poniedziałek, 21 lipca 2014

Najprostsze rozwiązania są obok nas

Przeczytanie tej notki zajmie Ci dwie minuty. Czyli tyle, ile powinno trwać umycie zębów.
Kiedyś mój nastoletni chrześniak zadał mi pytanie, które wprawia w konsternację.
Znasz jakąś aplikację odliczającą czas do końca mycia zębów?
- Jezu, to do tego potrzeba aplikacji? - odpowiedziałem.

Ale właśnie po to są tzw. smartfony; ich rzekoma "mądrość" jest tym, co nam pomaga i ubezwłasnowolnia zarazem. 

Zacząłem przeglądać AppStore w poszukiwaniu specjalnej aplikacji. Wyświetliły się dziesiątki wyników. Większość była płatna...

Mój chrześniak jest bardzo dokładny. Jego skrupulatność wyraża się m.in. w takich gestach.
Jest to ciekawość świata i chęć próbowania.
Szukałem najlepszego z możliwych oprogramowania do czynności tak rutynowej, jaką jest mycie zębów. Poświęciłem mnóstwo czasu, by porównać wersje darmowe. Wszystko po to, aby wybrać mu najlepszą. W końcu mnie oświeciło - po co ja to robię?

Przecież każdy smartfon ma funkcję ODLICZANIA czasu!
To oczywiste; funkcja ta była cały czas pod ręką. Wystarczy ustawić odliczanie równo na dwie minuty, a smartfon powiadomi nas dźwiękiem, gdy upłyną. Eureka!

Najprostsze rozwiązania są obok nas.
Ale są tak oczywiste, że zapominamy o nich, marnując energię na zbędne alternatywy.



Mikołaj Nowak



czwartek, 17 lipca 2014

Kilka rzeczy z mojego dzieciństwa, których nie poznają dzisiejsze dzieci

Miałem doskonałe dzieciństwo, do którego elektronika była dodatkiem, opcją.
Nie odwrotnie!

Oto coś, co wspominam bardzo pozytywnie:


1. Gumy "Turbo" i kulki
Specyficzny słodki smak prosto ze szkolnego sklepiku. Rarytasem dołączonym do gum "Turbo" były sportowe supersamochody na małych karteczkach. Miałem ich dziesiątki.
Za to kulki jadło się jedna po drugiej. Pamiętasz?


2. Kolorowe sprężyny
Finezyjny kawałek plastyku. Sprężyna koloru tęczowego "sama" schodziła po schodach. 
Była marzeniem każdego, kto  organizował urodziny w pierwszej klasie podstawówki!

3. Figurki Action Man
Wiernie odwzorowane i muskularne sylwetki współczesnych wojowników - herosów.
Wśród dzieci, których rodzice byli zamożniejsi nastąpił podział:

- dziewczynki bawiły się lalkami Barbie i kucykami Pony,
- chłopcy figurkami G.I. Joe i Action Man.

4. Dywan "miasto" i resoraki
Hit w moim pokoju. Dziesiątki resoraków od Matchboxa przemierzały metry na drogach wymalowanych na dywanie. W latach dziewięćdziesiątych dywan ten był marzeniem każdego chłopca!

5. Kolorowe karteczki jak waluta
Kwintesencja zbieractwa w połowie lat dziewięćdziesiątych. Karteczki pełne wzorków i kolorów, w różnych rozmiarach. I segregatory do nich. To był prawdziwy hit i ówczesna waluta wśród dzieci. Prawdziwy szał wymiany ogarnął całą podstawówkę!
Nigdy nie chciało mi się w to bawić... i tak wmawiałem sobie, że to nudne nosząc w plecaku dwa pokaźne segregatory.


6. Gniotki
Idealne, uniwersalne i ponadczasowe. Mąka zamknięta w baloniku to prawdziwy hit. Gniotąc uspokajałem nerwy. Szczególnie podczas matematyki...

7. Piłkarzyki na sprężynkach
I charakterystyczne dla nich "brzdęęęęęęk, brzdęęęęęk!" - właśnie tak rozgrywało się prawdziwe turnieje! Emocje jak na Mundialu były gwarantowane.

8. ATARI 65XE
I wielka zazdrość na osiedlu... Rodzice kupili mi i starszemu bratu komputer i magnetofon. Gry zapisane były na popularnym wtedy formacie kasety. Graliśmy godzinami - oczywiście tylko wtedy, gdy zasłużyliśmy. Nie zapomnę tego, gdy nie mogliśmy chodzić po pokoju, bo trzeszczała klepka... A magnetofon podczas wgrywania był wyjątkowo czuły na drgania. 

9. Łapki na żepy oraz bedlington
Prawdziwy hit podwórka. Uwielbialiśmy z ojcem rzucać kolorową piłką i łapać ją na specjalne tarcze. Z czasem rzep trzymał coraz słabiej, ale zabawa była przednia. Zestaw dostałem kiedyś w przedszkolu na dzień dziecka. I pokochałem go od razu.

10. Kredki "Bambino" i flamastry
Moc kolorów, które uwielbiam. Te dość typowe pisaki zawsze były mi bliskie. Mam duszę plastyka; uwielbiam tworzyć i kreować. Niestety - w tamtyk okresie uwielbiałem rysować głównie na ścianach, co niepokoiło moich rodziców. Ale nigdy na spreje i mury się nie przerzuciłem.

11. Tiki - Tiki
Czyli dwie masywne kulki umieszczone na sznurkach. Palce bolały całymi dniami, ale charakterystyczny dźwięk "stuk, stuk" niósł się w wakacje na całe osiedla! 

12. Żołnierzyki 
Miałem prawdziwą armię ciemnozielonych figurek. Potrafiłem zniknąć w domu na godziny i tworzyć wielkie wojny w domowym zaciszu? Paradoks? To było uwielbiane zajęcie niejednego z nas! 

13. Gry elektroniczne
- Wilk i jajka: przehit! Uwielbiałem. Do wyczerpania baterii potrafiłem zbierać jajka. 
- Tetris: pobijałem wszelkie rekordy. Wyjątkowo nie znosiłem melodyjki.
- GameBoy: znacznie wyższy poziom abstrakcji. To był gadżet #MustHave
- Pegasus: prawdziwy król dzielnicy. Spotkania, na których wspólnie graliśmy w Mario Bros, Cobrę, czy słynne czołgi.


"9999 in 1" to swego rodzaju standard rozrywki w pewnej epoce

14. Tamagotchi 
I nauka opieki prosto z Chin. Rozwiązanie idealne dla dzieci, których rodzice nie zgodzili się na zwierzaki. Albo tych, które są uczulone na ich sierść. Szał na wirtualne wychowanie ogarnął cały świat. Mój też. Późniejsze pokolenie miało do dyspozycji 4x droższego i mniej ciekawszego Furby.

15. Walkman
Moja mama dostała na urodziny i pożyczała mi. Kiedyś był to prezent rangi niemal nowiutkiego iPada :-) Kasety przewijało się ołówkiem, gdy baterie w walkmanie były słabe. Pamiętam do dziś słuchawki ze stalowym łączeniem. 

16. Cartoon Network... po angielsku!
Mój hit, bo mając zaledwie kilka lat nie rozumiałem kompletnie nic. Ale moc obrazu była najsilniejsza. Czy to w latach dziewięćdziesiątych, czy teraz :-) 

17. Komiksy MARVELa oraz DC
Uwielbiam Batmana! Jest to miłość nieodwołalna i absolutna. Już jako dziecko rozkładałem jego psychikę na czynniki pierwsze. Następny był Superman. Nienawidziłem Spidermana. Dziś tylko go nie lubię. Kochałem X-Menów. Kochałem ten rodzaj druku. Bo resztę trzeba było imaginować i tak działała wyobraźnia. Dziś wszystko jest za przystępnie podane. I za oczywiste.

18. Boazeria
Dziś nie lubię i uważam ją za szczyt obciachu. Jednak, gdy masz te pięć lat...
Rodzice często wychodzili do teatru i na bankiety. Wtedy zostawiali mnie pod opieką naszej sąsiadki. Staruszka była krzepka i opowiadała niesamowite historie. A mały pokój w jej mieszkaniu był moim centrum, gdyż... czułem się w nim jak w lesie! A zawsze zazdrościłem szałasów. Tak, ten mały pokój był moją prywatną odmianą szałasu. 

19. Suweniry
Ojciec kocha podróże. Kilka razy w roku wyjeżdżaliśmy. Głównie w góry.
Mój niepohamowany talent do zbierania "kurzołapek" dał o sobie znać, gdy wreszcie zawaliła się półka z trofeami... Wszystkie góralskie domki, muszelki i ciupagi zderzyły się z podłogą. 


20. Zabawa w chowanego na podwórku
Zrobiło mi się żal pięcioletniego dziecka mojej koleżanki, gdy okazało się, że nie wie na czym polega zabawa w chowanego. Była naczelną rozrywką naszego podwórka ponad 25 lat temu. Znaliśmy osiedla jak własną kieszeń. A mimo wszystko zawsze odkrywaliśmy nowe możliwości.

21. Klocki LEGO
Serie: Piraci, City i Paradise... nie było wtedy takiej komercyjnej ekstrawagancji jak Lego Star Wars :-) Lego było jedną z moich ulubionych rozrywek. Rodzice wydawali majątek na zestawy, bo tylko to motywowało mnie najlepiej. Po latach zbierania mama kupiła wielkie wiadro i zaproponowała, abyśmy zmieszali klocki. Protestowałem. Ale wytłumaczyła, że dzięki temu będzie znacznie więcej możliwości, bo musimy kreować, a nie iść schematami.
Kilkanaście lat później oddałem pojemnik bliźniakom mojego brata. Mają je gdzieś do dziś.


22. Zegarek z kalkulatorem

Zanim wychowawczyni zorientowała się na kartkówkach z matematyki minęły miesiące. Taki sprzęt miało kilka osób w klasie, więc w naszym interesie było, aby konspiracja nie wyszła na jaw. Niestety... zazdrość innych wzięła górę i wyjaśnił się fenomen szóstek Mikołaja...

23. Kreda i chodnik
Jak już wspomniałem, lubiłem malować. Ze szkoły wynosiliśmy mnóstwo kredy (dostawaliśmy je od woźnej) i malowaliśmy chodniki. Dzięki temu asfaltowe powierzchnie nabierały koloru. Nasze "dzieła" psuł deszcze, ale gdy tylko słońce osuszyło powierzchnię to przystępowaliśmy do akcji. Tak, to był nasz pierwszy "paint".

24. Alergia na... komputer PC!
Na początku lat dziewięćdziesiątych ojciec był dyrektorem potężnego ośrodka. Organizacja zainwestowała w komputery IBM z czarno-białymi monitorami. Informatycy pokazali mi grę "Prince of Persia" radośnie orzekając ojcu, że będę zachwycony. Bzdura
Brak kolorów skutecznie mnie odstraszył. I trwale zniechęcił. Zamiast tego wolałem flamastry, kredę albo strzelanie z łuku. Nasze późniejsze Atari miało znacznie więcej kolorów, więc było ciekawsze. 


25. Maszyna do pisania ojca
Uwielbiałem ją. Potężna blaszana machina z dziesiątkami dziwnych blaszek... Imponowała mi, bo ojciec zawsze był przy niej skupiony. Czasami sam dochodziłem i próbowałem coś na niej napisać. Dziś bardzo brakuje mi niepowtarzalnego dźwięku jaki z siebie wydawała. 

26. Wideo mamy
Dostała je kiedyś na urodziny. Nie rozumiałem dlaczego czarny klocek wzbudza aż taki podziw sąsiadów. W domu było zbiegowisko. Każdy chciał zobaczyć wideo. Dramat. Ale teledyski Michaela Jacksona i później bajki Disney'a smakowały najlepiej.

27. Buty ze światełkiem
Z USA przywiózł mi je wujek. Megahit. Białe buty ze świecącymi na czerwono oczkami w podeszwie. Do całości miałem tenisówki z logo Batmana i więcej nie potrzeba mi było do szczęścia. 

28. Zapach porannej kawy rodziców i sterty gazet
Ojciec uwielbiał czytać gazety przy kawie. Nie istniało coś takiego jak "wyjście z domu rano bez kawy". Cały dom pachniał tym niesamowitym zapachem. A szelest gazety jest dźwiękiem, który znam i wspominam z szacunkiem. 

29. Książki bajki z efektem 3D
Pierwsze 3D, czyli rozkładane książki. Świetny pomysł. Kupowaliśmy je w pobliskich kioskach. Zawartość znałem na pamieć, ale ten prosty pomysł imponował mi na tyle, że sam stworzyłem kilka nowych. Potrzebna była tektura, kolorowy papier, klej i flamastry. Jeżeli nie można było dostać nowych to kreowałem własne. Potem pożyczałem kolegom. 

30. Kogel-mogel
"OK, ale jak chcesz to musisz sam sobie ucierać cukier!" - tak było.
Później opatentowałem metodę robienia kogla-mogla mikserem... Bo nie chciało mi się ucierać i trwało to o połowę krócej. Wystarczyło wyjąć jedną trzepaczkę. Tą, która została mocno dociskałem do ścianki szklanki i cukier ścierał się sam :) Dziś wystarczy wsypać słodzik i po sprawie. 




Było też mnóstwo rzeczy, których po prostu nie lubiłem: 
- wydające dziwne dźwięki koraliki na rowerowe szprychy,
- bajka o Królu Lwie,
- cymbałki, trójkąt oraz mini-dmuchawka, która po wdmuchiwaniu powietrza oraz naciskaniu klawiszy wydawała dźwięki,
- irytujące laserki,
- przyklejające się łapki,
- pistolety na kulki. Modliłem się, aby nie dostać taką w oko...

Jeżeli coś pominąłem, co Ty także lubisz - dopisz w komentarzu.


Mikołaj Nowak


poniedziałek, 14 lipca 2014

TOP 5 moich wpadek z początku kariery, czyli faux pas Mikołaja :-)

Lato w pełni, więc artykuł z przymrużeniem oka: moje faux pas.
Ważne, by wyciągać wnioski :-)


1. "Administracja szczytuje Wasze opinie"


2005 rok. Ponad 10 000 osób na gronie administracyjnym w Grono.net; gradobicie pytań i... ja. Sam. Pod naporem "ignorujecie nas; nie czytacie; macie nas gdzieś!" uniosłem się i napisałem: "spokojnie, Administracja szczytuje Wasze opinie!"... 
Dramat, ale gdy się zorientowałem - było za późno. Użytkownicy forum administracyjnego wyśmiali mnie i nie mieli litości. Nie było wtedy mody na screenowanie, więc dzięki Bogu nie ma dokumentacji. Maksymalny wstyd i konsekwencje tego kompulsywnego odruchu ciągnęły się za mną miesiącami. Reasumując, po prawie dziesięciu latach - szczyt głupoty.
Bo jest różnica między "czyta", a "szczytuje", prawda? 

Wniosek pierwszy: nie pisz / nie mów / nie rób pod wpływem impulsu. Ochłoń, zastanów się; wróć do tematu po dziesięciu minutach

2. "Praktykantów będziemy wymieniać rotacyjnie"

"Znajdź nam praktykantów, a i Tobie będzie lżej - jak będą się nadawać - wyłowimy najlepszych. Reszcie podziękujemy.
Źle zrozumiałem słowa ówczesnego szefa - Michała Kulki. Szukając w głowie tego, jak mogłyby brzmieć wszystko przekręciłem.

Michał lubi mówić raz a dobrze. Wtedy nie chciałem wyjść na durnia i nie przyznałem się do tego, że czegoś nie rozumiem. Gdy rozmawiałem z jednym z potencjalnych kandydatów wypowiedziałem owe słowa. W obecności Michała, który wściekł się na mnie.
Powiedział, że to ostatnie, co chce usłyszeć praktykant, który liczy na pracę...

Od tamtego momentu zawsze upewniam się dwa razy zanim podejmę działania. 

Wniosek drugi: nie zrozumiałeś? Dopytaj. Koniecznie! Od tego może zależeć bardzo wiele. 

3. "To nie nasza wina!"

Nie mając wiedzy nt. kryzysów, a wyróżniając się silnym stosunkiem emocjonalnym do marki, broniłem Grona.net podczas mocnego sporu.

Grono.net miało ogromny kryzys; prywatne dane użytkowników wyciekły do publicznych zasobów wyszukiwarki Google. Dodatkowo serwis nie miał opracowanej strategii przeciwkryzysowej. Bo nie było pijarowca...
Podpisana została umowa z agencją Neuron PR, która kryzys załagodziła. Ale wcześniej to ja - pierwsza linia frontu - starałem się bronić serwisu pisząc to, co dyktowali programiści. Twierdzili, że robot indeksujący od Google naruszył prywatność serwisu nazbyt mocno ingerując w jego kod. W obronie mojej "drugiej rodziny" - bo taką wtedy był serwis - stałem się zajadły i arogancki. Problem w tym, że Google wystosował oświadczenie, z którego wynikało, że kryzys spowodowaliśmy my...
Na szczęście Neuron PR - na czele z Magdą Nahurską, czyli moją przyszłą szefową - sytuację załagodził i uratował.


Wniosek trzeci: nigdy nie bierz się za coś, w czym nie jesteś dobry. A od czego zależy czyjaś / jakaś reputacja. Możesz dolać oliwy do ognia. 

4. "Tak będzie i już! Po mojemu"

Młodość ma swoje prawa. Długo uczyłem się dyplomacji. I chyba nigdy nie byłem w niej dobry.
Byłem jedynym źródłem wiedzy managerów sprzedaży. Kiedyś zaraportowałem im, że ludzie są niezadowoleni z niestandardowej kampanii.
"Po co z nimi dyskutujesz?" - zagrzmiał rozgoryczony Account. "To oni są dla nas!" - kontynuował. Ale zaraz - ja jestem od dyskusji! Dziś wiem, że Account niewiele wie o istocie mediów społecznościwych. Bo ma inny cel zawodowy. Ale zagrałem va banque i zmieniłem strategię na "nie będę się tłumaczył".

Nieważne, co piszą do nas ludzie. I tak zrobimy po swojemu. To takie logiczne i zajebiste...
A oni i tak będą korzystać z naszych usług. To błąd tzw. Community Managera. Empatia - słowo klucz. Nagle dialog ze mną stał się szorstki i mało przyjemny. Działałem wg zasady "zdanie admina jest ostateczne i bezdyskusyjne". Ale w wielkiej społeczności to zła zasada. Późniejszy szef - Andrzej Sienkiewicz - wyjaśnił mi, że osoba odpowiedzialna za społeczność w sieci powinna być "jak dobry duszek forum, który swoją miotełką odgarnia drogę innym". Te magiczne słowa zapamiętam do końca życia. Od tamtego momentu się polepszyło.
Być może do końca życia Grona.net nie zmyłem z siebie opinii buca i aroganta, ale sumienie podpowiada mi, że zrobiłem wiele, by stać się lepszym. Moderator to funkcja służebna społeczności. 


Wniosek czwarty: stare przysłowie mówi "mamy tylko jedne usta i dwoje uszu" - właśnie po to, by mniej mówić, a więcej słuchać. 

5. Wpuszczałem "w maliny"...

Nie raz i nie dwa. Pewna doza naturalnej ignorancji sprawiała, że nie chciałem być skrupulatny. Wówczas sterował mną bunt. Pamiętam pierwszy dzień w pracy Maćka. Zapytał się mnie jak najszybciej dojść do tramwajów? Odpowiedziałem, że tam - wskazując na pole bagienne / mokradła, które nazwałem wtedy "łąką"... Maciek poszedł. I wpadł po kolana w mokry grunt. Zawsze nienagannie ubrany wracał wściekły do domu. Potem zostaliśmy przyjaciółmi, jednak gdybym poświęcił sekundę więcej by go ostrzec to może do tego by nie doszło.
Od tamtego momentu zwracam uwagę na to, że doba ma 86 400 sekund, więc trzy z nich nie sprawią, że czasu będę miał mniej...


Wniosek piąty: Precyzuj. Szczególnie, gdy ktoś poprosi cię o pomoc. 


W oddali biurowiec, w którym Grono miało siedzibę. Przed nim mokradła; obok nich wspomniana pętla tramwajowa.
Widok z mojego byłego mieszkania na Mokotowie.


- - -
To moje pięć z pięćdziesięciu wpadek w tamtym okresie.
Dziś się ich nie wstydzę. Ale czekam na Twoje :-)
Opisz w komentarzu swoje doświadczenia w pierwszej pracy. 


Mikołaj Nowak

piątek, 11 lipca 2014

Blogowy antyperspirant

Wspólnota Blogerów? Jeden za wszystkim, wszyscy za jednego?
Co to za czcze gadanie, że #blogerzy powinni zawsze trzymać się razem? 

Miło by było, ale to nierealne przy obecnej skali zjawiska. Blogosfera to platforma opinii i kontrastów, gigantycznych różnic charakterologicznych i światopoglądowych. Na tym polega jej socjologiczne piękno. 
Abstrahując od przekroju społecznego - blogosfera przypomina mi Sejm. I partie w nim. I wiele sprzecznych opinii. Dlaczego miałaby zawsze trzymać się razem? To działanie przypominające blokowanie potu przez antyperspirant. 

Bloger żyje dzięki swobodnemu opisywaniu otaczającej go rzeczywistości. A realia często są irytujące, wręcz uciążliwe. Jednak blog jest "myślodsiewnią". 
Nie zachęcam do atakowania innych blogerów, ale do polemiki. A właśnie umiejętność dyskusji jest w blogosferze rzadkim atutem. Dlatego, gdy spotykam blogera aktywnie uczestniczącego w dyskusji - i przyjmującego krytykę - to wystawiam mu laurkę. Bo warto.
Nieważne, jakiej jakości są jego treści; nawet jeżeli dopiero uczy się ciekawie opisywać rzeczywistość to ostry "pazur" i gotowość dyskusji to pozytywy.


Zróbmy test. 
Najbardziej mdła jest 'parentingowo - modowa' część blogosfery. To kompulsywne czynności polegające na opisywaniu tego, co i tak od lat wiadomo.
Ale to też ogromne spectrum doświadczeń i kompendium wiedzy dla innych.



fot. Darek Pala PAINTings

Zobacz teraz: gdybym stale sympatyzował ze środowiskiem to zrezygnowałbym z pierwszego zdania "najbardziej mdła jest..." pozostawiając pozytyw - a dlaczego miałbym to robić?
Dlaczego mam blokować umysł? W obawie o reperkusje ze strony innych blogerów?
Mam je gdzieś. W obawie o ostrą krytykę? Nie obawiam się jej. Bo jestem w stanie dołączyć do dyskusji, odpierać zarzuty. Skoro sam je formuję to jak mógłbym ignorować te wymierzone we mnie?
W każdym systemie relacji potrzebny jest zdrowy balans. To umiejętność zdystansowania się w stosunku do krytyki. To umiejętność przyjęcia tego co w niej najlepsze. I konstruktywne. Zawsze powtarzam, że opinia w sieci jest jak nieumyty owoc; Ty musisz włożyć go pod strumień ciepłej wody, by zmyć brud. Wtedy możesz konsumować, a Twój organizm weźmie z tego to co najlepsze.

Nasz wizerunek jest zbudowany z refleksów tego, co dajemy innym. Nie będziemy autorytetem przyklaskując. Czasami zdrowo jest napisać szczerze to co się myśli.
Paradoksalnie spora część blogosfery ma z tym problem.


Blogerze, zanim rozpylisz sobie antyperspirant - pomyśl czy warto.
Uwierz mi, że środowiska, które wiecznie trzymają się razem nie są wiarygodne. Za dużo w nich utajniania tego, co szczególnie ważne dla innych. 


Nie chodzi o to, by być niesympatycznym.
Chodzi o to, by być autentycznym.



Mikołaj Nowak

PS. pamiętaj: by oczyścić organizm ze szkodliwych toksyn warto się czasem spocić. 

czwartek, 10 lipca 2014

Ekskomunika HGW, czyli powrót do przeszłości

Sprawa prof. Chazana długo jeszcze będzie wywoływać skrajne emocje.
Skala tego procederu jest ogromna.
Szkoda tylko, że najrzadziej wymienia się cichą bohaterkę - matkę dziecka, które "uratował" słynny lekarz. Można rzec nawet, że w tym całym teatrzyku emocji to Chazan gra główną rolę, a matka pozostaje na bardzo odległym planie.
"Klauzula sumienia" – oto czarny charakter. Zabroniła lekarzowi wykonania aborcji, mimo iż były wyraźne wskazania medyczne. Omija przepisy prawa i rodzi wielki konflikt między wyznawcami prawa boskiego, a prawa ludzkiego. Co więcej – „deklaracja wiary” zabroniła dyrektorowi szpitala także wskazania innej placówki, w której usunięcia ciąży można byłoby wykonać.

fot. Darek Pala

Dziecko zmarło wczoraj, tj. dziewięć dni po narodzinach. Ale już przed nimi wiadomo było, że nie ma szans na przeżycie. Większość osób zapomina o matce.
Uwaga i pomoc – w tym (!) materialna – Kościoła, skupia się wokół prof. Chazana, a nie matki, która realnie jej potrzebuje. Nawet jeśli nie chce wsparcia finansowego, to katolicy – którzy ponoć miłują każde życie – powinni się modlić za nią. A także za duszę zmarłego niemowlęcia. Jakoś o tym absolutnie nie słychać.
Nic więc dziwnego, że pełnomocnik pacjentki – nie mniej słynny Marcin Dubieniecki – zapowiedział, że będzie pozew o zadośćuczynienie. I słusznie.

Straty.
Za sam fakt zasłonięcia się „klauzulą sumienia” i niewskazaniem miejsca, gdzie możliwa była aborcja, profesor Bogdan Chazan stracił wczoraj posadę dyrektora szpitala im. Świętej Rodziny w Warszawie. Decyzję podjęła prezydent stolicy, Hanna Gronkiewicz-Waltz powołując się na raport MZ. Wynika z niego, iż profesor naruszył art. 39 ustawy o wykonywaniu zawodu lekarza. 
Tego samego dnia - kilkanaście godzin później - zmarło wspominane dziecko.
Nie doszło by do tego wszystkiego, gdyby profesor działał zgodnie z prawem, a nie swoim sumieniem.
Teraz w jego ramach musi uporać się z traumami swojej pacjentki. Chyba, że w tym przypadku lojalność jest po jednej stronie.

Konsekwencje za konsekwencje? 
Prezydent stolicy straszona jest ekskomuniką przez odważnych (?) księży. Ale w sprytny sposób.  
Wg obrońców "klauzuli sumienia" HGW wyłączyła się ze wspólnoty kościoła odwołując prof. Chazana ze stanowiska. Tak, wg nich to jednoznaczne i bezdyskusyjne.
Ale ci sami reprezentanci Kościoła namawiają do zbiórek na wcześniej narzuconą karę (70 tys. zł) na szpital im. Świętej Rodziny. Znów ani słowa o pomocy matce dziecka.

Katolik nie może głosować na Hannę Gronkiewicz-Waltz w najbliższych wyborach prezydenckich – zaczyna się propaganda. A cisza o kobiecie trwa…

Po odprawianiu egzorcyzmów przed Pałacem Prezydenckim, podczas czwartej rocznicy katastrofy smoleńskiej, nic nie powinno nas już dziwić. A jednak.
Ekskomunika, a raczej „autoekskomunika” - jak twierdzą - Hanny Gronkiewicz-Waltz jest swoistym powrotem do przeszłości. Konkretnie do czasów Średniowiecza.


Mikołaj Nowak

środa, 9 lipca 2014

Brief: PRZECZYTAJ TO ASAP! CZYLI O ŻARGONIE SŁÓW KILKA


Pracowałem kiedyś w firmie, której standardem komunikacji był slang korporacyjny. Zbudowany głownie z anglicyzmów, neologizmów oraz ich akronimów. Tam nie było problemu, był "f*ck-up", nie było terminu, był "deadline". Nie mówiono "wpływać na kogoś" tylko "pushować". I tak dzień po dniu, więc ten program zadomowił się w mojej głowie.
Niezrozumiany przez rodziców oraz znajomych spoza branży interaktywnej czułem, że coś jest nie tak. Jednak w myśl zasady "z kim przystajesz, takim się stajesz" kontynuowałem swoją radosną przygodę z modą językową. 
Te wszystkie unowocześnienia oraz operacje wykonywane na naszym ojczystym języku są jak zbędny "patch" (nakładka :-)). Wypowiemy dziesięć razy "fakap" w kontekście sytuacji kryzysowej i już zapominamy o bardziej neutralnych odpowiednikach. Bo "problem" to nie zawsze "kryzys". Według mnie kryzys jest najcięższą wagą problemu. Natomiast wyrażenie"fakap" określa skrajność.

ASAP zamiast cito
Królem żenady jest nadużywany ASAP, czyli akronim "ASoon APossible" (tak szybko, jak to możliwe), co uznawane jest w Polsce za synonim "tu i teraz"!
"- Jak szybko?
- Na ASAP!"
zamiast "na cito". 
O nadgorliwcach nadużywających "ASAPu" chodzą już legendy w branży. Najpopularniejsi stają się obiektem drwin i tematem dyskusji, nie tylko podczas palenia papierosów. 

fot. Darek Pala
Jesteś taki nowoczesny...
... że aż niezrozumiały? 
Rozpoczynając w 2011 roku pracę w newsroomie miałem naleciałości z poprzedniej firmy. Mówiłem typowymi tam określeniami, lecz wszyscy dookoła patrzyli się na mnie jak na idiotę. "No tak, on jest z internetu" – słyszałem, ale jeszcze częściej padało "mów do mnie normalnie!". Szybko zrezygnowałem ze swojej "fajności", by nie zostać odebranym jak intruz. Gdy operujesz słownictwem nieczytelnym dla społeczeństwa, to licz się z tym, że zostaniesz odrzucony. I znów już nawet nie "z kim przystajesz, takim się stajesz", a "jeśli wszedłeś między wrony, musisz krakać jak i one".

Oduczyłem się kaleczyć język polski. Ale nadal mam znajomych pracujących w korporacjach, w sprzedaży, którzy nawet po pracy operują okropnymi zwrotami. Jak ich tego oduczyć?
Może oni są przyszłością języka polskiego? W końcu "weekend" na dobre zadomowił się w naszej kulturze. Tak samo jak słówko "mecz" używane dawno temu, jako "match". To normalne, że język ewoluuje.

Gwara środowiskowa 
Wszystko jest dobrze, dopóki tzw. słownictwo specjalne nie wkracza do słownictwa potocznego. 
Gwara branży interaktywnej jest tak specyficzna, że bez problemu zidentyfikujesz osoby z nią związane. Już po kilku zdaniach. Często taka stylizacja językowa ma na celu wyróżnienie się z tłumu. A czasy są takie, że im bardziej różnisz się od innych, tym ciekawszym jesteś dla społeczeństwa.
Na szczęście mowa o niszy. Ogół "Grażyn i Januszy" nie ma pojęcia, o czym tu piszę. Ale czy "fakap" i "ASAP" są lepsze od "włanczać", "tu pisze" i "wziąść"?

Opinie społeczności

Na koniec kilka komentarzy, które zebrałem via LinkedIN. Zapytałem się: Czy Waszym zdaniem "fakapy", "ASAPy", "dedlajny" oraz inne podobne zapożyczenia, neologizmy - ich akronimy kaleczą język polski? Czy modernizują go?

- Nie będę kłamał, że nie używam tych zapożyczeń na co dzień - praca w agencji czy w korporacjach programuje nam taki język bo ogromna większość z niego na około korzysta, a robi to ze względu na ciągły pośpiech i tempo - komentuje Łukasz Turkowski, new business developer w DDB Warsaw . - Nie mniej jednak razi mnie, gdy ktoś nadużywa takiego słownictwa w sytuacji, gdy jest czas na normalną rozmowę.

- Neologizmy są potrzebne. Ułatwiają nam komunikację w coraz szybciej zmieniającym się świecie - uważa natomiast Michał Wendrowski, founder & inventor w Rublon . - Język staje się bardziej efektywny, jest zatem modernizowany. Globalizacja przyczynia się do mieszania języków tak samo, jak się przyczynia do mieszania ludzkiego materiału genetycznego.

- Żywy język zapożycza i adaptuje, gdybyśmy policzyli i zebrali wszystkie rusycyzmy, 
italianizmy, latynizmy i inne izmy w naszym języku, zebrałby się mały tomik, podobnie jest z ww. słowotwórstwem - komentuje Aldona Mioduszewska, international marketing manager w Know Health . - W tym wypadku język dąży do skrótu, zwłaszcza w komunikacji branżowej, więc tego typu słowa się pojawiają, natomiast zawsze i wszędzie obowiązuje zasada umiaru i poprawnej konstrukcji stylistycznej IMHO :) (to tak a propos akronimów) i wtedy dość czytelne jest, czy mamy do czynienia z nowomową czy z logiczną komunikacją.

- Niektóre z neologizmów używanych w pracy, w konkretnej branży, są ok o ile nie ma w tym przesady (i np. 90 proc. maila składa się z tego typu wyrażeń z czym nietrudno się spotkać) - twierdzi Aleksandra Miś, executive, performance marketing, GroupM – Quisma. - Ale jeśli znajomi w sytuacji prywatnej mówią do siebie "sczekujmy się asap, dedlajn do jutra bo tajming nas goni" to coś jest nie tak. 

- Język powinien być przede wszystkim komunikatywny! - kwituje Grzegorz Kiszluk,redaktor naczelny Brief.


Mikołaj Nowak

wtorek, 8 lipca 2014

10/10: Mikołaj Nowak rozmawia z Joanną Malinowską-Parzydło, CEO Personal Brand Institute

10 dni, 10 pytań. Bez retuszu: Joanna Malinowska-Parzydło.

Profesjonalistka. Powołała Polskie Stowarzyszenie Mentoringu, jest CEO Personal Brand Institute, aktywnie bloguje. Niezwykła osoba to niezwykła rozmowa. Kompendium, introspekcje... Joanna, jakiej nie znacie. Zapraszam.


Joanna Malinowska-Parzydło

Warto się zaprzyjaźnić z czasem swojego życia i traktować go z należytym szacunkiem

Dzień pierwszy.
Mikołaj Nowak: czy Personal Branding to znak czasów? Każdy może być marką?

Joanna Malinowska-Parzydło: Każdy z nas tym dysponuje. Tylko niektórzy są tego świadomi. Marka osobista to efekt wieloletniego, konsekwentnego, uważnego bycia sobą (być sobą - no tak, trzeba tę lekcję kiedyś odrobić [śmiech], życia w zgodzie ze swoimi wartościami (i tę także :-), zarządzania sobą (że mój chaos życiowy już nie jest w cenie? :-) i inwestowania w swój rozwój (ale co ja powinienem rozwijać? :-). To wynik czasu poświęconego refleksji, jakie chcę mieć życie, po co żyję, co jest dla mnie ważne, czy jestem temu wierny robiąc to, co robię i poprzez sposób, w jaki żyję.

Czy znak czasów? Z pewnością, także, jeśli pytasz nie tylko o koncepcję marki, ale rzesze „strategistów od personal brandingu czyli kreowania wizerunku i szumu wokół człowieka, PRowania Pana Prezesa i takich tam marketingowych sztuczek”. Oni też są znakiem czasu :-) 

Wracając do koncepcji marki osobistej. Żyjemy w świecie rosnącej transparentności, przejrzystości i dostępu do informacji, którą gwarantuje internet. Budujemy sieci relacji z nieznajomymi z drugiej strony globu korzystając z możliwości weryfikowania ich osobistej reputacji online lub offline. Nie mamy czasu na drobiazgowe, długie i żmudne analizy prowadzące do decyzji o wyborze znajomych, polecanych pracowników, szefa, pracodawcy, lekarza, niani, kosmetyczki, mechanika samochodowego, opiekuna naszego zwierzaka itd. Przy rosnącym tempie życia poszukujemy narzędzi pozwalających szybciej podejmować ważne decyzje. Tu, z pomocą przychodzą nam marki, produktowe, globalne czy osobiste stanowiąc obietnicę konkretnej jakości i wartości. Zaczynamy oceniać ludzi ze względu na ich markę czyli posiadaną reputacją zbudowaną na zaufaniu do ich dotychczasowych działań, osiągnięć, zachowań, efektów komunikacji i życia.

W ten sposób, każdy z nas, prywatnie lub zawodowo, buduje swoją markę, która go z tłumu, podobnych mu specjalistów, menedżerów czy kandydatów do…(ręki, także), wyróżni w oczach właściwych odbiorców. Ba, jeśli marka to zestaw wrażeń i skojarzeń, które odpalają się w głowach ludzi na widok zdjęcia, nazwiska czy samej osoby, w ten sposób każdy jakąś markę ma. Nie każdy tylko nią świadomie zarządza. W końcu, świat nie potrzebuje samych liderów i zarządzających. I nie każdy musi być marką dobrze zarządzaną :-)



Dzień drugi. 
MN: Mówisz, że nie mamy czasu na dokładne zastanowienie się. Czy to może mieć związek z tym, że jesteśmy "przeładowani" informacjami? Kiedyś informacji było mniej i dlatego podejmowaliśmy konkretniejsze decyzje?
 JM-P: Zacznijmy od „nie mamy czasu” czyli kto nam ukradł czas.
Ciągle słychać narzekanie, że mamy za mało czasu, że czas tak szybko płynie, że nie ma czasu na dokładne zastanowienie się, na życie, na rodzinę, na odpoczynek.
To ciekawe, bo czasu, odkąd człowiek zaczął go mierzyć wykorzystując zegar, masz zawsze tyle samo.
Ba, filozofując można rzec, że mamy całe życie czasu. Tego ziemskiego. Ani mniej, ani więcej.
Masz go na dzień, na noc i na dobę dokładnie tyle samo co św. Jan Paweł II czy Richard Branson. 12/24. Można przeliczać na minuty i sekundy, jeśli wolisz.

Zatem czas masz, dopóki żyjesz.

Ciekawe, na co go konkretnie przeznaczasz?
Jak go najczęściej traktujesz? Masz z nim w ogóle jakąś osobistą relację:
  •          strzeżesz jak najcenniejszego skarbu?
  •          inwestujesz?
  •          dobrze pożytkujesz?
  •          szastasz jakby był odnawialny?
  •          trwonisz?
  •          wyrzucasz w błoto?
  •          lekceważysz i kpisz z niego, choć on jest kompletnie zaimpregnowany na poczucie humoru?
  •          przepuszczasz przez palce?
  •          dopisz własne: ………..
Co robisz ze swoim czasem? Na co go, konkretnie, przeznaczasz? Zrób bilans czasu tygodniowego.  Zarządzasz nim profesjonalnie czy przepuszczasz jak ostatni hulaka, który kiedyś obudzi się zdumiony, że czas na rzeczy ważne (na młodość, miłość, rodzinę, pasję, sporty, taniec, na TĘ przyjaźń itd.) minął bezpowrotnie?

Warto się zaprzyjaźnić z czasem swojego życia i traktować go z należytym szacunkiem.

Dzień trzeci.
MN: Dlaczego ludzie stali się mniej refleksyjni, czyli dlaczego nie poświęcają odpowiednio dużo uwagi sprawom ważnym i istotnym?
JM-P: Znasz mnie, Mikołaj, jestem ostatnią osobą, która formułowałaby jakieś ogólne oceny, osądy i dawała recepty „na wszelkie choroby i dla każdego”. Mogę się odnosić wyłącznie do moich doświadczeń związanych z obserwacją siebie i ludzi wokół mnie.

Refleksyjność i uważność wymaga zatrzymania się. Kiedy się gna sprintem czy kurcgalopem przez życie, szybko, do mety, w przepychającym się  tłumie ścigających się, obcych ludzi, to moment zatrzymania się grozi utratą równowagi lub zadeptaniem na śmierć.

Zastanawianie się prowadzi do wniosków i refleksji, które nie zawsze są łatwe i przyjemne. Łatwiej zagrzdylać bezcelowo w kole jak skołowany chomik, niż przygotować strategię na zatrzymanie koła i zmianę swojej sytuacji. Wymagałoby to konstatacji, że nikt poza nami tego koła nie zatrzyma i nie zamieni na zielony, szumiący las. A to, prowadziłoby do decyzji o wzięciu na siebie odpowiedzialności za siebie i innych, za jakość naszego życia oraz jakość naszych wyborów. Wszystkich: życiowych i zawodowych.

Kto nam robi to tempo życiowe, kto rzuca w kurcgalop, kto przyjmuje pracę u tego, a nie innego pracodawcy, kto promuje złe i patologiczne rzeczy, wrzucając je i komentując w sieciach społecznościowych, kto głosuje na nieprofesjonalnych i nieetycznych polityków lub nie głosuje, bo mu się nie chce? Taka prawda, że nikt poza nami samymi. Sami odpowiadamy za nasze życie, nasze tempo, nasze refleksje i nasze wybory. Ty. I on. I ja.

Inna sprawa, że staramy się w codziennej agendzie naszego życia upchnąć coraz więcej rzeczy mało ważnych, dających krótkotrwałą przyjemność, oddech i przerwę w życiowym maratonie. Żyjemy w oderwaniu od naturalnego rytmu przyrody, cyklu nocy i dnia, pór roku. Czy nam to służy, nie wiem. Mnie, osobiście, nie służy. Sama pracuję intensywnie nad poszukiwaniem w sobie guzika z napisem „tryb: odpoczynek”. Jeszcze nie znalazłam, ale jak znajdę, to dam Ci znać :-)
Natomiast mam już dobrze zużyty klawisz „uważność” związany z byciem uważną na to, co się ze mną dzieje tu i teraz, co jest dla mnie ważne w życiu, czy o to odpowiednio dbam w każdej minucie mojego życia. Mimo szybkiego tempa przemieszczania się w czasoprzestrzeni.



Każdy jest marką

Dzień czwarty. 
MN: Jesteśmy przeładowani informacjami?
JM-P: Z pewnością. Uważam, że umiejętność zarządzania informacjami przyjmowanymi ze świata, filtrowania ich, oceniania ich jakości, selekcji i segregowania wartościowych od szeroko rozumianego spamu, jest jedną z kompetencji sukcesu w XXI w. Jeśli wpuszczasz do głowy śmieci, to masz zaśmieconą głowę i mózg. Mózg nie odróżnia, że coś jest prawdą, coś głupim żartem a coś śmieciową informacją.

Poza tym, po swojemu zapytam: kto ładuje i w co ładuje? Kto tu rządzi? I czy leci z nami pilot? :-) Na zakończenie przytoczę jedną z moich ulubionych „Bajek Filozoficznych” Michela Piguemala, zatytułowaną „Trzy sita”.

Któregoś dnia zjawił się u filozofa Sokratesa jakiś człowiek i chciał się z nim podzielić pewną wiadomością.
- Posłuchaj, Sokratesie, koniecznie muszę ci powiedzieć, jak się zachował twój przyjaciel.
- Od razu ci przerwę –
powiedział mu Sokrates – i zapytam, czy pomyślałeś o tym, żeby przesiać to, co masz mi do powiedzenia przez trzy sita?
A ponieważ rozmówca spojrzał na niego nic nierozumiejącym wzrokiem, Sokrates tak to objaśnił:
- Otóż zanim zaczniemy mówić, zawsze powinniśmy przesiać to, co chcemy powiedzieć przez trzy sita. Przypatrzmy się temu! Pierwsze sito to sito prawdy. Czy sprawdziłeś, że to, co masz mi do powiedzenia, jest doskonale zgodne z prawdą?
- Nie, słyszałem, jak o tym mówiono, i…
- No cóż… Sądzę jednak, że przynajmniej przesiałeś to przez drugie sito, którym jest sito dobra. Czy to, co tak bardzo chcesz mi powiedzieć, jest przynajmniej jakąś dobrą rzeczą?
Rozmówca Sokratesa zawahał się, a potem odpowiedział:
- Nie, niestety, to nie jest nic dobrego, wręcz przeciwnie…
- Hm! –
westchnął filozof. – Pomimo to, przypatrzmy się trzeciemu situ. Czy to, co pragniesz mi powiedzieć, jest przynajmniej pożyteczne?
- Pożyteczne? Raczej nie…
- W takim razie nie mówmy o tym wcale! –
powiedział Sokrates. – Jeżeli to, co pragniesz wyjawić, nie jest ani prawdziwe, ani dobre, ani pożyteczne, wolę nic o tym nie wiedzieć. A i tobie radzę, żebyś o tym zapomniał…

To, co staram się, w ślad za powyższą opowiastką, wpuszczać do swojej głowy, powinno być prawdziwe, dobre i pożyteczne. To kryteria znacznie redukujące „przeładowanie” :-)

Dzień piąty.
MN: Joanno, ok. Zatem powiedzmy sobie teraz szczerze: jesteś marką?
JM-P: Zgodnie z moją koncepcją marki osobistej, jestem. Jak każdy. Jeśli marka to zestaw skojarzeń na nasz temat w głowach naszych ważnych partnerów życiowych i zawodowych oraz efekt naszej komunikacji w ważnych relacjach, każdy jest marką. 

Dzień szósty.
MN: Chciałbym Cię zaskoczyć...

Wyobraź sobie, że masz budżet w wysokości 50 000 zł i musisz kupić auto. 

Idziesz do salonu i kupujesz nowy średniej klasy wóz z oszczędnym silnikiem, czy inwestujesz w legendę typu stary Mustang, Porsche, może inny klasyk marki premium? 

JM-P: Mikołaj, przecież wiesz, że trudno mnie zaskoczyć, choć ostatnio, przyznam, komuś się to udało.

Idę do salonu i kupuję wóz, który jest obietnicą rzeczy i kwestii dla mnie podstawowych i najważniejszych. Marka to obietnica wartości, a wśród moich jest m.in. rodzina (jest nas czworo – w porywach do sześciu), bezpieczeństwo, zdrowie, wysoka jakość i niezależność. 

Na co mi Mustang czy Porsche? 

  • Parkuję pod domem - zaraz mi go ukradną, albo będę się bała, że mi ukradną, porysują albo zniszczą. Wystarczył już Passat z wypaśnym wyposażeniem, żeby dwa razy wyrwali nawigację. Dziś mam radio basic i nawigację w smartfonie. 
  • Moja niezależność jest ściśle powiązana z wolnością od snobizmu - musiałabym się stale tłumaczyć znajomym, którzy, na widok Mustanga czy Porsche, pytaliby zdumieni: A na co Ci to?
  • Niezależność wiąże się też z faktem, że nie jestem uwiązana do jednego serwisu w mieście ze zblazowanym, nadskakująco usłużnym lub zmanierowanym Panem Benkiem
  • Zdrowie - nie lubię zbędnego stresu i napięć, tym bardziej związanych z korzystaniem z przedmiotów codziennego użytku - a tu, niech się tapicerka w Porsche pobrudzi, kiedy będę wieźć kwiaty na balkon lub podrzucać przyjaciółkę z małym dzieckiem, które uwielbia sok malinowy…
  • Mój starszy syn zaraz zacznie pożyczać auto - wolałabym, żeby nie zaczynał od sprawdzenia mocy silnika Porsche - jeszcze go z tego Porsche na pierwszych światłach wysadzą…
  • Przy starym Mustangu obawiałabym się z kolei, jak długo będzie bezawaryjny - nie mam kompletnie w życiu czasu na naprawy auta, które ma być niezawodne.

I w końcu - lubię przestrzeń - zatem, kiedy będę miała większą ekstra kwotę do wydania na auto, kupię sobie dużego SUVa, którym będę jeździć bez poczucia obciachu do naszej wiejskiej hacjendy pod Pułtuskiem, mogąc do niego wpakować nowy klon do zasadzenia w ogrodzie, perkusję młodszego dziecka czy Marschalla (to jest premium!) w towarzystwie wszystkich gitar Najdroższego (a jest ich spora gromadka). :-)

Zatem, zmierzając do końca, marka osobista premium to nie marka, która musi się otaczać drogimi czy kultowymi markami premium. Nasze premium to najwyższa jakość i wolność do bycia sobą, a nie snobizm; to sztuka zbudowania reputacji osobistej premium dzięki czemuś innemu niż posiadane markowe przedmioty :-)


Utworu „Girl” wysłuchałam w swoim życiu tysiące razy...



Dzień siódmy.

MN: A społeczeństwo? Społeczeństwo jest snobistyczne? 
Aktualnie w mediach karierę robi nastolatka, która nazwała premiera "zdrajcą" i demonstracyjnie nie przyjęła od niego kwiatów. Chciałbym wiedzieć, czy taka osoba też jest marką oraz co o tym zachowaniu myślisz?
JM-P: Zdecydowałam, że to będzie „pusta” odpowiedź, spójnie i zgodnie z moją filozofią, żeby nie poświęcać uwagi rzeczom, które nie spełniają wymogu: dobry, pożyteczny i prawdziwy. Jednym słowem, wartościowy. Tej dziewczynie i tak już poświęcono za dużo uwagi, wzmacniając w niej przekonanie, że na nią zasługuje. Ja do tego ręki nie chcę przykładać.



Dzień ósmy.
MN: Co Ci w duszy gra? Wymień proszę pięć utworów, które są wyjątkowe, miały wpływ na Twoje życie, lub po prostu Ci się podobają, ok?

JM-P: Oj, Mikołaju, a to mi zadałeś trudne ćwiczenie. Z takiej mnogości i różnorodności mam wybrać pięć? Ciężko! Są ich setki... Adamo, Piaf, Dire Straits, The Police, Phil Collins, Maanam, Kate Bush, Sinead O’Connor, Tanita Tikaram, Cesaria Evora, Buena Vista Social Club, Tracy Chapman, Jehro…to tylko początki. Ale ma być pięć.

  • The Beatles - "Girl"
I większość utworów mojego ukochanego zespołu. 


Jako nastolatka byłam fanką The Beatles. Tłukłam się w niedziele środkami komunikacji miejskiej z Ursynowa na Plac Komuny Paryskiej (dziś pl. Wilsona), żeby w podwórku kina „Wisła”, miejscu spotkań fan clubu The Beatles, przeglądać dostępne i niedostępne skarby. Mój mieszkający w Szwajcarii przyjaciel przesyłał mi plakaty The Beatles z magazynu Bravo, które pachniały kapitalistycznym, niedostępnym światem. Najcenniejszy plakat, który wisiał na drzwiach mojego pokoju dostałam od Marcina Kydryńskiego. Wymieniłam też w czwartej klasie podstawówki z kolegą Andrzejem Ż. pocztówkę dźwiękową na mały album Beatlesów z dwoma singlami. Utworu „Girl” wysłuchałam w swoim życiu tysiące razy. Sentyment do The Beatles pozostał do dziś, choć wielka miłość do Paula McCartneya nieco ostygła :-)

  • Rosemary Clooney “Mambo Italiano” 


Mambo Italiano towarzyszy mi od początków podróży do zostania mistrzynią salsy, tj. od kilku lat. Zaś obecna w tym akurat teledysku Sophia Loren, jest jedną z moich ulubionych marek osobistych premium.

  • The Last Of The Mohicans Soundtrack


Muzykę filmową odkryłam wiele lat temu dzięki RMF Classic. Teraz jest na stale obecna w moim życiu. Z kolei film „Ostatni Mohikanin” jest na liście moich ulubieńców - ze względu na Daniela Day-Lewisa także :-)
Kiedyś, podczas corocznej Romantycznej Rowerowej z mężem, w odwiedzanym SPA dostałam płytę z kompilacją muzyki filmowej. Trwa półtorej godziny i znakomitą większość zajmuje ścieżka dźwiękowa z Ostatniego Mohikanina. Zamieszkała na stałe w naszej sypialni.

  • Sting & Cheb Mami - “Desert Rose



Desert Rose” odpala mi w głowie Toskanię i tęsknotę duszy za wolnością od miejskiej dżungli. Na płycie DVD jest dostępny piękny koncert z toskańskiej posiadłości Stinga, znamienny, bo związany z datą 11 września. Zachęcam do obejrzenia.

  • Oddział Zamknięty - „Andzia”

Koncert Oddziału był pierwszym, na który poszłam sama jako nastolatka. 
Do „Hybryd”. Mój śp. Tata wyposażył mnie w odpowiednią wiedzę, jak reagować w sytuacji potencjalnego zagrożenia oraz w pewien groźny przedmiot, o którym pisać nie mogę :-)
Przy Oddziale przetańczyłam i prześpiewałam wiele cudownych imprez. Byłam wtedy zbuntowaną nastolatką, ubraną wyłącznie na czarno, z krzyżem na czarnej aksamitce na piersi i zrobionym samodzielnie znaczkiem „Jestem czarownicą”:-) 
Do dziś, zostało mi tylko to ostatnie ;-)

Posiadanie wolności osobistej wymaga sztuki ustanawiania jej granic...

Dzień dziewiąty.

MN: Powiedz proszę, co myślisz o spoufalaniu się przełożonych z podwładnymi?
Czy przyjaźnie w pracy są wskazane? Chciałbym, abyś trochę rozwinęła ten temat.

JM-P: Trzeba najpierw doprecyzować pojęcia, o które pytasz.

MN: ok, precyzuj ;-)

JM-P: Czym innym może być spoufalanie się przełożonego z podwładnym, czym innym spoufalanie się podwładnego z przełożonym (to raczej bardziej oczywiste w kategorii spoufalania), a jeszcze czym innym budowanie przyjaźni w pracy.

Zatem, po kolei:
spoufalanie się przełożonych z podwładnymi. Co by to miało być? 
Zwracają się po imieniu, używają zdrobnień, mówią per „Kochanie”, pytają o prywatne sprawy, zapraszają (się) na Wigilię? Trochę trudno mi zgadywać, w czym rzecz, bo rozumiem, że nie w patologiach i nadużyciach w relacjach międzyludzkich, które reguluje prawo pracy i zasady wewnątrz firmowe. 
Moja jedyna rada, która może pomóc dotyczy profesjonalnego komunikowania zasad współpracy i oczekiwań przez przełożonego swojemu zespołowi i z wicewersą.
Jeśli szef takowych nie zakomunikował, warto o nie zapytać przy jakiejś dobrej okazji, zatrudnianiu nowej osoby do zespołu, aktualizacji zakresów obowiązków etc. W przypadku zachowań szefa naruszających czyjeś osobiste wartości najlepiej jest mu to zakomunikować w cztery oczy: „…że kiedy mówi/robi X, to nam jest wówczas przykro/ jesteśmy sfrustrowani/ etc i czujemy wtedy Y”. Czasem pomoże, czasem nie. Jeśli jednak tego nie zrobimy nie dziwmy się, że on tego nie wie i nic się nie zmienia. Kiedy szef proponuje kolejny raz pójście po pracy na piwo, można powiedzieć, że to miłe wyróżnienie i dowód sympatii, i z radością byśmy skorzystali z zaproszenia gdyby nie fakt, że mamy zobowiązania wobec rodziny lub że jest to czas przeznaczony na inne obowiązki.
Posiadanie wolności osobistej wymaga sztuki ustanawiania jej granic
Czasem definiowanie granic mija się z celem, kiedy przełożony jest typem „nosorożca” zachwyconego własnym rogiem, otrzymaną władzą i zaimpregnowanego na perspektywę swoich współpracowników. Wówczas, być może, trzeba ponieść koszty związane z zaniechaniem zaprezentowania swoich opinii i oczekiwań, skoro szanse na profesjonalizm i zrozumienie po stronie szefa są bliskie zeru. Wtedy trzeba zaciskać zęby tak długo, aż się dojrzeje do zmiany szefa. I ani dnia dłużej. Reagować zaś i ustawiać granice trzeba zawsze, kiedy komuś dzieje się krzywda.

Budowanie przyjaźni w pracy jest zwykle obciążone większym ryzykiem po stronie przełożonego. Po pierwsze dlatego, że przyjaźń wymaga zaufania, a to jest limitowane w relacji szef-pracownik - chociażby w trudnej sytuacji zachowania w poufności decyzji o zwolnieniu przyjaciela, który może być najmniej kompetentnym członkiem zespołu. 
Przyjaźń to duża rzecz, trzeba wiedzieć komu ją oferujemy i czy będziemy mogli być wobec tej przyjaźni lojalni. 
W roli szefa – z pewnością będziemy musieli położyć często przyjaźń na szali z obowiązującymi politykami, zasadami, kryteriami oceny, trudnymi rzeczami do zakomunikowania etc. 
Szef musiałby się także upewnić, że przyjaźń ze strony pracownika nie jest interesowna. Pracownik musiałby rozumieć, że rola szefa wymaga obiektywizmu, traktowania wszystkich w taki sam sposób, a czasem, traktowania przyjaciela surowiej, żeby inni nie mieli wrażenia faworyzowania. W każdym przypadku – sytuacja niezdrowa i nie do końca profesjonalna.

Jasne, szkoły przywództwa podkreślają często, że lider powinien mieć jedną zaufaną osobę w pracy. Czy przyjaciela – nie rekomenduję – lepiej sukcesora lub zastępcę.

Raz w życiu, w swojej karierze zawodowej, pozwoliłam sobie na przyjaźń w pracy
Uporanie się z żalem po zdradzie przyjaciela – to bardzo długoterminowy i bardzo bolesny proces. Nie polecam. Przyjaźń to kategoria spoza agendy biznesowej. W pracy bierzemy wynagrodzenie za realizację celów. Przyjaźń to wspólna droga, nie cel. Lepiej nie mylić porządków.

Konkludując – odradzam przyjaźnie w relacjach szef-pracownik. Rekomenduję profesjonalne relacje zawodowe oparte na wzajemnym szacunku, jasnych celach i oczekiwaniach, sprawiedliwych zasadach oceniania, klarownych zasadach komunikacji oraz dobrze opisanych wzajemnych obowiązkach i odpowiedzialnościach.
Co zaś do przyjaźni w pracy, poza relacjami służbowymi, jasne, że warto. 
W końcu, to pomaga pracować w przekonaniu, że się dobrze żyje w wartościowym towarzystwie, a nie umiera od poniedziałku do piątku w szklanej pułapce. Lepiej, jeśli ludzie w pracy komunikują sobie zaufanie, na którym buduje się lojalność i przyjaźń, niż brak zaufania związany z rywalizacją i permanentnym polem walki.

Ale i tak, wiadomo, każdy ma własny wybór, własne doświadczenia i własną mądrość.

Dzień dziesiąty.
MN: Własną mądrość... zgrabne :-) 
Asiu, ostatnio silnie angażujesz się w media społecznościowe. Powiedz nam, czy wg Ciebie odzwierciedlają to, co widzimy poza siecią? Czy może tworzą unikatowy świat relacji - całkiem nowy, czasem fałszywy - którego ludziom brakowało? 
Na ile w tzw. social mediach jesteśmy sobą, a na ile avatarami siebie? 
JM-P: Dobre pytanie. Wiele aspektów.
To Wy mi powiedzcie :-) Uczę się obserwując Was, młodych - to jest forma inter-mentoringu - transferu kompetencji technologicznej od młodych do przedstawicieli starszego pokolenia. 
Dla mnie social media są zjawiskiem wielobarwnym, od którego i miło, i straszno, i smutno, i żal. 
Dla jednych to świat bliski i bardziej realny niż kontakty z rodziną w realu. Dla innych - niezrozumiały śmietnik informacji, które bez względu na ich wartość dezaktualizują się po 3 minutach, o 24 h nie wspomnę. Dla jeszcze innych – to trasa permanentnego sprintu i wyścigu po…. (niech każdy uzupełni sobie sam). Dla kolejnych – nieustające źródło inspiracji i rozwoju, obietnica bliskiego kontaktu z ludźmi rozsianymi geograficznie. Są, w końcu, i tacy, którzy zgubili się w złudnej magii lajków, hejtów i zainteresowania, którym karmią się tak jak poświęcaną im uwagą. Bo każdy przecież potrzebuje czuć, że istnieje - uważność innych jest tego dobrym wskaźnikiem. Taka uroda dzisiejszych czasów i mediów…
Moja potrzeba wolności stawia mnie zwykle w pewnym dystansie i opozycji do rzeczy aktualnie modnych, popularnych, wywołujących powszechny zachwyt. Zawsze tak miałam. W związku z tym, przyglądam się social mediom z naturalnego dystansu, z którego lepiej widać - i szukam w nich rzeczy pożytecznych.
Jaki jest ten nasz wirtualny świat – to w dużej mierze zależy od przemyślanej strategii, po co tam jesteśmy, co chcemy osiągnąć, kim są nasze grupy docelowe – kto nas interesuje i kogo chcemy zainteresować tym, co mamy im do zaoferowania. Co cennego chcemy wnieść - bo to jeden z kluczowych czynników sukcesu. Strategia. Cel. Wartości. Oferta korzyści. Profesjonalna komunikacja. Zebranie feedbacku. Doskonalenie i rozwój.
Jeden z moich znajomych (na profilu prywatnym) może nawet komentować publicznie, bo tam jest profesjonalnie (co nie zawsze musi oznaczać miło lub zgodnie) i kulturalnie. Jasne, ten efekt czynią ludzie. To wynik przemyślanej decyzji kogo do mojego grona zapraszam. Jeszcze bardziej efekt wieloletniej konsekwentnej strategii budowania sieci kontaktów biznesowych widoczny jest w mojej strefie LinkedIn - sam LinkedIn wskazuje ją jako dobrą praktykę skutecznie zbudowanego kapitału reputacji. 
Jeśli Facebook czy LinkedIn to ważny kawałek naszego świata i życia, warto, żeby był to świat rzeczy dobrych, pożytecznych i prawdziwych, które przeżywamy w gronie wartościowych ludzi. To nie social media rządzą ludzkim życiem – to jakość social mediów jest odzwierciedleniem naszego myślenia, postaw i wartości, naszych strategii i pomysłów, jak wykorzystujemy zdobycze technologiczne. Czy do robienia rzeczy dobrych, ważnych i użytecznych? A może do spamowania świata co, w konsekwencji, oznacza skracanie sobie życia; ten czas, który oddajemy na przeglądanie chłamu, spamu, kiczu, efektów ludzkiej nieprzyzwoitości, tandety i picu, a nie daj Bóg ocenianie innych, jest czasem bezpowrotnie straconym. Nigdy go już nie odzyskamy.
Na ile jesteśmy sobą, a na ile udajemy kogoś innego? Na tyle, na ile każdy z nas potrzebuje.

Podzielę nas na trzy grupy. Każdy może wybrać, w której jest dziś i w której chce być za rok.

  1. Ludzie silni autentycznością i samoświadomością.

    Jeśli ktoś uważa się za osobę wartościową nie musi nikogo udawać - ma wolność do bycia sobą w swojej najlepszej i najbardziej wartościowej dla innych wersji. Nie pomylmy bycia autentycznym sobą z setką opublikowanych selfie. To, co cechuje ludzi o silnych markach osobistych to odczuwalna równowaga, świadomość, mówienie własnym językiem i zarządzanie swoim życiem. Tacy ludzie nie potrzebują złotych kokard i tłumu paparazzich, żeby mieć poczucie satysfakcji i sukcesu. Mają poczucie swoich wad i mocnych stron. Są silni lekcjami, których nauczyło ich doświadczenie. Czerpią moc z wartościowych relacji, które zbudowali z innymi wartościowymi ludźmi. Są świadomi siebie, tego kim są dziś i kim chcą być w przyszłości. To autentyki, w odróżnieniu od tłumu kopii i podróbek, pseudoekspertów i wrzaskliwego tłumu.

  1. Poszukujący wartościowego i sensownego życia.

    Jest też inna grupa ludzi na dobrej drodze do polubienia siebie (tak szczerze), którzy jednak potrzebują jeszcze czasu i avatara, który chroni ich emocje i odczucia przed komentarzami i reakcjami innych ludzi.

  1. Zagubieni w sieci pseudorelacji.

    A są też i tacy, którzy na samą myśl, że mieliby pokazać kim są naprawdę tracą oddech z przerażenia. Czują pustkę w sobie, nie wiedzą, co jest dla nich ważne, pogubili drogę z celem, pomylili przyjaźń z facebookowymi znajomymi-nieznajomymi. Przestają istnieć, kiedy tracą kontakt z drogimi markami, znanymi ludźmi i wszystkim, co im się kojarzy z władzą i autorytetem, ale czego nie znaleźli dotychczas w sobie samych. Przed nimi nieco dłuższa droga do poczucia spokoju wewnętrznego, spełnienia, przyznania sobie prawa do życia własnym życiem a innym prawa do posiadania własnej mądrości, własnych wartości, własnych prawd.
Kiedy jesteś autentycznie sobą, jesteś bezkonkurencyjny. Cudzych kopii świat naprodukował zbyt wiele. Droga do bycia sobą nie jest łatwa, wymaga rozmawiania ze sobą samym, akceptacji, refleksyjności i permanentnego poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania: Po co żyje? Kim jestem? Czego jestem obietnicą dla innych ludzi? Co jest dla mnie ważne w życiu? Co ważnego daje mi to życie w social mediach? Czy to, jak dziś żyję, przybliża mnie do realizacji moich marzeń, rozwija mój potencjał, daje mi poczucie spokoju i spełnienia? 

Uff, pisząc tylko powyższe pytania poczułam ich ciężar - to efekt autocoachingu :-)

Konkludując dzisiejsze pytanie – każdy z nas ma takie social media i takie życie wirtualne, na jakich potrzebuje.

Jestem przekonana, że mój Gallupowy talent zwany „Maksymalistą”, który zmusza mnie do robienia rzeczy najlepiej jak potrafię i który odpowiada za potrzebę odpowiedzi w sposób wyczerpujący, sprawił, że mało kto dojdzie tu, do końca do wywiadu – rzeki. Wszak w dzisiejszych czasach trzeba to zamienić na obrazki :-) Ale ja swoje zrobiłam, zgodnie z umową. Pozdrawiam wszystkich, którzy tu dotarli – nie na skróty :-)
Poszukujących, Zagubionych i Marki premium zapraszam na bloga „Jesteś Marką”

Dzień jedenasty: pytanie bonusowe.
MN: Chętnie podejmujesz nowe wyzwania; teraz jesteś Prezesem Stowarzyszenia Mentoringu. Wcześniej kierowałaś działem HR w TVN. Do tego masz czas dla rodziny. Dla wielu to fenomen... jak to robisz?
JM-P: Hmmm. Czas to najbardziej newralgiczny zasób, powiązany z jakością życia, energią i zdrowiem. Mam nadmierną łatwość kreowania wizji, strategii i nowych pomysłów. Dobrych strategii i pomysłów, co nie zawsze jest błogosławieństwem. Znam siebie na tyle, żeby rozumieć, że nie zawsze to służy mnie i rodzinie – bywa sporym przekleństwem. Równocześnie mam kłopot z odmawianiem wartościowym ludziom potrzebującym wsparcia, mentora, coacha, rady czy doświadczenia. Pracuję nad tym odmawianiem, daleko mi jeszcze do celu.

Powołałam Polskie Stowarzyszenie Mentoringu uznawszy, że dotychczas nikt z grona rządzących krajem, edukacją, planowaniem rozwoju kapitału intelektualnego i społecznego nie opisał strategii zagospodarowania kapitału ludzi takich jak ja. Doświadczonych pasjonatów, zaangażowanych, świadomych swoich wartości, rozumiejących życie, ludzi i biznes, gotowych do dzielenia się doświadczeniem i chowania sukcesorów. Wysokiej klasy przedsiębiorców, ekspertów, menedżerów i specjalistów, którzy skończywszy czterdzieści lat zaczynają planować drugą część swojego życia. Dzisiejsze pokolenie 45+ nie zamierza zaprzestać aktywności zawodowej przez kolejnych kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Firmy stoją przed wyzwaniami związanymi z wykorzystaniem różnorodności przedstawicieli co najmniej dwóch generacji na pokładzie. Zarządzanie nowymi oczekiwaniami i postawami tzw. GenY, iPod, Me etc. oznacza konieczność przygotowania gruntu do udanej współpracy i dwustronnego transferu wiedzy wśród przedstawicieli różnych generacji.
Mentoring jest świetną formułą, starą jak świat, a przynajmniej jak „Odyseja” Homera, która odpowiada na te wyzwania.

To była prostsza część odpowiedzi na dzisiejsze pytanie.

Bycie mamą dwóch synów, którzy nadal potrzebują wsparcia, uwagi i obecności, 

  • aktywność na gruncie akademickim (prowadzę zajęcia na studiach podyplomowych i MBA na kilku uczelniach),
  • rozwijanie własnego start-up’u czyli budowanie Personal Brand Institute
  • budowanie grupy wybitnych ekspertów wokół Instytutu,
  • projekty w zakresie rozwijania marek liderów, zespołów i marki kobiecego przywództwa kilku korporacji,
  • prowadzenie bloga „Jesteś Marką
  • regularne publikowanie na blogu harvardzkim,
  • odpowiadanie na pytania Mikołaja,
  • publikacje do prasy branżowej,
  • trenowanie salsy, a do tego:
  • koordynowanie projektu misyjnego jakim jest Stowarzyszenie,
To jest dużo. Umówmy się, dużo za dużo na jedną małą, raczej drobną, blondynkę. Mówimy o kilku „etatach” równocześnie. Co jakiś czas dochodzę do ściany swoich możliwości. Ściana u mnie to zagrożenie utraceniem z pola widzenia czegoś istotnego (wartości), utrata zdrowia lub oferowanej jakości i poziomu energii, której oczekują moi bliscy, partnerzy i klienci.

Gdyby nie zrozumienie moich synów, ogromne wsparcie Najdroższego, największego przyjaciela i mentora, kilku bliskich przyjaciół i grona życzliwych, zaangażowanych entuzjastów, którzy włączyli się w realizację moich marzeń, a nadto bieżąca dbałość o zdrowie i regularny sen – rozsypałabym się na kawałki już dawno temu. Zresztą, raz na jakiś czas, mimo bycia w tej dziedzinie nauczycielem dla innych, zaliczam momenty całkowitego rozładowania życiowego akumulatora. Na szczęście wiem, gdzie należy podłączyć wówczas „wtyczkę”. Mam, w końcu, w domu, ramiona trzech cudownych mężczyzn, telefon do Hani, taniec i moją ukochaną muzykę. Mam Mamę, która wesprze i rozgrzeszy, kiedy ja już zbudowałam sobie pręgierz i się pod nim batożę.
Prawdę powiedziawszy, przynajmniej raz na kwartał porządnie sobie poryczę i poużalam się, że jestem głupia i za dużo na siebie biorę. Wówczas Parzydełka robią mi coaching -  i jestem gotowa dalej zmieniać świat na lepsze. Tam, gdzie mogę, oczywiście :-)

Kuba, mój przyjaciel, powiedział, kiedy nie mogłam sobie darować, że coś zrobiłam poniżej swoich oczekiwań, że miejsce Pana Boga jest już zajęte. Nie jest łatwo konstatować, że są rzeczy, którym nie damy rady. Taką rzeczą, poza ciężkimi chorobami i śmiercią, jest czas. Nie umiem go pomnożyć – mogę go jedynie głupio nie trwonić. Mogę uczyć się wybaczać sobie, że nie jestem doskonała, że biorę na siebie za dużo, że pomagając innym w tym czasie nie poświęcam uwagi rodzinie lub przyjaciołom. Życie to sztuka, daj Boże, mądrych wyborów, dobrego planowania, mądrej logistyki, korzystania z technologii tam, gdzie wspierają zarządzanie czasem, kompromisów, wybaczania sobie, a potem proszenia o wybaczenie bliskich. Jeśli ich kochamy i szanujemy, dbamy o wartościowe  relacje, wprowadzamy w nasze życie, także zawodowe (moi kolejni prezesi, kiedy rozpoczynałam pracę w firmie, mieli spotkanie z moimi synkami, którzy mieli prawo szefa zaakceptować lub nie :-), dużo ze sobą rozmawiamy, szukamy wspólnych pasji i jesteśmy dla siebie przyjaciółmi – wybaczą i wesprą, bo to, na czym im najbardziej zależy, to widzieć radość, frajdę, satysfakcję i blask w oczach ich mam, żon, córek i przyjaciół.

No dobra – koniec tego gadania, czas na złote rady, przecież to social media :-)

10 zasad zwiększania efektywności osobistej:

  • Planuj długo- i krótkoterminowo – pamiętaj, że czas to linia, która ma początek, środek i deadline – nie myl początku z deadline – to zabójcze dla Twojego sukcesu!
  • Zrób listę wszystkich Twoich osobistych złodziei czasu – nie daj się bezkarnie okradać!
  • Śpij, ile trzeba!
  • Proś o pomoc, kiedy trzeba!
  • Nie jesteś cyborgiem – jesteś człowiekiem, ze wszystkimi tego konsekwencjami!
  • Szanuj czas, siebie i innych – planuj tak, by się nie spóźniać!
  • Nie obiecuj, że coś zrobisz, jeśli nie będziesz w stanie dotrzymać obietnicy!
  • Regularnie ładuj życiowy akumulator. Naucz się rozpoznawać, kiedy pali Ci się rezerwa i kiedy wymagane jest doładowanie!
  • Rób rzeczy raz i od razu, nie odkładaj na później!
  • Jeśli uważasz, że masz za dużo rzeczy do zrobienia, zadbaj o kolejną – metoda ”na kozę” zawsze działa – a jakiej doznasz ulgi i radości, kiedy się jej w końcu pozbędziesz.
Czy ja już wspominałam, że moje treści są atrakcyjne/ zjadliwe wyłącznie dla tych, których świat jest życzliwy? Zatem życzliwego świata wszystkim życzę  Pozostałym – lekturę zdecydowanie odradzam.
Joanna w Toskanii



Martyna Wojciechowska i Joanna Malinowska-Parzydło
- - -
Mikołaj Nowak: bardzo dziękuję za tę niezwykłą rozmowę. Chcesz coś dodać na koniec?
Joanna Malinowska-Parzydło: Po raz pierwszy tyle o sobie napisałam, nie znając targetu i ludzi, do których piszę. 
I tak nie wierzę, że ktoś jest w stanie to przeczytać – jeśli się taki znajdzie, niech do mnie napisze, zaproszę go na godzinny spacer mentoringowy po Szczęśliwicach :-)


- - -
Warto zobaczyć: