zmieniły się czasy i zmienił się sposób prowadzenia wojen? W mediach zaistniał termin "wojna hybrydowa". 
Czy wg Ciebie tak własnie jest? Jeżeli tak to na czym to ma polegać? 
JK: Wiesz, nie jestem ani politykiem, ani wojskowym. Choć akurat w drugim przypadku byłem pilnym słuchaczem generała Kozieja i zawsze dobrze wspominam jego wykłady. Staram się patrzeć na ten konflikt w szerszym kontekście, przede wszystkim społecznym. Martwi mnie ostra wojna propagandowa, ponieważ uderza w umysły zwykłych ludzi, a teraz również w ich kieszenie. Wypacza system wartości, tworzy wrogie stereotypy, a to zostaje w głowach na dziesięciolecia. Kiedy padał komunizm, myślałem że w końcu uda się zintegrować społeczeństwa wschodu i zachodu, a Polska stanie się świetnym łącznikiem pomiędzy tymi regionami i kulturami. Dla zachodu byliśmy zawsze wschodem, a dla wschodu - zachodem Europy. Miejscem, gdzie mieszały się wpływy jednej i drugiej strony. Nie chcę wchodzić w głęboki dyskurs polityczny, ponieważ w tej grze państwa walczą o swoje interesy, w których nie wszyscy grają fair. "Wojna hybrydowa" to rzeczywiście nietypowy sposób prowadzenia konfliktu zbrojnego. 
Polem walki może być nie tylko terytorium i wspólnoty etniczne czy kulturowe, ale też obszar wirtualny czyli swoista wojna o umysły, wartości czy przekonania. Ta druga może być nawet groźniejsza niż konflikty militarne, ponieważ wpływa bezpośrednio na to kto rządzi państwem. Dla mediów z kolei konflikt jest produktem newsowym zapewniającym oglądalność i często manipulują w tym zakresie naszymi emocjami. Z drugiej strony pełnią doskonałą rolę nacisku na polityków by rozwiązywali takie kwestie w sposób pokojowy. Hybrydowość współczesnych wojen to przede wszystkim brak tak zwanej "otwartej przyłbicy" ponieważ jawny konflikt zbrojny to jednoznaczne wskazanie agresora. Konflikt na Ukrainie wydaje się mieć właśnie taki hybrydowy charakter. Moje obawy związane są bardziej z przerodzeniem się tego kryzysu w długofalową, zewnętrznie podsycaną wojnę partyzancką czy stosowanie klasycznej taktyki terrorystycznej. A w kraju gdzie panuje niepokój nikt nie chce ani inwestować, ani tam eksportować, ani odwiedzać. Trudno sobie wyobrazić rozszerzenie tego konfliktu na zachód, ale przypominam, że geografia Europy jest dla Polski okrutna - teatrem wojen wschodu i zachodu zawsze był teren naszego kraju. Chciałbym kiedyś widzieć Rosję w pełni wolną i otwartą na świat, ze swoją ciekawą kulturą i tradycjami. Ale też świadomą i pełną pokory wobec trudnej i nierozwiązanej jeszcze historii naszych relacji. 

Dzień szósty.
MN: Rosja w pełni otwarta na świat brzmi dziś jak kuriozum.
Ale powiedziałeś coś ciekawego o mediach: "manipulują emocjami".
Z kolei w rosyjskich mediach propaganda to standard...

Czy nasze media są faktycznie tak złe jak prezentują je niektóre ze środowisk?
JK: Niestety. Rosja w pełni otwarta na świat brzmi rzeczywiście dziś kuriozalnie.
Ale sam widzisz - wolny świat zawsze zaczyna się od wolnych mediów. Wiemy to lepiej niż inni. Rozumiem tutaj mądrych, niezależnych dziennikarzy, którzy z genialnymi umiejętnościami Kurka i Kamińskiego wyjaśniają ludziom meandry zawiłego świata. Prawda, że brzmi świetnie? Ale na razie to utopia. Do studia przychodzi ekspert i ględzi. Fakt, że mądrze, ale po minucie zasypiasz. Potem przychodzi pajac, robi show, opowiada totalne głupoty i pokazują go we wszystkich telewizjach. I tu jest problem.  
Pierwszy, to słaba showmeńskość eksperta.
Drugi, to pomysł zapraszania pajaców. Nie sztuką jest by słupki skoczyły w drugim przypadku. Trzeba trochę pracy i umiejętności, by stało się to również w tym pierwszym. 


Nasze media w mojej opinii zapomniały przede wszystkim o przywilejach jakie mają i roli, jaką pełnią w wolnym społeczeństwie. To nie kwestia "misyjności". Napisałem w "Sztuce Rynkologii", że media tym się różnią od producentów chipsów, że ich produkt i sposób działania na rynku wpływa w bezpośredni sposób na postrzeganie świata, a nie tylko zaspokojenie ludzkiej potrzeby przekąszenia czegoś przy piwie podczas meczyku. Tutaj nie chodzi o to czy jakieś media są komercyjne czy nie. To kwestia bezpośredniej odpowiedzialności za wpływ na innych ludzi. W Polsce tabloidy czy pisemka kolorowe poprzez swoje fantazje i wyssane z palca historie, potrafią wyrządzić ludziom wiele krzywdy, bez szczególnych konsekwencji prawnych. Odszkodowania mają wliczone w cennik reklam. Media informacyjne, mainstreamowe zapatrzone w słupki oglądalności tracą pojęcie "wartości przekazu". Nie potrafią stworzyć produktu informacyjnego, zarówno ciekawego jak i atrakcyjnego dla widza. Robią częściej marny show niż dobry program. Moim zdaniem to kwestia warsztatu. Warsztatu dziennikarskiego, a nie zaplecza technicznego. To również sprawa priorytetów. Łatwiej jest zaprosić do studia skrajnych gości bo przekaz "sam się zrobi". A tabloidyzacja jest słodką trucizną - wszystkich ogłupia. Przestałem oglądać taką publicystykę, szkoda mi na nią czasu. Inna sprawa to tak zwane "media prawicowe".
Niestety to wyższa szkoła propagandy, agitki i manipulacji, a nie inny punkt widzenia. Niewiele ma to wspólnego z profesjonalnym dziennikarstwem, ale rozbudza mnóstwo ludzkich emocji. A Polak jest emocjonalny, łatwo go podburzać czy wręcz szczuć na siebie. Nienawiść, brak zaufania czy hejt dzieli ludzi często na zawsze. 

W ostatnim raporcie BBC Trust, podjęto temat jakościowego dziennikarstwa.
Uznano, że należy rezygnować z zapraszania do studia osób np. z fantastycznymi teoriami na temat globalnego ocieplenia, przeczące jednocześnie dokonaniom nauki. Tacy ludzie są atrakcyjni dla publiki i oglądalności, ale są ewidentnym dowodem na efekt tabloidów. BBC uznało, że szacunek przede wszystkim należy się widzowi, którego nie można karmić ewidentnymi bzdurami. Nasze media moim zdaniem mogą również zacząć stosować podobną strategię. Naprawdę, nie chcę by mi serwowano co chwilę kolejny odcinek politycznego Jerry Springer Show

Dzisiaj media w moim przekonaniu konkurować będą autorską wizją opowiadania o świecie, która będzie wiarygodna, wartościowa i w wersji "simply". Wiarygodności nie da się zbudować na tabloidyzacji. Chyba, że traktujemy już wszystkie programy w kategorii rozrywki. 


Tak zwana "obiektywna prawda" nie istnieje...

Dzień siódmy.
MN: Kontrowersja sprzedaje, to fakt. Czy słowo "konfrontacja" materializuje się w "kontrowersji"?
Czy jeden z minionych odcinków programu "Tak, czy Nie?", w którym tzw. Rafalala oblała prawicowego polityka wodą jest wg Ciebie nadużyciem? 
Media biorą odpowiedzialność za zachowanie gości, bo mogą takie zachowania przewidzieć i im przeciwdziałać? Media muszą przeciwdziałać, czy mówić prawdę? 
JK: Zapraszanie gości o skrajnych poglądach czy egzotycznym pomyśle na życie to codzienność mediów, pod warunkiem że nie wypełnia prawie stu procent czasu antenowego przeznaczonego na publicystykę. Jednak efekt zależy od celów rozmowy prowadzonej przez dziennikarza. Z jednej strony to sami goście odpowiadają za swoje zachowanie w studio, z drugiej prowadzący program powinen mieć nad nim jakąś kontrolę. W przypadku wspomnianego odcinka "Tak, czy Nie?" był to przykład typowego, zwerbalizowanego, kinetycznego hejtu. Wiadomo kto zaczął, a potem była już eskalacja agresji. 

Moim zdaniem programy oparte o kontrowersyjnych gości powinny mieć swoje zasady np. kontrola czasu wypowiedzi, unikanie wrzutek personalnych, skupienie na problemie i argumentach, a nie emocjonalnych wycieczkach. Nad tym prowadzący powinien panować i reagować, zamiast biernie się przyglądać. Zbyt często oglądam popisy retoryczne różnych ludzi na antenie, z których nic nie wynika poza emocjami i sztucznymi, propagandowymi wypowiedziami. 

Media nie biorą odpowiedzialności za zachowanie gości, to przecież dorośli ludzie.
Ale ich rolą jest próba przewidzenia temperatury programu i dopracowanie formuły, w której widz będzie mógł poznać argumentację i punkt widzenia każdej ze stron. To trudne, bo jakościowy poziom publicystyki moim zdaniem sięga bruku. 

Dla twórców programu, sytuacja gdy kontrowersyjni goście mówią indywidualnie każdy sobie, oczywiście nie jest komfortowa. Najlepiej kiedy wchodzą w interakcję i zaczyna "iskrzyć". Samo w sobie owo iskrzenie nie jest złe, ponieważ zapewnia pewną dynamikę rozmowy, ale granica awantury na antenie bywa bardzo płynna. Jak wiesz jestem gorącym przeciwnikiem tabloidyzacji mediów, a sprzyjanie przekraczaniu tych granic jest właśnie takim działaniem. 

Inna kwestia, to atrakcyjność formuły programu. Czyli warsztat. Przy wysokim poziomie wtórnego analfabetyzmu widza, media muszą być "simply", a ich treści przede wszystkim wysoce komunikatywne. To niestety wykorzystują też tabloidy. Media moim zdaniem, z należytą starannością powinny rejestrować i przekazywać prawdziwą rzeczywistość, a komentarz do niej powierzać najlepszym dziennikarzom, wiarygodnym ekspertom czy reprezentantom środowisk zawodowych. Nawet jeśli ich opinie są różne. Tak zwana "obiektywna prawda" nie istnieje, ponieważ takie same fakty i ciąg zdarzeń, możemy oceniać w różny sposób, czasem diametralnie różny. Największym problemem nie jest w zasadzie sama synteza wydarzeń, ale ich ostateczna interpretacja. Tutaj jest pole do olbrzymich uproszczeń, czasami zbyt wielkich. Widzę to w moim obszarze zawodowym czyli marketingu. Pojawia się wiele przekłamań, nieścisłości czy wręcz manipulacji. Brakuje czasem zrozumienia przez dziennikarzy podstawowych relacji czyli chociażby prostej prawdy, że to nie marketing oszukuje ludzi, a ludzie samych siebie - używając do tego narzędzi marketingu. To zasadnicza różnica w myśleniu. 

Dzień ósmy.
MN: Jacek, dość już tych mediów, dziennikarstwa i kontrowersji wokół tego... Zagrajmy w grę... Zgadnij kto i dlaczego powiedział o Tobie:


1. "Jest JEDYNĄ osobą, która przyjęłam do znajomych nie znając w realu. Dopiero później się poznaliśmy ;) Mówię o nim BRAT ;)"
2. "Tolkien to jego słabość od liceum, chciał bardzo pojechać na jego grób, trzyma w domu funta do 25 lat..."
Jacek Kotarbiński: 
1. "Jest JEDYNĄ osobą, która przyjęłam do znajomych nie znając w realu. Dopiero później się poznaliśmy;) Mówię o nim BRAT;)"

Hi, hi :) Pewnie, że wiem. Jest rozpoznawalna wokalnie. Gdziekolwiek coś powie, jest natychmiast identyfikowana. Dorota Zawadzka czyli Superniania.
Udaje nam się doskonale porozumiewać choć nie zawsze we wszystkim ze sobą się zgadzamy. Oboje jesteśmy wyczuleni na hipokryzję, a w dzisiejszym świecie to niestety częste zjawisko. Dorota jest jedną z wyjątkowych postaci polskiego Facebooka ponieważ ma bardzo wysokie wskaźniki zaangażowania fanów, nie gwiazdorzy i nie ma w sobie za grosz celebryctwa. Niestety jej bezkompromisowość i szczerość niektórym nie jest w smak, ale to już ich problem. Lubię ją i świetnie się dogadujemy. 


2. "Tolkien to jego słabość od liceum, chciał bardzo pojechać na jego grób, trzyma w domu funta od 25 lat..."

Tę rodzinną tajemnicę może znać tylko Joanna, czyli moja żona od 24 lat.
Tolkiena czytałem naprawdę zanim to było modne. Miałem kilkanaście lat, a "Władcę Pierścieni" w tłumaczeniu Marii Skibniewskiej odkryłem przypadkiem.
Zacząłem czytać, a "Powrót Króla" kończyłem na wakacjach siedząc w upale w namiocie. Nie mogłem się oderwać, tak bardzo wciągnęła mnie historia Śródziemia. Późniejszy film i sława Tolkiena na świecie to zupełnie inny rozdział. Tę fascynującą opowieść czyta się różnie, w różnym wieku, znajdując zawsze coś ciekawego dla siebie. Kiedyś może uda mi się dotrzeć w końcu na cmentarz Wolvercote w Oksfordzie z tym symbolicznym funtem.  


Dzień dziewiąty.
MN: Dziś 12 sierpnia, 2014 r. - do Polski doszła wiadomość i samobójczej śmierci Robina Williamsa. Aktor cierpiał na depresję.

A właśnie w tym dniu miałem się pytać o Twoje TOP filmów, które możesz oglądać bez końca...
To nienajlepszy moment. Zatem powiedz mi dlaczego gwiazdy często mają najmniej, choć z pozoru najwięcej? 
JK: Tak, wiadomość o śmierci tego wielkiego aktora była równie wielkim zaskoczeniem. Zapamiętałem go najbardziej z roli w filmie "What dreams may come", znanym w Polsce pod tytułem "Między piekłem, a niebem". Na pewno mogę zaliczyć go do moich filmów TOP. Trudno mi oceniać życie gwiazd, ludzie niestety bardziej od ich profesji i sztuki interesują się dziś tym co jedzą, z kim akurat śpią i w co się ubierają. Dookoła takich wiadomości wyrósł cały kolorowy przemysł, fałszujący wręcz rzeczywistość i zapewniający pozorną sławę. Wiele z tych "historii" to po prostu wyssane z palca bzdury i półprawdy, okraszane zdjęciami paparazzi i licznymi znakami zapytania. Napisałem o tym w "Smakoszach padliny". Wydaje się, że w wielu przypadkach ceną sławy jest niewyobrażalna, ludzka samotność, brak możliwości okazywania słabości czy nieustanna ochrona własnej prywatności. Znane osoby podlegają ciągłej presji, ocenie, krytyce, wszyscy patrzą na ich życie, a media i internetowe społeczności dokonują swoistej wiwisekcji. Na dodatek widzowie czy fani uważają, że mają do tego prawo, a twarz i życie gwiazdy jest towarem publicznym, z którym każdy może robić co chce. Pół biedy gdy krytyka jest profesjonalna, twórcza. W Polsce jednak króluje bezdenny hejt, który niczego nie wnosi, jest po prostu emocjonalnym bluzgiem. Napisałem rok temu notkę na ten temat "Sparring z kukłami".


Blog Jacka Kotarbińskiego: kotarbiński.wordpress.com 

Kilka znanych osób doświadczyło hejtu w Polsce nad wyraz.
Dorota Zawadzka, Beata Tadla, Małgorzata Rozenek, Anna Mucha, Katarzyna Figura, Anna Przybylska, Ilona Felicjańska, Marcin Meller, Maciej Stuhr, Jarosław Kuźniar, Szymon Majewski, Kuba Wojewódzki - długo by wymieniać. Czasem masz wrażenie, że w internecie ludzie pozbywają się swoich zahamowań, stają się w swych reakcjach po prostu niewiarygodnie podli. Dla mnie specyficzne zachowania społeczne w sieci są doskonałym wyzwaniem dla socjologów. Dlatego trudno dziwić się frustracjom gwiazd, tym bardziej, że media społecznościowe czy możliwość komentowania wszystkiego i wszystkich to nadal dość młode zjawisko. Social media na dodatek tworzą wrażenie bliskości i swoistej familarności, dla wielu możliwość hejtowania na profilu gwiazdy to forma narcyzmu czy wręcz sportu. Wielu ludzi nie oddziela też aktorów od ich ról czy formuły programu od jej prowadzącego. Z kolei szczerość gwiazdy, przyznanie się do słabości jest w Polsce inaczej postrzegane niż za granicą. Zacytuję Ci doktora Pasikonika z filmu "Sztuka kochania" Jacka Bromskiego,  który moim zdaniem genialnie pasuje do tej mentalności. W rozmowie z dziennikarką telewizyjną mówi:  "proszę sobie wyobrazić taką sytuację, że jesteśmy młodym małżeństwem i żyjemy w małym miasteczku. Jeżeli będę wychodził na spacer z panią, sąsiedzi powiedzą, że jestem pantoflarzem. Jeśli wyjdę z koleżanką, powiedzą – „dziwkarz”. Wyjdę z kolegą – powiedzą: „pederasta. Wyjdę sam, powiedzą „onanista albo impotent”. Jeśli nie będę wychodził w ogóle, powiedzą: „siedzi w więzieniu za gwałt”
To jest moim zdaniem genialna definicja naszego krytykanctwa i hejtu. Żadna profesja na świecie nie podlega takiej emocjonalnej huśtawce, doświadczają jej zarówno znani aktorzy, sportowcy, dziennikarze, politycy i wszyscy, których twarze są znane z ekranu. A to są zwykli ludzie, ze swoimi przekonaniami, wartościami czy słabościami. Różnica tkwi jedynie w popularności i braku anonimowości. 


Dorota Zawadzka o Jacku Kotarbińskim:
Jest bardzo wyczulony na absurdy w otaczającym go świecie. Dostrzega najdrobniejsze niuanse. Ma inteligentne poczucie humoru. Potrafi zjechać z drogi, zatrzymać się by zrobić ciekawe zdjęcie np. jakiejś reklamy czy szyldu. Raczej widzi rzeczy niż ludzi. Jest niebywałe porządnym i pomocowym człowiekiem. Jest uprzejmy po ludzku i nigdy nie słyszałam by o kimkolwiek źle powiedział. Jest trudnym rozmówcą, to znaczy musi powiedzieć swoje! Dobrze wyjaśnia zawiłości swojego zawodu, ma zrozumienie dla tych którzy się nie interesują jego zawodem. Lubi dyskutować i jeśli jego rozmówca ma mocne argumenty - Jacek je przyjmuje. Jest towarzyski, i troskliwy. Kocha żonę i jest dumny z dzieci ale nie zamęcza znajomych rodzinnymi tematami. Lubie go!
Ostatni dzień - najtrudniejsze pytanie...
Długo nad nim myślałem. Obawiałem się, że Jacek weźmie je za nietaktowne i odmówi odpowiedzi. Tymczasem kilka godzin po wysyłce zobaczyłem w skrzynce...

MN: Jacek. Wyobraź sobie, że możesz sprawić, że ludzie się dematerializują.
Nie jest to jednak żadne zabójstwo, ani nic z tych rzeczy! Po prostu możesz "tak o" wykluczyć z historii świata trzy osoby... Politycy, dyktatorzy, święci, ikony POP, nielubiany nauczyciel... Żyjący lub nieżyjący.
Załóżmy, że tym wpłyniesz na dzieje. Kto to by był i dlaczego? 

JK: Mikołaj, każesz mi być Wielkim Burzycielem Światów? I've got the power?

MN: Takie jest założenie.

JK: Ale ja wolę tworzyć, a nie niszczyć. Nie mógłbym kogoś wskrzesić? 

MN: nie.
JK: Jak mus, to mus.
Zacznijmy w takim razie od Świętego Piotra.
Zanim mnie spalą na stosie jako heretyka i propagandystę Dana Browna, dwa słowa wyjaśnienia. Po pierwsze, Piotr mi z bierzmowania. Po drugie, z agnostycznej Ewangelii Marii Magdaleny wynika, że ów albo był zazdrosny o władzę, albo kochał się w niej na zabój, albo był zazdrosny o Chrystusa. A może wszystko razem.
Jakkolwiek było naprawdę, świat wartości chrześcijańskich wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby rola kobiety i mężczyzny była w nim równa. Nasz system sprawowania władzy, demokracja czy rozwój miałby zupełnie inny kształt. Czy lepszy? Calikiem możliwe.
Tenże Święty Piotr był pierwszym, któremu Maria Magdalena nie podobała się w drodze do uzyskiwania wpływów, co skutkuje do dziś. 

Druga osoba to raczej czworokąt: Mussolini, Hitler, Lenin i Stalin.
W XX wieku z powodu ich chorych ambicji chęci władania umysłami zwykłych ludzi, narodził się totalitaryzm w odmianach faszyzmu, nazizmu czy komunizmu. Społeczności narodów, które współtworzyły te systemy zostały uwiedzione wielką, propagandową agitką, uwierzyły w hasła populistyczne oraz uwierzyły, że są władcami świata. To było oszustwo narodów na światową skalę, za które przyszło zapłacić najwyższą cenę. Dziś nadal jest wielu ludzi zarażonych odpryskami tych idei, które nigdy nie powinny nabrać charakteru masowego. Nadal są na świecie państwa, które uważają, że jedynie wąska grupa uprzywilejowanych, może kontrolować i sterować całym narodem. Myślę, że brak tych ludzi wpłynąłby znacznie na nasz los, ponieważ skutki ich działalności odczuwać będziemy na pewno przez najbliższe sto lat. 


Kogo trzeciego? Mam paru nielubianych nauczycieli, ale nie żeby zaraz eksterminować.
Moja nauczycielka rosyjskiego w podstawówce, czasami mi się śni, ciężka sprawa. Inna od  statystyki i matematyki, strasznie złośliwa kobieta. Wredny gość, który wykładał mi kiedyś logistykę. Ale nie życzę im źle, słowo daję. Paru polityków mnie też wkurza, nawet bardzo, ale to akurat sport narodowy. Poza tym jak ich wymienię, to wyląduję pewnikiem kiedyś w gułagu, na dodatek nawet wiem w jakim towarzystwie, bo już ich zapisałem do mojego baraku.
Ikony POP lubię, nawet czasem bardzo śmieszą. Wkurzają mnie charyzmatyczni liderzy polityczni, brylujący w mediach, świetnie rozumiejący swoją rolę i cynicznie wpływający na masy. Nie wiem co bardziej mnie irytuje - ich wyrachowanie czy media, które rzucają się by ich cytować czy analizować. Rosjanie mają takiego osobnika, doskonale wiesz kogo, a nazwiska nie wymienię bo nie będę mu statystyk nabijał. Ma totalitaryzm w oczach.
Jak w "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" podam Ci tylko jego inicjały - Wu Żet


Mikołaj Nowak: bardzo dziękuję za rozmowę! 
Jacek Kotarbiński: dzięki Ci za wywiad i Czytelnikom, którzy dotrwali do końca. 


Za pomoc w realizacji wywiadu dziękuję żonie Jacka - Joannie i Dorocie "Superniani" Zawadzkiej oraz oczywiście mojemu gościowi. 


Mikołaj Nowak

PS wszystkiego dobrego i kolejnych 24 lat razem!


Dziś 24. rocznica ślubu Joanny i Jacka Kotarbińskich - najlepszego!


- - -
Warto zobaczyć:



Przeczytaj wcześniejsze rozmowy #10na10:

środa, 13 sierpnia 2014

Biały koń, czyli manipulacje wizerunkowe Rosji

W ciężarówkach jest broń! 
Wizerunkowa.

Coraz bardziej zastanawia mnie ten pełen absurdu konflikt.
Rosja zachowuje się jak zwariowany pies, który gania swój ogon. Brak logiki w ich działaniu. Albo te manewry są tak sprytne, że nawet najtęższe umysły nie rozumieją, na jakich Putin nadaje falach... Po co wysyłać „konwój humanitarny” do państwa, które sobie tego nie życzy?

R: chcecie pomocy?

U: nie!

R: ok.

I tak to powinno wyglądać. Po co naciski?

Rosja jątrzy medialnie
Wg tamtejszych tzw. pijarowców odrzucenie „darów” przez Ukrainę będzie pretekstem do światowej debaty nt. butności Ukraińców.
Rosja nie rozumie – i nie chce rozumieć – ich potrzeby niezależności.
Traktuje mniejszych jak małe, dość łatwe cele. Ale wszystkim wmawia, że traktuje ich jak młodszych braci. Zatroskane mocarstwo wie lepiej, co dla naszych sąsiadów jest lepsze.
Problem w tym, że świat nie jest tak ogłupiony, a propaganda rosyjska nie działa tak intensywnie poza granicami swojej jurysdykcji.

Rozumiem potrzebę rozmachu…
Po miliardowym Soczi i przed wielomiliardowym Mundialem, czas na ocieplanie wizerunku.
Ale setki wojskowych ciężarówek przemalowanych na biało to nie to samo, co pomachanie białą flagą. To nie etyka. To też nie norma. To próba Public Relations w zamożnym wydaniu.
Dziś świat postrzega Putina i jego zachowanie jak kuriozum.
Wielkie, niezrozumiałe kuriozum, które w swoim szaleństwie próbuje podporządkować otoczenie. 
Wykorzystuje brak konsekwencji innych państw, wieczne – rzucane na wiatr – słowa „wyrażamy głębokie ubolewanie” i cynizm władz.
Ale dla Rosji wizerunek to ważna rzecz... Tyle, że ona ma swoją definicję wizerunku. I niestety myli działania stricte PR-owe z odstawianiem szopek. 
Dlatego ludzie mówią na „biały konwój” koń trojański. Dlatego ludzie nie identyfikują się z Putinem i głośno nazywają go agresorem. I mówi to społeczność w mediach społecznościowych. 

Obstawiam, że w ciężarówkach faktycznie jest żywność i artykuły pierwszej potrzeby.
Żadna broń w częściach dla separatystów. Bo i po co? 

Separatyści broń mają. Nawet taką „ziemia – powietrze”, o czym przekonaliśmy się ostatnio.
Putin jest sprytny, ale nie jest głupi. Ten cały tzw. "konwój humanitarny" to po prostu wizerunkowa otoczka, manipulacja optyczna mająca na celu stworzyć iluzję.
Wrażenie tego, że nasz wschodni sąsiad ma serce tak wielkie jak ambicje i apetyt co do terytorium Ukrainy.
Prawdziwym problemem jest to, że ciężarówki nie jadą puste.
Powinny zabrać separatystów i wrócić tam, skąd przyjechały.
Ale Rosja manipuluje i testuje najtańsze wizerunkowe sztuczki.


Na oczach całego świata.
Obecnie antyrosyjskiego świata.

fot. Darek Pala PAINTings



Mikołaj Nowak

Nadzieja umiera ostatnia? [Brief.pl]

Robin Williams nie żyje – grzmią nagłówki. I serca.


Charyzmatyczny aktor i komik, który osiągnął tak wiele… już się nie uśmiechnie.
Powinien być ucieleśnieniem szczęścia i dobrobytu. A jednak nie.
„Potrafił udźwignąć każdą rolę ale nie udźwignął życia” – powiedziała Justyna Pochanke we wczorajszych Faktach. Dziś to pewne – aktor popełnił samobójstwo.

fot. Fakty TVN

Powtarzający się scenariusz


Tak już jest. Budzisz się. Czytasz/słyszysz: „nie żyje”. Pierwsza reakcja – szok.
U mnie to też nieznośne: „znowu?”. Czy to jakiś demoniczny cykl?
Najjaśniejsze gwiazdy gasną nagle. Nieważne, jak są majętne. Nieważne, co i kto ich chroni.
Ważne, że przygniata je gigantyczna presja. Nie zdajemy sobie sprawy z jej wagi.
Nie są w stanie już dłużej dźwigać ciężaru sławy. Łamią się.

Tak już jest?
Że performerzy, którzy mają na scenie wielki talent poza nią zupełnie sobie nie radzą?
Philip Seymour Hoffman, Whitney Houston, Michael Jackson, Amy Winehouse i 11 sierpnia 2014 – Robin Williams. Nagle. Najjaśniejsze postaci Show Businessu, czołówka.
Z supergwiazd nagle stają się legendami…

Festiwal pytań. Jak to się dzieje?
Nikt ich nie wspiera? A może to oni nie mają zaufania do nikogo?
Poprosić o pomoc to niby nie sztuka. A jednak.


Im więcej, tym mniej? Obawa przed breaking newsem…


Kilka godzin po tym, jak Ameryka otrząsa się po stracie, budzi się Polska.
Scenariusz powtarzany od lat.  Ciągle to samo: uzależnienia i samobójstwa. Depresje i apatie.
Za każdym razem zadajemy sobie pytanie: jak to możliwe? Przecież mieli wszystko.
Najczęściej ci, którzy „mają wszystko” tak naprawdę posiadają najmniej.
Brak elementarnych uczuć. Brak ustabilizowanej hierarchii wartości. Innym nie dają odczuć po sobie, Unikają uzewnętrzniania się – bo grozi to szkodliwym breaking bewsem. Dlatego się izolują.
Miłość, przyjaźń i bliskość. Tego nie kupią za pieniądze. Żyją w świecie, który bardziej przypomina dżunglę. Albo oni polują na kogoś, albo ktoś na nich.
Najpierw kariera, potem zdrowie.


Siła spokoju


Często nie rozumiemy tego, że spokój ducha jest najważniejszy.
To kwestia nie tylko nastawienia czy otaczającego nas świata. To tkwi w nas samych.
Co z tego, że mamy miliony na kontach? Cóż z tego, że szaleje za nami cały świat?
Presja jest niekiedy tak ogromna, że nawet najbardziej pojemny i najwspanialszy mózg – ludzki – może nie dać rady. Aktor zmagał się z depresją. Wiedzieliśmy o tym?

Na końcu usłyszeliśmy tylko wyrok – Robin Williams nie żyje. Samobójstwo.
Może teraz czas spojrzeć na osoby dookoła?

Nadchodzi jesień…


A wraz z nią coroczna „jesienna depresja”. Tak naprawdę ten stan jest zwykłym osłabieniem, wywołanym porą roku. To smutek.
Ale ilu z nas powie „mam jesienną deprechę”?

Ilu z nas ma pojęcie, czym jest ta prawdziwa – niszcząca fragment po fragmencie psychiki – depresja?
To stan, który nieleczony zabija bardzo powoli. 
Mam kontakt z osobą, która od wielu lat zmaga się z tą ciężką chorobą. Gdy nie wiadomo jak pomóc, trzeba zaufać specjalistom. Czasem dobre słowo jest niewystarczające. Nawet drażniące.
Tanie pocieszanie drogich nam osób. Co za ironia.
Ale nie można odpuszczać – w porę rozpoznać to fatalne zjawisko i przeciwdziałać.

Ważne, że to zawsze nadzieja umiera ostatnia.



Mikołaj Nowak

Darek Pala - pomosty

piątek, 1 sierpnia 2014

Krew Powstańców nie została przelana na darmo!

Od lat trwają spory o sensowność wybuchu Powstania Warszawskiego.

Spierają się historycy, a ich czytelnicy przerzucają się w sieci tonami argumentów. Mam wrażenie, że wojny sieciowe są współczesnym odzwierciedleniem dawnych konfliktów. Dziś nie przelewamy już krwi, a megabajty negatywnych emocji czynią życie nieciekawym i pełnym obaw. Te wszystkie kłótnie o nic są czymś, co zabija powoli. To nasza własna odmiana heroiny.


fot. Darek Pala PAINTings

Widzę sens w każdym powstaniu

Najpewniej ktoś z Was uświadomi mnie, że nie jestem historykiem. Ktoś inny napisze, że to tylko moje subiektywne wnioski. Chcecie polemizować z felietonem? Proszę bardzo. Ja chcę polemizować. Piotr Zychowicz dla Wirtualnej Polski pisze:
Niestety cała polska krew przelana w Powstaniu Warszawskim została przelana na darmo.
Oczywiście nie jest argumentem to, że urodziłem się w Warszawie akurat pierwszego sierpnia. Akurat dziś, ale prawie trzydzieści lat temu. Akurat ja. Zanim ktoś posądzi mnie o "wyrywanie zdań z kontekstu", co jest dość modne nie tylko w sieci, proszę - oto link do pełnej publikacji.
Autor tego - według mnie dość odważnego - zdania opisuje, dlaczego zryw zwany Powstaniem Warszawskim nie miał sensu. I był nieodpowiedzialny. I krew poszła na darmo. 

Otóż nie poszła! Nie wolno nam nawet przez chwilę w to wątpić. Szczególnie, gdy słuchamy poruszających słów gen. Zbigniewa Ścibor-Rylskiego, który ledwo stojąc na nogach, dumnie salutuje i mówi:

Jesteśmy teraz w ukochanej Warszawie. Odbudowanej tak wspaniale. Czy my, wychodząc z powstania, mogliśmy marzyć, że ta Warszawa powstanie z gruzów?
Wiem, że sceptyków to nie przekona, ale chwilę później, na oczach rodaków, przed Prezydentem RP i delegacjami padają słowa:
Mimo klęski, mimo porażki - mamy zwycięstwo. Zwycięstwo dlatego, że etos, ideały żołnierzy Armii Krajowej przetrwały przez wszystkie pokolenia. Solidarność zdobyła wolność bez walki 
I dziwi mnie, że co roku na kilka dni przed rocznicą Powstania Warszawskiego znów ktoś decyduje się publikować artykuły, w których podważa sensowność zrywu. Dlaczego nikt nie bierze pod uwagę dramatu ludzi w tamtych czasach?

Gen. Ścibor-Rylski dodał:
Nie ma gorszej rzeczy niż utrata wolności

Nie widzę sensu w sieciowych bataliach

Czytając komentarze pod wspominanymi artykułami, mam wrażenie, że wolności mamy aż za wiele... W sieci jest stanowczo za dużo wojowników z drewnianymi mieczami. Ich zadaniem jest destabilizacja poprzez zwiększanie temperatury dyskusji. Kosztem innych.

Być może Powstanie Warszawskie było skazane na klęskę. Być może ktoś wiedział o tym od początku. Ale jestem pewny, że przyczyniło się - na arenie międzynarodowej - do postrzegania Polaków jako honorowych i walecznych. Jako tych, którzy desperacko potrafią bronić wolności i Ojczyzny. Do ostatniej kropli krwi w żyłach. Do ostatniego tchu w piersi.
Dlaczego te aspekty nie mają żadnego znaczenia dla znawców historii? Pytam, dlaczego żaden z nich nie docenia dzisiejszych konsekwencji PW, które mogą być reperkusjami dla współczesnych agresorów? Warszawiacy zdolni byli do desperackiej obrony honoru w imię całej Polski. W imię przyszłych pokoleń, które dziś bez pamięci obrażają przodków w Internecie. 

Ale zaraz... Po co nas atakować? Przecież atakujemy się sami! 
Codziennie, nie potrafiąc się różnić pięknie, jedynie umniejszając i wymądrzając się w anonimowej sieci zawiści. A to wszystko najczęściej za cenę najtańszego abonamentu internetowego.

To wszystko sprawia, że ta współczesna Polska coraz częściej staje się tylko wirtualną... Natomiast realne są obawy o to, czy w ostateczności potrafilibyśmy się ponownie zerwać, by bronić tego, co nasze. 

Teraz zobacz poruszające i smutne przemówienie gen. Zbigniewa Ścibor-Rylskiego z 30 lipca, 2014 r.

gen. Ścibor-Rylski. Fot. TVN24


Mikołaj Nowak


PS Jest gorsza rzecz niż utrata wolności. To według mnie jej niekonstruktywnie wykorzystywany nadmiar. Wiemy to 70 lat po wybuchu Powstania.