wtorek, 8 lipca 2014

10/10: Mikołaj Nowak rozmawia z Joanną Malinowską-Parzydło, CEO Personal Brand Institute

10 dni, 10 pytań. Bez retuszu: Joanna Malinowska-Parzydło.

Profesjonalistka. Powołała Polskie Stowarzyszenie Mentoringu, jest CEO Personal Brand Institute, aktywnie bloguje. Niezwykła osoba to niezwykła rozmowa. Kompendium, introspekcje... Joanna, jakiej nie znacie. Zapraszam.


Joanna Malinowska-Parzydło

Warto się zaprzyjaźnić z czasem swojego życia i traktować go z należytym szacunkiem

Dzień pierwszy.
Mikołaj Nowak: czy Personal Branding to znak czasów? Każdy może być marką?

Joanna Malinowska-Parzydło: Każdy z nas tym dysponuje. Tylko niektórzy są tego świadomi. Marka osobista to efekt wieloletniego, konsekwentnego, uważnego bycia sobą (być sobą - no tak, trzeba tę lekcję kiedyś odrobić [śmiech], życia w zgodzie ze swoimi wartościami (i tę także :-), zarządzania sobą (że mój chaos życiowy już nie jest w cenie? :-) i inwestowania w swój rozwój (ale co ja powinienem rozwijać? :-). To wynik czasu poświęconego refleksji, jakie chcę mieć życie, po co żyję, co jest dla mnie ważne, czy jestem temu wierny robiąc to, co robię i poprzez sposób, w jaki żyję.

Czy znak czasów? Z pewnością, także, jeśli pytasz nie tylko o koncepcję marki, ale rzesze „strategistów od personal brandingu czyli kreowania wizerunku i szumu wokół człowieka, PRowania Pana Prezesa i takich tam marketingowych sztuczek”. Oni też są znakiem czasu :-) 

Wracając do koncepcji marki osobistej. Żyjemy w świecie rosnącej transparentności, przejrzystości i dostępu do informacji, którą gwarantuje internet. Budujemy sieci relacji z nieznajomymi z drugiej strony globu korzystając z możliwości weryfikowania ich osobistej reputacji online lub offline. Nie mamy czasu na drobiazgowe, długie i żmudne analizy prowadzące do decyzji o wyborze znajomych, polecanych pracowników, szefa, pracodawcy, lekarza, niani, kosmetyczki, mechanika samochodowego, opiekuna naszego zwierzaka itd. Przy rosnącym tempie życia poszukujemy narzędzi pozwalających szybciej podejmować ważne decyzje. Tu, z pomocą przychodzą nam marki, produktowe, globalne czy osobiste stanowiąc obietnicę konkretnej jakości i wartości. Zaczynamy oceniać ludzi ze względu na ich markę czyli posiadaną reputacją zbudowaną na zaufaniu do ich dotychczasowych działań, osiągnięć, zachowań, efektów komunikacji i życia.

W ten sposób, każdy z nas, prywatnie lub zawodowo, buduje swoją markę, która go z tłumu, podobnych mu specjalistów, menedżerów czy kandydatów do…(ręki, także), wyróżni w oczach właściwych odbiorców. Ba, jeśli marka to zestaw wrażeń i skojarzeń, które odpalają się w głowach ludzi na widok zdjęcia, nazwiska czy samej osoby, w ten sposób każdy jakąś markę ma. Nie każdy tylko nią świadomie zarządza. W końcu, świat nie potrzebuje samych liderów i zarządzających. I nie każdy musi być marką dobrze zarządzaną :-)



Dzień drugi. 
MN: Mówisz, że nie mamy czasu na dokładne zastanowienie się. Czy to może mieć związek z tym, że jesteśmy "przeładowani" informacjami? Kiedyś informacji było mniej i dlatego podejmowaliśmy konkretniejsze decyzje?
 JM-P: Zacznijmy od „nie mamy czasu” czyli kto nam ukradł czas.
Ciągle słychać narzekanie, że mamy za mało czasu, że czas tak szybko płynie, że nie ma czasu na dokładne zastanowienie się, na życie, na rodzinę, na odpoczynek.
To ciekawe, bo czasu, odkąd człowiek zaczął go mierzyć wykorzystując zegar, masz zawsze tyle samo.
Ba, filozofując można rzec, że mamy całe życie czasu. Tego ziemskiego. Ani mniej, ani więcej.
Masz go na dzień, na noc i na dobę dokładnie tyle samo co św. Jan Paweł II czy Richard Branson. 12/24. Można przeliczać na minuty i sekundy, jeśli wolisz.

Zatem czas masz, dopóki żyjesz.

Ciekawe, na co go konkretnie przeznaczasz?
Jak go najczęściej traktujesz? Masz z nim w ogóle jakąś osobistą relację:
  •          strzeżesz jak najcenniejszego skarbu?
  •          inwestujesz?
  •          dobrze pożytkujesz?
  •          szastasz jakby był odnawialny?
  •          trwonisz?
  •          wyrzucasz w błoto?
  •          lekceważysz i kpisz z niego, choć on jest kompletnie zaimpregnowany na poczucie humoru?
  •          przepuszczasz przez palce?
  •          dopisz własne: ………..
Co robisz ze swoim czasem? Na co go, konkretnie, przeznaczasz? Zrób bilans czasu tygodniowego.  Zarządzasz nim profesjonalnie czy przepuszczasz jak ostatni hulaka, który kiedyś obudzi się zdumiony, że czas na rzeczy ważne (na młodość, miłość, rodzinę, pasję, sporty, taniec, na TĘ przyjaźń itd.) minął bezpowrotnie?

Warto się zaprzyjaźnić z czasem swojego życia i traktować go z należytym szacunkiem.

Dzień trzeci.
MN: Dlaczego ludzie stali się mniej refleksyjni, czyli dlaczego nie poświęcają odpowiednio dużo uwagi sprawom ważnym i istotnym?
JM-P: Znasz mnie, Mikołaj, jestem ostatnią osobą, która formułowałaby jakieś ogólne oceny, osądy i dawała recepty „na wszelkie choroby i dla każdego”. Mogę się odnosić wyłącznie do moich doświadczeń związanych z obserwacją siebie i ludzi wokół mnie.

Refleksyjność i uważność wymaga zatrzymania się. Kiedy się gna sprintem czy kurcgalopem przez życie, szybko, do mety, w przepychającym się  tłumie ścigających się, obcych ludzi, to moment zatrzymania się grozi utratą równowagi lub zadeptaniem na śmierć.

Zastanawianie się prowadzi do wniosków i refleksji, które nie zawsze są łatwe i przyjemne. Łatwiej zagrzdylać bezcelowo w kole jak skołowany chomik, niż przygotować strategię na zatrzymanie koła i zmianę swojej sytuacji. Wymagałoby to konstatacji, że nikt poza nami tego koła nie zatrzyma i nie zamieni na zielony, szumiący las. A to, prowadziłoby do decyzji o wzięciu na siebie odpowiedzialności za siebie i innych, za jakość naszego życia oraz jakość naszych wyborów. Wszystkich: życiowych i zawodowych.

Kto nam robi to tempo życiowe, kto rzuca w kurcgalop, kto przyjmuje pracę u tego, a nie innego pracodawcy, kto promuje złe i patologiczne rzeczy, wrzucając je i komentując w sieciach społecznościowych, kto głosuje na nieprofesjonalnych i nieetycznych polityków lub nie głosuje, bo mu się nie chce? Taka prawda, że nikt poza nami samymi. Sami odpowiadamy za nasze życie, nasze tempo, nasze refleksje i nasze wybory. Ty. I on. I ja.

Inna sprawa, że staramy się w codziennej agendzie naszego życia upchnąć coraz więcej rzeczy mało ważnych, dających krótkotrwałą przyjemność, oddech i przerwę w życiowym maratonie. Żyjemy w oderwaniu od naturalnego rytmu przyrody, cyklu nocy i dnia, pór roku. Czy nam to służy, nie wiem. Mnie, osobiście, nie służy. Sama pracuję intensywnie nad poszukiwaniem w sobie guzika z napisem „tryb: odpoczynek”. Jeszcze nie znalazłam, ale jak znajdę, to dam Ci znać :-)
Natomiast mam już dobrze zużyty klawisz „uważność” związany z byciem uważną na to, co się ze mną dzieje tu i teraz, co jest dla mnie ważne w życiu, czy o to odpowiednio dbam w każdej minucie mojego życia. Mimo szybkiego tempa przemieszczania się w czasoprzestrzeni.



Każdy jest marką

Dzień czwarty. 
MN: Jesteśmy przeładowani informacjami?
JM-P: Z pewnością. Uważam, że umiejętność zarządzania informacjami przyjmowanymi ze świata, filtrowania ich, oceniania ich jakości, selekcji i segregowania wartościowych od szeroko rozumianego spamu, jest jedną z kompetencji sukcesu w XXI w. Jeśli wpuszczasz do głowy śmieci, to masz zaśmieconą głowę i mózg. Mózg nie odróżnia, że coś jest prawdą, coś głupim żartem a coś śmieciową informacją.

Poza tym, po swojemu zapytam: kto ładuje i w co ładuje? Kto tu rządzi? I czy leci z nami pilot? :-) Na zakończenie przytoczę jedną z moich ulubionych „Bajek Filozoficznych” Michela Piguemala, zatytułowaną „Trzy sita”.

Któregoś dnia zjawił się u filozofa Sokratesa jakiś człowiek i chciał się z nim podzielić pewną wiadomością.
- Posłuchaj, Sokratesie, koniecznie muszę ci powiedzieć, jak się zachował twój przyjaciel.
- Od razu ci przerwę –
powiedział mu Sokrates – i zapytam, czy pomyślałeś o tym, żeby przesiać to, co masz mi do powiedzenia przez trzy sita?
A ponieważ rozmówca spojrzał na niego nic nierozumiejącym wzrokiem, Sokrates tak to objaśnił:
- Otóż zanim zaczniemy mówić, zawsze powinniśmy przesiać to, co chcemy powiedzieć przez trzy sita. Przypatrzmy się temu! Pierwsze sito to sito prawdy. Czy sprawdziłeś, że to, co masz mi do powiedzenia, jest doskonale zgodne z prawdą?
- Nie, słyszałem, jak o tym mówiono, i…
- No cóż… Sądzę jednak, że przynajmniej przesiałeś to przez drugie sito, którym jest sito dobra. Czy to, co tak bardzo chcesz mi powiedzieć, jest przynajmniej jakąś dobrą rzeczą?
Rozmówca Sokratesa zawahał się, a potem odpowiedział:
- Nie, niestety, to nie jest nic dobrego, wręcz przeciwnie…
- Hm! –
westchnął filozof. – Pomimo to, przypatrzmy się trzeciemu situ. Czy to, co pragniesz mi powiedzieć, jest przynajmniej pożyteczne?
- Pożyteczne? Raczej nie…
- W takim razie nie mówmy o tym wcale! –
powiedział Sokrates. – Jeżeli to, co pragniesz wyjawić, nie jest ani prawdziwe, ani dobre, ani pożyteczne, wolę nic o tym nie wiedzieć. A i tobie radzę, żebyś o tym zapomniał…

To, co staram się, w ślad za powyższą opowiastką, wpuszczać do swojej głowy, powinno być prawdziwe, dobre i pożyteczne. To kryteria znacznie redukujące „przeładowanie” :-)

Dzień piąty.
MN: Joanno, ok. Zatem powiedzmy sobie teraz szczerze: jesteś marką?
JM-P: Zgodnie z moją koncepcją marki osobistej, jestem. Jak każdy. Jeśli marka to zestaw skojarzeń na nasz temat w głowach naszych ważnych partnerów życiowych i zawodowych oraz efekt naszej komunikacji w ważnych relacjach, każdy jest marką. 

Dzień szósty.
MN: Chciałbym Cię zaskoczyć...

Wyobraź sobie, że masz budżet w wysokości 50 000 zł i musisz kupić auto. 

Idziesz do salonu i kupujesz nowy średniej klasy wóz z oszczędnym silnikiem, czy inwestujesz w legendę typu stary Mustang, Porsche, może inny klasyk marki premium? 

JM-P: Mikołaj, przecież wiesz, że trudno mnie zaskoczyć, choć ostatnio, przyznam, komuś się to udało.

Idę do salonu i kupuję wóz, który jest obietnicą rzeczy i kwestii dla mnie podstawowych i najważniejszych. Marka to obietnica wartości, a wśród moich jest m.in. rodzina (jest nas czworo – w porywach do sześciu), bezpieczeństwo, zdrowie, wysoka jakość i niezależność. 

Na co mi Mustang czy Porsche? 

  • Parkuję pod domem - zaraz mi go ukradną, albo będę się bała, że mi ukradną, porysują albo zniszczą. Wystarczył już Passat z wypaśnym wyposażeniem, żeby dwa razy wyrwali nawigację. Dziś mam radio basic i nawigację w smartfonie. 
  • Moja niezależność jest ściśle powiązana z wolnością od snobizmu - musiałabym się stale tłumaczyć znajomym, którzy, na widok Mustanga czy Porsche, pytaliby zdumieni: A na co Ci to?
  • Niezależność wiąże się też z faktem, że nie jestem uwiązana do jednego serwisu w mieście ze zblazowanym, nadskakująco usłużnym lub zmanierowanym Panem Benkiem
  • Zdrowie - nie lubię zbędnego stresu i napięć, tym bardziej związanych z korzystaniem z przedmiotów codziennego użytku - a tu, niech się tapicerka w Porsche pobrudzi, kiedy będę wieźć kwiaty na balkon lub podrzucać przyjaciółkę z małym dzieckiem, które uwielbia sok malinowy…
  • Mój starszy syn zaraz zacznie pożyczać auto - wolałabym, żeby nie zaczynał od sprawdzenia mocy silnika Porsche - jeszcze go z tego Porsche na pierwszych światłach wysadzą…
  • Przy starym Mustangu obawiałabym się z kolei, jak długo będzie bezawaryjny - nie mam kompletnie w życiu czasu na naprawy auta, które ma być niezawodne.

I w końcu - lubię przestrzeń - zatem, kiedy będę miała większą ekstra kwotę do wydania na auto, kupię sobie dużego SUVa, którym będę jeździć bez poczucia obciachu do naszej wiejskiej hacjendy pod Pułtuskiem, mogąc do niego wpakować nowy klon do zasadzenia w ogrodzie, perkusję młodszego dziecka czy Marschalla (to jest premium!) w towarzystwie wszystkich gitar Najdroższego (a jest ich spora gromadka). :-)

Zatem, zmierzając do końca, marka osobista premium to nie marka, która musi się otaczać drogimi czy kultowymi markami premium. Nasze premium to najwyższa jakość i wolność do bycia sobą, a nie snobizm; to sztuka zbudowania reputacji osobistej premium dzięki czemuś innemu niż posiadane markowe przedmioty :-)


Utworu „Girl” wysłuchałam w swoim życiu tysiące razy...



Dzień siódmy.

MN: A społeczeństwo? Społeczeństwo jest snobistyczne? 
Aktualnie w mediach karierę robi nastolatka, która nazwała premiera "zdrajcą" i demonstracyjnie nie przyjęła od niego kwiatów. Chciałbym wiedzieć, czy taka osoba też jest marką oraz co o tym zachowaniu myślisz?
JM-P: Zdecydowałam, że to będzie „pusta” odpowiedź, spójnie i zgodnie z moją filozofią, żeby nie poświęcać uwagi rzeczom, które nie spełniają wymogu: dobry, pożyteczny i prawdziwy. Jednym słowem, wartościowy. Tej dziewczynie i tak już poświęcono za dużo uwagi, wzmacniając w niej przekonanie, że na nią zasługuje. Ja do tego ręki nie chcę przykładać.



Dzień ósmy.
MN: Co Ci w duszy gra? Wymień proszę pięć utworów, które są wyjątkowe, miały wpływ na Twoje życie, lub po prostu Ci się podobają, ok?

JM-P: Oj, Mikołaju, a to mi zadałeś trudne ćwiczenie. Z takiej mnogości i różnorodności mam wybrać pięć? Ciężko! Są ich setki... Adamo, Piaf, Dire Straits, The Police, Phil Collins, Maanam, Kate Bush, Sinead O’Connor, Tanita Tikaram, Cesaria Evora, Buena Vista Social Club, Tracy Chapman, Jehro…to tylko początki. Ale ma być pięć.

  • The Beatles - "Girl"
I większość utworów mojego ukochanego zespołu. 


Jako nastolatka byłam fanką The Beatles. Tłukłam się w niedziele środkami komunikacji miejskiej z Ursynowa na Plac Komuny Paryskiej (dziś pl. Wilsona), żeby w podwórku kina „Wisła”, miejscu spotkań fan clubu The Beatles, przeglądać dostępne i niedostępne skarby. Mój mieszkający w Szwajcarii przyjaciel przesyłał mi plakaty The Beatles z magazynu Bravo, które pachniały kapitalistycznym, niedostępnym światem. Najcenniejszy plakat, który wisiał na drzwiach mojego pokoju dostałam od Marcina Kydryńskiego. Wymieniłam też w czwartej klasie podstawówki z kolegą Andrzejem Ż. pocztówkę dźwiękową na mały album Beatlesów z dwoma singlami. Utworu „Girl” wysłuchałam w swoim życiu tysiące razy. Sentyment do The Beatles pozostał do dziś, choć wielka miłość do Paula McCartneya nieco ostygła :-)

  • Rosemary Clooney “Mambo Italiano” 


Mambo Italiano towarzyszy mi od początków podróży do zostania mistrzynią salsy, tj. od kilku lat. Zaś obecna w tym akurat teledysku Sophia Loren, jest jedną z moich ulubionych marek osobistych premium.

  • The Last Of The Mohicans Soundtrack


Muzykę filmową odkryłam wiele lat temu dzięki RMF Classic. Teraz jest na stale obecna w moim życiu. Z kolei film „Ostatni Mohikanin” jest na liście moich ulubieńców - ze względu na Daniela Day-Lewisa także :-)
Kiedyś, podczas corocznej Romantycznej Rowerowej z mężem, w odwiedzanym SPA dostałam płytę z kompilacją muzyki filmowej. Trwa półtorej godziny i znakomitą większość zajmuje ścieżka dźwiękowa z Ostatniego Mohikanina. Zamieszkała na stałe w naszej sypialni.

  • Sting & Cheb Mami - “Desert Rose



Desert Rose” odpala mi w głowie Toskanię i tęsknotę duszy za wolnością od miejskiej dżungli. Na płycie DVD jest dostępny piękny koncert z toskańskiej posiadłości Stinga, znamienny, bo związany z datą 11 września. Zachęcam do obejrzenia.

  • Oddział Zamknięty - „Andzia”

Koncert Oddziału był pierwszym, na który poszłam sama jako nastolatka. 
Do „Hybryd”. Mój śp. Tata wyposażył mnie w odpowiednią wiedzę, jak reagować w sytuacji potencjalnego zagrożenia oraz w pewien groźny przedmiot, o którym pisać nie mogę :-)
Przy Oddziale przetańczyłam i prześpiewałam wiele cudownych imprez. Byłam wtedy zbuntowaną nastolatką, ubraną wyłącznie na czarno, z krzyżem na czarnej aksamitce na piersi i zrobionym samodzielnie znaczkiem „Jestem czarownicą”:-) 
Do dziś, zostało mi tylko to ostatnie ;-)

Posiadanie wolności osobistej wymaga sztuki ustanawiania jej granic...

Dzień dziewiąty.

MN: Powiedz proszę, co myślisz o spoufalaniu się przełożonych z podwładnymi?
Czy przyjaźnie w pracy są wskazane? Chciałbym, abyś trochę rozwinęła ten temat.

JM-P: Trzeba najpierw doprecyzować pojęcia, o które pytasz.

MN: ok, precyzuj ;-)

JM-P: Czym innym może być spoufalanie się przełożonego z podwładnym, czym innym spoufalanie się podwładnego z przełożonym (to raczej bardziej oczywiste w kategorii spoufalania), a jeszcze czym innym budowanie przyjaźni w pracy.

Zatem, po kolei:
spoufalanie się przełożonych z podwładnymi. Co by to miało być? 
Zwracają się po imieniu, używają zdrobnień, mówią per „Kochanie”, pytają o prywatne sprawy, zapraszają (się) na Wigilię? Trochę trudno mi zgadywać, w czym rzecz, bo rozumiem, że nie w patologiach i nadużyciach w relacjach międzyludzkich, które reguluje prawo pracy i zasady wewnątrz firmowe. 
Moja jedyna rada, która może pomóc dotyczy profesjonalnego komunikowania zasad współpracy i oczekiwań przez przełożonego swojemu zespołowi i z wicewersą.
Jeśli szef takowych nie zakomunikował, warto o nie zapytać przy jakiejś dobrej okazji, zatrudnianiu nowej osoby do zespołu, aktualizacji zakresów obowiązków etc. W przypadku zachowań szefa naruszających czyjeś osobiste wartości najlepiej jest mu to zakomunikować w cztery oczy: „…że kiedy mówi/robi X, to nam jest wówczas przykro/ jesteśmy sfrustrowani/ etc i czujemy wtedy Y”. Czasem pomoże, czasem nie. Jeśli jednak tego nie zrobimy nie dziwmy się, że on tego nie wie i nic się nie zmienia. Kiedy szef proponuje kolejny raz pójście po pracy na piwo, można powiedzieć, że to miłe wyróżnienie i dowód sympatii, i z radością byśmy skorzystali z zaproszenia gdyby nie fakt, że mamy zobowiązania wobec rodziny lub że jest to czas przeznaczony na inne obowiązki.
Posiadanie wolności osobistej wymaga sztuki ustanawiania jej granic
Czasem definiowanie granic mija się z celem, kiedy przełożony jest typem „nosorożca” zachwyconego własnym rogiem, otrzymaną władzą i zaimpregnowanego na perspektywę swoich współpracowników. Wówczas, być może, trzeba ponieść koszty związane z zaniechaniem zaprezentowania swoich opinii i oczekiwań, skoro szanse na profesjonalizm i zrozumienie po stronie szefa są bliskie zeru. Wtedy trzeba zaciskać zęby tak długo, aż się dojrzeje do zmiany szefa. I ani dnia dłużej. Reagować zaś i ustawiać granice trzeba zawsze, kiedy komuś dzieje się krzywda.

Budowanie przyjaźni w pracy jest zwykle obciążone większym ryzykiem po stronie przełożonego. Po pierwsze dlatego, że przyjaźń wymaga zaufania, a to jest limitowane w relacji szef-pracownik - chociażby w trudnej sytuacji zachowania w poufności decyzji o zwolnieniu przyjaciela, który może być najmniej kompetentnym członkiem zespołu. 
Przyjaźń to duża rzecz, trzeba wiedzieć komu ją oferujemy i czy będziemy mogli być wobec tej przyjaźni lojalni. 
W roli szefa – z pewnością będziemy musieli położyć często przyjaźń na szali z obowiązującymi politykami, zasadami, kryteriami oceny, trudnymi rzeczami do zakomunikowania etc. 
Szef musiałby się także upewnić, że przyjaźń ze strony pracownika nie jest interesowna. Pracownik musiałby rozumieć, że rola szefa wymaga obiektywizmu, traktowania wszystkich w taki sam sposób, a czasem, traktowania przyjaciela surowiej, żeby inni nie mieli wrażenia faworyzowania. W każdym przypadku – sytuacja niezdrowa i nie do końca profesjonalna.

Jasne, szkoły przywództwa podkreślają często, że lider powinien mieć jedną zaufaną osobę w pracy. Czy przyjaciela – nie rekomenduję – lepiej sukcesora lub zastępcę.

Raz w życiu, w swojej karierze zawodowej, pozwoliłam sobie na przyjaźń w pracy
Uporanie się z żalem po zdradzie przyjaciela – to bardzo długoterminowy i bardzo bolesny proces. Nie polecam. Przyjaźń to kategoria spoza agendy biznesowej. W pracy bierzemy wynagrodzenie za realizację celów. Przyjaźń to wspólna droga, nie cel. Lepiej nie mylić porządków.

Konkludując – odradzam przyjaźnie w relacjach szef-pracownik. Rekomenduję profesjonalne relacje zawodowe oparte na wzajemnym szacunku, jasnych celach i oczekiwaniach, sprawiedliwych zasadach oceniania, klarownych zasadach komunikacji oraz dobrze opisanych wzajemnych obowiązkach i odpowiedzialnościach.
Co zaś do przyjaźni w pracy, poza relacjami służbowymi, jasne, że warto. 
W końcu, to pomaga pracować w przekonaniu, że się dobrze żyje w wartościowym towarzystwie, a nie umiera od poniedziałku do piątku w szklanej pułapce. Lepiej, jeśli ludzie w pracy komunikują sobie zaufanie, na którym buduje się lojalność i przyjaźń, niż brak zaufania związany z rywalizacją i permanentnym polem walki.

Ale i tak, wiadomo, każdy ma własny wybór, własne doświadczenia i własną mądrość.

Dzień dziesiąty.
MN: Własną mądrość... zgrabne :-) 
Asiu, ostatnio silnie angażujesz się w media społecznościowe. Powiedz nam, czy wg Ciebie odzwierciedlają to, co widzimy poza siecią? Czy może tworzą unikatowy świat relacji - całkiem nowy, czasem fałszywy - którego ludziom brakowało? 
Na ile w tzw. social mediach jesteśmy sobą, a na ile avatarami siebie? 
JM-P: Dobre pytanie. Wiele aspektów.
To Wy mi powiedzcie :-) Uczę się obserwując Was, młodych - to jest forma inter-mentoringu - transferu kompetencji technologicznej od młodych do przedstawicieli starszego pokolenia. 
Dla mnie social media są zjawiskiem wielobarwnym, od którego i miło, i straszno, i smutno, i żal. 
Dla jednych to świat bliski i bardziej realny niż kontakty z rodziną w realu. Dla innych - niezrozumiały śmietnik informacji, które bez względu na ich wartość dezaktualizują się po 3 minutach, o 24 h nie wspomnę. Dla jeszcze innych – to trasa permanentnego sprintu i wyścigu po…. (niech każdy uzupełni sobie sam). Dla kolejnych – nieustające źródło inspiracji i rozwoju, obietnica bliskiego kontaktu z ludźmi rozsianymi geograficznie. Są, w końcu, i tacy, którzy zgubili się w złudnej magii lajków, hejtów i zainteresowania, którym karmią się tak jak poświęcaną im uwagą. Bo każdy przecież potrzebuje czuć, że istnieje - uważność innych jest tego dobrym wskaźnikiem. Taka uroda dzisiejszych czasów i mediów…
Moja potrzeba wolności stawia mnie zwykle w pewnym dystansie i opozycji do rzeczy aktualnie modnych, popularnych, wywołujących powszechny zachwyt. Zawsze tak miałam. W związku z tym, przyglądam się social mediom z naturalnego dystansu, z którego lepiej widać - i szukam w nich rzeczy pożytecznych.
Jaki jest ten nasz wirtualny świat – to w dużej mierze zależy od przemyślanej strategii, po co tam jesteśmy, co chcemy osiągnąć, kim są nasze grupy docelowe – kto nas interesuje i kogo chcemy zainteresować tym, co mamy im do zaoferowania. Co cennego chcemy wnieść - bo to jeden z kluczowych czynników sukcesu. Strategia. Cel. Wartości. Oferta korzyści. Profesjonalna komunikacja. Zebranie feedbacku. Doskonalenie i rozwój.
Jeden z moich znajomych (na profilu prywatnym) może nawet komentować publicznie, bo tam jest profesjonalnie (co nie zawsze musi oznaczać miło lub zgodnie) i kulturalnie. Jasne, ten efekt czynią ludzie. To wynik przemyślanej decyzji kogo do mojego grona zapraszam. Jeszcze bardziej efekt wieloletniej konsekwentnej strategii budowania sieci kontaktów biznesowych widoczny jest w mojej strefie LinkedIn - sam LinkedIn wskazuje ją jako dobrą praktykę skutecznie zbudowanego kapitału reputacji. 
Jeśli Facebook czy LinkedIn to ważny kawałek naszego świata i życia, warto, żeby był to świat rzeczy dobrych, pożytecznych i prawdziwych, które przeżywamy w gronie wartościowych ludzi. To nie social media rządzą ludzkim życiem – to jakość social mediów jest odzwierciedleniem naszego myślenia, postaw i wartości, naszych strategii i pomysłów, jak wykorzystujemy zdobycze technologiczne. Czy do robienia rzeczy dobrych, ważnych i użytecznych? A może do spamowania świata co, w konsekwencji, oznacza skracanie sobie życia; ten czas, który oddajemy na przeglądanie chłamu, spamu, kiczu, efektów ludzkiej nieprzyzwoitości, tandety i picu, a nie daj Bóg ocenianie innych, jest czasem bezpowrotnie straconym. Nigdy go już nie odzyskamy.
Na ile jesteśmy sobą, a na ile udajemy kogoś innego? Na tyle, na ile każdy z nas potrzebuje.

Podzielę nas na trzy grupy. Każdy może wybrać, w której jest dziś i w której chce być za rok.

  1. Ludzie silni autentycznością i samoświadomością.

    Jeśli ktoś uważa się za osobę wartościową nie musi nikogo udawać - ma wolność do bycia sobą w swojej najlepszej i najbardziej wartościowej dla innych wersji. Nie pomylmy bycia autentycznym sobą z setką opublikowanych selfie. To, co cechuje ludzi o silnych markach osobistych to odczuwalna równowaga, świadomość, mówienie własnym językiem i zarządzanie swoim życiem. Tacy ludzie nie potrzebują złotych kokard i tłumu paparazzich, żeby mieć poczucie satysfakcji i sukcesu. Mają poczucie swoich wad i mocnych stron. Są silni lekcjami, których nauczyło ich doświadczenie. Czerpią moc z wartościowych relacji, które zbudowali z innymi wartościowymi ludźmi. Są świadomi siebie, tego kim są dziś i kim chcą być w przyszłości. To autentyki, w odróżnieniu od tłumu kopii i podróbek, pseudoekspertów i wrzaskliwego tłumu.

  1. Poszukujący wartościowego i sensownego życia.

    Jest też inna grupa ludzi na dobrej drodze do polubienia siebie (tak szczerze), którzy jednak potrzebują jeszcze czasu i avatara, który chroni ich emocje i odczucia przed komentarzami i reakcjami innych ludzi.

  1. Zagubieni w sieci pseudorelacji.

    A są też i tacy, którzy na samą myśl, że mieliby pokazać kim są naprawdę tracą oddech z przerażenia. Czują pustkę w sobie, nie wiedzą, co jest dla nich ważne, pogubili drogę z celem, pomylili przyjaźń z facebookowymi znajomymi-nieznajomymi. Przestają istnieć, kiedy tracą kontakt z drogimi markami, znanymi ludźmi i wszystkim, co im się kojarzy z władzą i autorytetem, ale czego nie znaleźli dotychczas w sobie samych. Przed nimi nieco dłuższa droga do poczucia spokoju wewnętrznego, spełnienia, przyznania sobie prawa do życia własnym życiem a innym prawa do posiadania własnej mądrości, własnych wartości, własnych prawd.
Kiedy jesteś autentycznie sobą, jesteś bezkonkurencyjny. Cudzych kopii świat naprodukował zbyt wiele. Droga do bycia sobą nie jest łatwa, wymaga rozmawiania ze sobą samym, akceptacji, refleksyjności i permanentnego poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania: Po co żyje? Kim jestem? Czego jestem obietnicą dla innych ludzi? Co jest dla mnie ważne w życiu? Co ważnego daje mi to życie w social mediach? Czy to, jak dziś żyję, przybliża mnie do realizacji moich marzeń, rozwija mój potencjał, daje mi poczucie spokoju i spełnienia? 

Uff, pisząc tylko powyższe pytania poczułam ich ciężar - to efekt autocoachingu :-)

Konkludując dzisiejsze pytanie – każdy z nas ma takie social media i takie życie wirtualne, na jakich potrzebuje.

Jestem przekonana, że mój Gallupowy talent zwany „Maksymalistą”, który zmusza mnie do robienia rzeczy najlepiej jak potrafię i który odpowiada za potrzebę odpowiedzi w sposób wyczerpujący, sprawił, że mało kto dojdzie tu, do końca do wywiadu – rzeki. Wszak w dzisiejszych czasach trzeba to zamienić na obrazki :-) Ale ja swoje zrobiłam, zgodnie z umową. Pozdrawiam wszystkich, którzy tu dotarli – nie na skróty :-)
Poszukujących, Zagubionych i Marki premium zapraszam na bloga „Jesteś Marką”

Dzień jedenasty: pytanie bonusowe.
MN: Chętnie podejmujesz nowe wyzwania; teraz jesteś Prezesem Stowarzyszenia Mentoringu. Wcześniej kierowałaś działem HR w TVN. Do tego masz czas dla rodziny. Dla wielu to fenomen... jak to robisz?
JM-P: Hmmm. Czas to najbardziej newralgiczny zasób, powiązany z jakością życia, energią i zdrowiem. Mam nadmierną łatwość kreowania wizji, strategii i nowych pomysłów. Dobrych strategii i pomysłów, co nie zawsze jest błogosławieństwem. Znam siebie na tyle, żeby rozumieć, że nie zawsze to służy mnie i rodzinie – bywa sporym przekleństwem. Równocześnie mam kłopot z odmawianiem wartościowym ludziom potrzebującym wsparcia, mentora, coacha, rady czy doświadczenia. Pracuję nad tym odmawianiem, daleko mi jeszcze do celu.

Powołałam Polskie Stowarzyszenie Mentoringu uznawszy, że dotychczas nikt z grona rządzących krajem, edukacją, planowaniem rozwoju kapitału intelektualnego i społecznego nie opisał strategii zagospodarowania kapitału ludzi takich jak ja. Doświadczonych pasjonatów, zaangażowanych, świadomych swoich wartości, rozumiejących życie, ludzi i biznes, gotowych do dzielenia się doświadczeniem i chowania sukcesorów. Wysokiej klasy przedsiębiorców, ekspertów, menedżerów i specjalistów, którzy skończywszy czterdzieści lat zaczynają planować drugą część swojego życia. Dzisiejsze pokolenie 45+ nie zamierza zaprzestać aktywności zawodowej przez kolejnych kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Firmy stoją przed wyzwaniami związanymi z wykorzystaniem różnorodności przedstawicieli co najmniej dwóch generacji na pokładzie. Zarządzanie nowymi oczekiwaniami i postawami tzw. GenY, iPod, Me etc. oznacza konieczność przygotowania gruntu do udanej współpracy i dwustronnego transferu wiedzy wśród przedstawicieli różnych generacji.
Mentoring jest świetną formułą, starą jak świat, a przynajmniej jak „Odyseja” Homera, która odpowiada na te wyzwania.

To była prostsza część odpowiedzi na dzisiejsze pytanie.

Bycie mamą dwóch synów, którzy nadal potrzebują wsparcia, uwagi i obecności, 

  • aktywność na gruncie akademickim (prowadzę zajęcia na studiach podyplomowych i MBA na kilku uczelniach),
  • rozwijanie własnego start-up’u czyli budowanie Personal Brand Institute
  • budowanie grupy wybitnych ekspertów wokół Instytutu,
  • projekty w zakresie rozwijania marek liderów, zespołów i marki kobiecego przywództwa kilku korporacji,
  • prowadzenie bloga „Jesteś Marką
  • regularne publikowanie na blogu harvardzkim,
  • odpowiadanie na pytania Mikołaja,
  • publikacje do prasy branżowej,
  • trenowanie salsy, a do tego:
  • koordynowanie projektu misyjnego jakim jest Stowarzyszenie,
To jest dużo. Umówmy się, dużo za dużo na jedną małą, raczej drobną, blondynkę. Mówimy o kilku „etatach” równocześnie. Co jakiś czas dochodzę do ściany swoich możliwości. Ściana u mnie to zagrożenie utraceniem z pola widzenia czegoś istotnego (wartości), utrata zdrowia lub oferowanej jakości i poziomu energii, której oczekują moi bliscy, partnerzy i klienci.

Gdyby nie zrozumienie moich synów, ogromne wsparcie Najdroższego, największego przyjaciela i mentora, kilku bliskich przyjaciół i grona życzliwych, zaangażowanych entuzjastów, którzy włączyli się w realizację moich marzeń, a nadto bieżąca dbałość o zdrowie i regularny sen – rozsypałabym się na kawałki już dawno temu. Zresztą, raz na jakiś czas, mimo bycia w tej dziedzinie nauczycielem dla innych, zaliczam momenty całkowitego rozładowania życiowego akumulatora. Na szczęście wiem, gdzie należy podłączyć wówczas „wtyczkę”. Mam, w końcu, w domu, ramiona trzech cudownych mężczyzn, telefon do Hani, taniec i moją ukochaną muzykę. Mam Mamę, która wesprze i rozgrzeszy, kiedy ja już zbudowałam sobie pręgierz i się pod nim batożę.
Prawdę powiedziawszy, przynajmniej raz na kwartał porządnie sobie poryczę i poużalam się, że jestem głupia i za dużo na siebie biorę. Wówczas Parzydełka robią mi coaching -  i jestem gotowa dalej zmieniać świat na lepsze. Tam, gdzie mogę, oczywiście :-)

Kuba, mój przyjaciel, powiedział, kiedy nie mogłam sobie darować, że coś zrobiłam poniżej swoich oczekiwań, że miejsce Pana Boga jest już zajęte. Nie jest łatwo konstatować, że są rzeczy, którym nie damy rady. Taką rzeczą, poza ciężkimi chorobami i śmiercią, jest czas. Nie umiem go pomnożyć – mogę go jedynie głupio nie trwonić. Mogę uczyć się wybaczać sobie, że nie jestem doskonała, że biorę na siebie za dużo, że pomagając innym w tym czasie nie poświęcam uwagi rodzinie lub przyjaciołom. Życie to sztuka, daj Boże, mądrych wyborów, dobrego planowania, mądrej logistyki, korzystania z technologii tam, gdzie wspierają zarządzanie czasem, kompromisów, wybaczania sobie, a potem proszenia o wybaczenie bliskich. Jeśli ich kochamy i szanujemy, dbamy o wartościowe  relacje, wprowadzamy w nasze życie, także zawodowe (moi kolejni prezesi, kiedy rozpoczynałam pracę w firmie, mieli spotkanie z moimi synkami, którzy mieli prawo szefa zaakceptować lub nie :-), dużo ze sobą rozmawiamy, szukamy wspólnych pasji i jesteśmy dla siebie przyjaciółmi – wybaczą i wesprą, bo to, na czym im najbardziej zależy, to widzieć radość, frajdę, satysfakcję i blask w oczach ich mam, żon, córek i przyjaciół.

No dobra – koniec tego gadania, czas na złote rady, przecież to social media :-)

10 zasad zwiększania efektywności osobistej:

  • Planuj długo- i krótkoterminowo – pamiętaj, że czas to linia, która ma początek, środek i deadline – nie myl początku z deadline – to zabójcze dla Twojego sukcesu!
  • Zrób listę wszystkich Twoich osobistych złodziei czasu – nie daj się bezkarnie okradać!
  • Śpij, ile trzeba!
  • Proś o pomoc, kiedy trzeba!
  • Nie jesteś cyborgiem – jesteś człowiekiem, ze wszystkimi tego konsekwencjami!
  • Szanuj czas, siebie i innych – planuj tak, by się nie spóźniać!
  • Nie obiecuj, że coś zrobisz, jeśli nie będziesz w stanie dotrzymać obietnicy!
  • Regularnie ładuj życiowy akumulator. Naucz się rozpoznawać, kiedy pali Ci się rezerwa i kiedy wymagane jest doładowanie!
  • Rób rzeczy raz i od razu, nie odkładaj na później!
  • Jeśli uważasz, że masz za dużo rzeczy do zrobienia, zadbaj o kolejną – metoda ”na kozę” zawsze działa – a jakiej doznasz ulgi i radości, kiedy się jej w końcu pozbędziesz.
Czy ja już wspominałam, że moje treści są atrakcyjne/ zjadliwe wyłącznie dla tych, których świat jest życzliwy? Zatem życzliwego świata wszystkim życzę  Pozostałym – lekturę zdecydowanie odradzam.
Joanna w Toskanii



Martyna Wojciechowska i Joanna Malinowska-Parzydło
- - -
Mikołaj Nowak: bardzo dziękuję za tę niezwykłą rozmowę. Chcesz coś dodać na koniec?
Joanna Malinowska-Parzydło: Po raz pierwszy tyle o sobie napisałam, nie znając targetu i ludzi, do których piszę. 
I tak nie wierzę, że ktoś jest w stanie to przeczytać – jeśli się taki znajdzie, niech do mnie napisze, zaproszę go na godzinny spacer mentoringowy po Szczęśliwicach :-)


- - -
Warto zobaczyć: