poniedziałek, 30 czerwca 2014

Zezwolenie na przekleństwa w mediach. Niekonsekwencja przekleństwem? [WASZYM ZDANIEM]


Artykuł zawiera niecenzuralne słowa. Jeżeli nie chcesz ich widzieć - opuść blog.
Przygotowując się do tego artykułu, zapytałem społeczność o zdanie - opinie niżej.
- - -

"Jak zrobić samojebkę?" to tytuł artykułu w najnowszym CKM. Znajdziecie go w dziale Know-How magazynu. Abstrahując już od tego, jak bardzo jest to wiedza, bez której nie możecie żyć, moją uwagę zwraca inny aspekt...

Poprawność polityczna

Wszyscy wiemy, czym jest tzw. samojebka. Nie wszyscy mamy jednak świadomość, że to kolokwializm i trywializm. A nawet wulgaryzm.
Media stronią od wulgaryzmów. Stacje TV płacą kary za kompulsywne reakcje swoich twarzy. Całkiem niedawno Beata Tyszkiewicz - na żywo w "Tańcu z Gwiazdami" - użyła słówka "zapierdalanie", nieobcego większości użytkowników języka polskiego. Efekt? KRRiT otrzymała skargi na tę wypowiedź i być może telewizja Polsat zapłaci karę.

"Samojebka" to słowo niecenzuralne

Tak samo, jak inne pochodne słowa "jebać". 
Wulgaryzm ten ma mnóstwo znaczeń. Mocnym akcentem jest właśnie "jebnąć", co akurat w tym przypadku znaczy "zrobić". Jeżeli CKM chciałby być poprawny politycznie (ale nie musi), to powinien napisać "jak zrobić samozróbkę?", ewentualnie lepiej brzmi "samotrzaskę" od "trzasnąć fotkę". Nie, napisałem "lepiej"? To brzmi kuriozalnie!

Bezsprzecznie "jebka" pochodzi od "jebnąć", czyli słowa uznanego za wulgarne i zakazanego nie tylko w mediach, ale i w miejscach publicznych. To nie żart.
Tym, którzy na ulicy operują słownictwem uznanym za obraźliwe, grozi zarzut "używania niecenzuralnych słów w miejscu publicznym": 
Art. 141 kodeksu wykroczeń. 
Kto w miejscu publicznym umieszcza nieprzyzwoite ogłoszenie, napis lub rysunek albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 złotych albo karze nagany.
Nie ma lekko :-)
Neutralne odpowiedniki to po prostu "selfie". Można by więc napisać "jak zrobić selfie?", lub "jak zrobić focię z rąsi?", choć to drugie brzmi infantylnie. Ale zaraz... Czy "selfie" nie jest zjawiskiem infantylnym samo w sobie?Jesteś w stanie wyobrazić sobie rodziców, w młodości, robiących notorycznie selfie? Technologia modernizuje kulturę. W tym przypadku otworzyła furtkę zaawansowanemu narcyzmowi. Ale nie tylko. Dziś to też wyrażenie dystansu do swojej osoby. 
"Samojebki" strzelają Barack Obama, Lech Wałęsa, Bronisław Komorowski, nawet papież Franciszek. A teraz wyobraź sobie żółty pasek w kanale informacyjnym, gdzie widnieje: "Bronisław Komorowski zrobił samojebkę!". Co o tym myślisz?Jednym wypada, drugim nie.
Zarówno jedni, jak i drudzy materializują się w definicji słowa "media". A te nie lubią się z przekleństwami. Zatem, czy w TV słowo "samojebka" zostałoby "wypikowane"? Pewnie tak.
W końcu to "jebnąć sobie zdjęcie" w miejskim polskim slangu. Pytanie tylko, czy jednym można więcej, a drugim mniej, skoro restrykcje tyczą się wszystkich?

Zostawiam Was z tą myślą.

Mnie "samojebka" w CKM-ie nie przeszkadza. Sztywniakiem nie jestem i zrobiłem swoją: 
Jest lanserski Hollister, jest i Apple - wszystko się zgadza, czyli gorzej być nie może :-)

Social Research - mnóstwo cennych opinii od społeczności

Zapytałem się Was, czy w mediach można / wypada używać terminu "samojebka"?
Oto wyniki mojej sondy:

  • Blogerka Kataryna jest zdania, że nie, tak jak nie wypada pisać, że ktoś dostał zjebkę.
  • Łukasz Owsiany uważa, że to niepotrzebne brutalizowanie publicznego języka. Chyba, że piszesz dla Pudla - dodaje.
  • Agata Bartnicka pisze stanowczo: w żadnym wypadku, tak jak nie używa się słowa 'pierdolenie' zamiast 'gadania głupot". To, że 'selfie' nie ma zgrabnego polskiego odpowiednika, nie daje przyzwolenia na używanie w mediach wulgaryzmów, a 'samojebka' jest w sposób oczywisty wulgarna.
  • Arkadiusz Patryk dodaje, że chyba jednak można, bo to określenie na selfie się bardzo mocno przyjęło.
  • Na co odpowiada Magdalena Gregorczyk: Stanowczo nie. Swobodę i wolność w pisaniu i mówieniu popieram jak najbardziej, jednak pojawia się granica, której w słownictwie pisarskim, medialnym lub oficjalnym nie należy przekraczać. Jeżeli zajdzie taka możliwość i szansa by zlało się ono ze słownictwem potocznym, jego przekaz znacznie straci na znaczeniu, nie wspominając już o kulturze, zarówno pisanego tekstu, jak i pisarza czy też dziennikarza i audycji.
  • Sylwia Jeżewicz: Jeśli jest to swobodniejsze miejsce, jak np. blog, który nie jest ukierunkowany na przekazywanie poważnych treści, to ja nie widzę problemu z używaniem takiej nazwy. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji, w której prowadzący, np. w Faktach, zapowiada materiał o wiadomym zdjęciu z Oscarów i używa sformułowania „samojebka”. Selfie jest ładnym, niezobowiązującym określeniem i nie ma sensu na siłę szukać polskiego, niewulgarnego odpowiednika.
  • Patrycja Rodzonek uspokaja: Mi samojebka nie przeszkadza. To takie nasze. A wiadomo, że jak w Polsce jest coś z jebnięciem to dobrze utrwala się w mózgu. Generalnie co kraj to obyczaj.
  • Anna Kozłowska: jak dla mnie zależy do kogo jest to kierowane i ton tekstu. Jeżeli jest to używane w kontekście młodzieży która w wielu przypadkach nie widzi granicy pomiędzy słowami nacechowanymi pozytywnie i negatywnie to czemu nie. "Samojebka" to takie wyróżnianie się na siłę, żeby 1. zwrócić na siebie uwagę, 2. pokazać, że danego rozmówcę nie interesują konwenanse.
  • Z kolei Julia Kasprzyk zauważa celnie, że: kiedyś używanie słowa "zajebiście" było traktowane jak przekleństwo...jak widać, granica się nieco przesunęła i nie razi jak kiedyś...
  • Wojtek Kardyś dodaje: absolutnie nie. Tak mówią osoby nieobyte, chamskie, zburaczałe o wąskim słowniku. Selfie brzmi ok.  :)
  • Tego samego zdania jest Łukasz Mróz: Używanie w mediach terminu "samojebka" jest prostackim pójściem na łatwiznę w walce o sympatię i lojalność czytelnika.
  • Magda Latosienka myśli, że klasa i elegancja wymaga opcji zastępczej.
  • Łukasz Turkowski nazywa "samojebkę" sympatycznie "potworkiem językowym": W mojej ocenie jest to potworek językowy, który w prawdzie brzmi zabawnie i świetnie sprawdza się w mowie potocznej, ale nie nadaje się do użytkowania w mediach. Zdecydowanie lepiej używać oryginalnego słowa selfie, które nie ma kojarzącego się wydźwięku. Dla osób niewtajemniczonych w świat internetu jest też przystępniejsze.
  • Mirek Polyniak dodaje, że jeśli jest to medium popularne, adresowane do szerokiej publiki, to stanowczo nie wypada. Trąci arogancją, brakiem kultury i szacunku dla własnego języka. Jeśli byłby to artykuł stricte branżowy to uważam, że "samojebka" jako zamiennik selfie byłaby OK - bo każdy jest z tym słowem obyty - oczywiście zakładając, że masz na myśli tak naprawdę negatywny wydźwięk samego zjawiska. Np do MpK bym się nie bał tak w tekście napisać...
  • Redaktor Patryk Pallus uzupełnia: póki występuje w tym słowie część uznawana za niecenzuralną to się nie przyjmie, ktoś musiałby zadecydować, że to nie jest brzydkie słowo, inaczej w telewizji tego nie usłyszysz.
  • Na koniec Damian Moskalski, który napisał:  trudno szukać odpowiedników "na siłę", bo wydaje mi się, że proces rozwoju języka wynika z naturalnie powstających trendów. Samojebka nie jest najpiękniejszym określeniem i ma wulgarne konotacje, ale świetnie oddaje klimat selfie. Osobiście kojarzy mi się zwyczajnie z masturbacją, czyli robieniem sobie dobrze i pewnie stąd oparcie na słowie "jebać" pasuje tutaj jak ulał.
Gustowne wideo od Patryka Pallusa :-)




Wszystkim dziękuję za opinie!
Żródło: mój Facebook / mój Twitter / Mój LinkedIN


Jeżeli nie ma Cię w opiniach - zostaw komentarz!


Mikołaj Nowak

czwartek, 26 czerwca 2014

Bloger w aspektach marketingowych. Co go wyróżnia, a co gubi?

Część pierwsza: bloger w aspektach marketingowych i wizerunkowych

Jeżeli ktoś lubi pisać i ma talent to odniesie sukces. Lecz "bloger" to dziś termin zarezerwowany nie tylko dla sieciowych pisarzy. Dzisiejszy bloger to twórca, który zwraca uwagę tłumu. To showman sieci, aktor na deskach internetowego teatru. 

Bo często sens w blogerskich notkach dostrzeżesz dopiero wtedy, gdy ich autor wróci do domu ze ścianki, i napisze coś szczerego. Coś bez make-upu.


Dziś na sukces blogera składa się kilka atrybutów:

  • umiejętność prezentacji tekstów, zdjęć, hobby,
  • szybkie reakcje, czyli pisanie o sprawach bieżących,
  • charyzma blogerska, umiejętność prowadzenia tłumu,
  • poruszanie tematów trudnych, odwaga cywilna,
  • opcjonalnie: notoryczne krytykowanie mediów tradycyjnych.
Jest także coś, z czego top blogerzy kompletnie nie zdają sobie sprawy.
W marketingu funkcjonuje termin "unique sales proposition".

Czynnik USP jest szczególnie ważny, gdyż na jego podstawie identyfikujemy markę z pakietem korzyści lub cech. Mówią "Apple" - myślisz "precyzja"; mówią "Volvo" - myślisz "bezpieczeństwo". To atrybuty, na które marka pracowała przez lata.

Zgodnie z ideą personal brandingu każdy top bloger jest marką, ale:

  • mówią "Kominek", myślisz "hejting",
  • mówią "Ogiński" - myślisz "afera tatarowa"
  • mówią "Maffashion" - myślisz "piękno i moda",
  • mówią "Jessica Mercedes" - myślisz "buta, arogancja, wywyższanie się" - zwróć uwagę na kontrast. Obie blogerki piszą o modzie. 
Darek Pala "one paint rules"

Im mniej zasad, tym lepiej. Blogowe kontrasty. 

Niestety, blogerzy nie zdają sobie sprawy z mocy swoich zachowań. Mało wiedzą też o istocie budowania reputacji oraz późniejszych konsekwencjach dzisiejszych niedopatrzeń. Nie rozumieją tego, że gdy tylko w mediach plotkarskich przyjdzie sezon ogórkowy to ich nieprzemyślane czyny i słowa będą brylować w szambie absurdu. Jednak to autoszkalowanie w przypadku cytowanych blogerów.

Nadal wydaje im się, że są za firewallem internetu. Często, że są bezkarni, więc mogą być bezkompromisowi. Jednak "czuć się", a "realnie być" to różnica.
Wspomniana już Jessica Mercedes najpewniej nie ma pojęcia o tym dlaczego jest uwielbiana przez media plotkarskie. Kochają ją? Bynajmniej.
Chodzi o dziesiątki, może setki, tysięcy złotych, które tworzą - ot tak - jej nieprzemyślane wypowiedzi. Gdyby tak nie było, to portale plotkarskie nie cytowałyby ludzi sieci. A robią to, bo słowa te często są kontrowersyjne. A kontrowersje to odsłony. A odsłony to pieniądze...
Także droga "JeMerced", pomyśl dwukrotnie zanim cokolwiek powiesz / opublikujesz. Bo powiększasz kieszeń kogoś, dla kogo jesteś tylko pozornie ważna.

Zaś Kominka nie cytują praktycznie żadne media. Jego wizerunek rozmył się na tle innych blogerów. Choć dziś ten pełen kontrastów bloger ma wielką siłę przebicia. Niestety, w dzisiejszej blogosferze jest blady i nieszczególny. Koleżanki prezentujące fatałaszki i wygadujące bzdury wyprzedzają go w ukochanych przez niego statystykach o lata świetlne.
Jest jednak nadzieja - Kominek wykrył w blogosferze lifestyle'owej niszę i napisał dwie notki o "aferze podsłuchowej". Tym szokował środowisko. Pod publikę uformowane wnioski są taniej jakości sztuką blogerską, ale Kominek wie, że to co angażuje w mediach tradycyjnych - tym bardziej zaangażuje na blogu. A statystyki wieźć trzeba, reklamodawcy za sam tekst się nie skuszą. Jak widać nawet dwie książki nie uczyniły z niego męskiego-blogerskiego odpowiednika J.K. Rowling. 


Czysta magia: kto - wśród blogerów - najlepiej buduje swój wizerunek?

Konsekwentnie i profesjonalnie - Maffashion. Bez dwóch zdań.
Julia "Maffashion" Kuczyńska ma albo dobrych doradców wizerunkowych, albo naturalny talent marketingowy. Oczywiście nie obyło się bez drobnych wpadek. Jednak całość jej wizerunku jest na poziomie amerykańskich gwiazd POP w mediach społecznościowych.
Każde zdjęcie jest starannie wyselekcjonowane, a ona oszczędna w słowach. W Maffashion materializuje się kwintesencja tzw. "blogerki modowej" umiejętnie wyznaczającej trendy. 
Efekty są, dziś Julia jest prawdziwą gwiazdą. Odebrała zainteresowanie mediów osobom, które są w polskim show businessie znacznie dłużej. Wzbudza zazdrość celebrytów.


Ćwiczenie: 

Czy znasz blogera, w przypadku którego  pomyślisz "jakość"?
Wklej mi proszę linka do jego bloga w komentarzu - chętnie poczytam.

Reasumując: sławni (uściślijmy: w sieci) blogerzy nieumiejętnie zarządzają kapitałem reputacji osobistej. (Wyjątkiem jest Maff) To paradoks, gdyż wydawałoby się, że znają najlepiej jej zasady. Nadrzędną jest "co raz wejdzie do Internetu, już nigdy z niego nie wyjdzie". Mimo wszystko popełniają elementarne błędy w procesie budowania marki osobistej.
Na sprawę trzeba spojrzeć obiektywnie - to młodzi ludzie. Można ich bronić tym, że uczą się na błędach. Ale chyba zgodzisz się z tym, że powinni już umieć całkiem sporo?

fot. Darek Pala PaintINGS

Część druga: co gubi sławnego blogera?

Pełen obraz wad. Subiektywnie.

Po pierwsze to, że najczęściej jego USP nie jest tym, z czym chciałby być kojarzony.
Poważny błąd. Samo skojarzenie z "bloger" jest tyle samo warte z "człowiek". To dość oczywiste. Zatem "mówisz Maffashion - myślisz bloger" świadczyłoby jedynie o nieudolności tejże blogerki. Istotniejsze jest to, co ją wyróżnia na tle innych.

Ale jest pełne spectrum cech, które "spinają" sławnych blogerów. Oto one:

  1. Przekonanie o wyższości jego zdania nad zdaniem innych.
    - brak dopuszczenia polemiki, niegotowość do dyskusji,
  2. Brak otwartości na krytykę, mylenie jej z tzw. hejtingiem,
    - często bardzo komfortowe. "Hejting" jest paletką, którą dziś można odbić wszystko, szczególnie to co niewygodne,
  3. Notoryczne umniejszanie innym "ja jestem blogerem, a ty? Co osiągnąłeś?!"
    - bycie blogerem to nie osiągnięcie! To czynność. Jakoś nie zauważyłem, by ktoś powiedział "jestem kierowcą, a ty co osiągnąłeś?!". Takim zachowaniem czynnik USP niebezpiecznie pozycjonuje słowo "obciach" przy funkcji "bloger",
  4. Niestosowanie się do zasady "think before you act"
    - Ogiński, Kominek, Jessica Mercedes... co ich łączy? Poznali surowe konsekwencje nieprzemyślanych, kompulsywnych zachowań i słów,
  5. Arogancja.
    - niestety, ale większość z top blogerów posiada tę wadę myśląc, że to coś, co ich wyróżnia. Nic bardziej mylnego! Wprawdzie Dr. House był świetnym arogantem, ale robić coś, czego blogerzy nie robią: pomagał i leczył. Oni jedynie szkodzą i niszczą wizerunek blogosfery. W tym swój. Choć zostawali twarzami kampanii społecznych to ich codzienność przeczy szczerości.

  6. Dopisz swoje.....................
Nie powiem "jaki kraj, taka blogosfera", bo nasza to kraina emocji i kontrastów.
Problem w tym, że więcej w niej trolli niż dobrych wróżek.



Mikołaj Nowak

"Smutny autobus" jak Joker Heata Ledgera. Pokazuje naiwność społeczeństwa.

Emocje. Sympatia. Brak porozumienia na linii MSW - odbiorca?
Czy tzw. message tej kampanii jest tak trudny do odczytania? - to typowe zarzuty kojarzone od kilku dni z nowym dziełem K2 Internet. 


Od momentu opublikowania spotu minęło kilka dni, powstało mnóstwo notek na blogach. Ale wg mnie żadna nie trafia w sedno. Nie wiem, czy moja trafi, bo co człowiek to punkt widzenia. Przeczytaj i oceń.


WYŁĄCZ EMOCJE. WŁĄCZ MYŚLENIE.

"Smutny autobus" to czarny charakter

Bardzo często jest tak, że ten czarny charakter wzbudza sympatię i emocje większe niż pozytywny.  I tego mi zabrakło w tym poście-oświadczeniu Łukasza Lewandowskiego, Wiceprezesa Zarządu K2 Internet, czyli agencji odpowiedzialnej za kreację.
Wprawdzie skupia się na liczbach, z którymi się nie dyskutuje, ale nie o to chodzi.
Gdyby liczby z raportów trafiały do społeczeństwa to nie trzeba byłoby tworzyć takich animacji.

Sympatię i podziw wzbudza Joker grany przez Heata Ledgera, choć mordował bez mrugnięcia okiem. Charyzma nadana tej postaci miała imponować widzowi, który - być może - od wejścia do kina był nastawiony do tej znanej postaci negatywnie.
Sympatię i respekt budzi mroczny Lord Vader. Dzieci pokochały "Bestię" z hitowej "Piękna i bestia" Disney'a. To wybrane przykłady z setek. 

Bardzo często czarny charakter wzbudza litość właśnie po to, by dzieło pokazało naiwność społeczeństwa. Mając na uwadze ten aspekt uważam, że najnowszy spot agencji reklamowej K2 dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych doskonale realizuje cel kampanii. W kwestii realnego zagrożenia nawet każda bajka może skończyć się źle. A, że życie to nie bajka...

Sympatię może wzbudzać "Smutny autobus", co nie znaczy, że działa w dobrej woli. Ot co. Całe rozwiązanie zagadki :)

Całość jest na tyle dobra, ze nawet ja poświęciłem jej dosłownie pięć minut. Wiecie, że nie piszę o byle czym.

Polecam spojrzeć na całość jeszcze raz właśnie z tej perspektywy:





Mikołaj Nowak

PS. nie chciałem imputować innym niezrozumienia, bo nie jestem jak inni blogerzy. Jedyne, o co proszę to poszerzenie perspektywy patrzenia :-) 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Blogosfera w technicznych aspektach. To nieistotne detale.

Czytasz blogi?
Zastanawiałeś się kiedyś, czego wymagasz od autorów? 

To bardzo ważnie, by wiedzieć czego się chce. By precyzować oczekiwania. 

Na tej podstawie selekcjonujesz treści. I nie zaśmiecasz mózgu. 

Często bloger jest jak noworodek. Reaguje euforią lub płaczem na nowe bodźce. 
Te emocje skrywają w sobie ich notki. To odróżnia je od suchych informacji prasowych. Emocje. 

Ale emocje mamy też my - odbiorcy. 
I mnie ogarnia złość, gdy blogerzy których czytam zaczynają pisać o technicznych aspektach prowadzenia swojego bloga. Nie interesuje mnie to, z czego jest on wykonany. Mam gdzieś to, czy jest "responsywny"; mam gdzieś też na jakiej platformie się znajduje. Skupiam się na ciekawych treściach.

Nie interesują mnie technikalia, bo to zbędne detale. Nie jestem rybą - mam głos.
Chcę komentować ciekawe treści, polemizować, odkrywać i czerpać z nich.



Darek Pala - ławice
Z blogerami trochę jest tak, że za bardzo skupiają się na technicznym opisywaniu swojej działalności.

To tak,  jakby pan Stefan każdemu klientowi opowiadał jak rozstawił stragan na bazarze. Podczas, gdy klienta interesuje tylko to, zęby kupić u niego włoszczyznę.

IMHO zdolny bloger skupia się na jakości. Nie technicznych aspektach swojej obecności w blogosferze. Po co pisać o tym, że zmieniło się layout i teraz jest "tak i taki" - przecież odbiorcy to zauważą. Skoro zauważą to i skomentują.
Po co raczyć ich pisaniem o swojej popularności? To też aspekt techniczny.


Choć obiektywnie rzecz biorąc ten sam bloger jest sam sobie mechanikiem, grafikiem i wydawcą. Jednak jego ekscytacja wynikająca z zaradności nie powinna przysłaniać jakości treści.

Ale gdy nie ma się o czym pisać...
Na bazrybiu i rak ryba.



Mikołaj Nowak



wtorek, 10 czerwca 2014

Kim jest bloger notorycznie reklamujący produkty?

- pisarzem?

Absolutnie. Pisarz to twórca treści wysokiej jakości. Proces twórczy poprzedza zaawansowany proces myślowy. Z założenia. 

Bloger koncentrujący swoje działania na pisaniu o produktach - w zamian za nie - to tandeciarz.
To forma literackiej prostytucji. Ma talent, ale gwałci go każdą notką. 

Tandeta, w tym przypadku, polega na musie napisania czegokolwiek. Stąd taki wysyp miernych treści w polskiej blogosferze. Blogerzy komercyjni nie rozumieją literatury. Trudno wymagać, by rozumieli coś, z czym nie mają nic wspólnego. Ich blogi to taśmy produkcyjne. A naiwny tłum to kupuje. 

W hipermarkecie blogów są tzw. hostessą serkową; naganiaczem, który ma za zadanie zwrócenie uwagi. I zachęcenie do degustacji. Niestety. Większość z tych rzeczy jest niesmaczna. 

Mógłbym wyzywać blogerów komercyjnych od literackich błaznów. Ale ich należy izolować od słowa "literatura", zamiast zestawiać niebezpiecznie blisko. 

Recenzent przynajmniej pisze prawdę - na tym polega jego zawód. Spójrz, ilu osobom naraził się Tomek Raczek miażdżąc "Kac Wawa". Ale u ilu zyskał... Moc w ludziach, których nie da się przekupić. W strażnikach jakości. 
Czy znasz blogera, który otrzymał produkty i napisał o nich niepochlebnie? Taka decyzja to bat na kontrakty. 

A bloger komercyjny? Paradoks szczerości. Niby subiektywna forma, a faktura wystawiona. I jeszcze to nieznośne uzurpowanie sobie prawa do bycia pisarzem, sieciowym wieszczem, któremu szacunek jest należny. 
Ale szczytem hipokryzji jest ich wypowiadanie się o szkodliwości tematów zastępczych w mediach tradycyjnych. 

Nie ufam blogerom, którzy mają ofertę. 
To tak, jakbyś w książce - co kilka kartek - napotykał strony z reklamami. To ohydne. 

Mój gatunek to pastisz. 
Większość blogerów nazywa to "hejtem". 
Drogie hostessy przed klawiaturami, czas zapoznać się z definicją. 

Mikołaj





sobota, 7 czerwca 2014

Logika obrońców praw zwierząt?

Kocham zwierzęta! 
Jest to miłość nieodwołalna. Jednak uczucie fanatyczne zawsze sprowadzi racjonalizm na zły tor. I kraksa. 

Od pewnego czasu Obrońcy praw zwierząt bojkotują wykorzystywanie zwierzaków przez Policję. Wg Nich już sam fakt obecności psa lub konia na służbie, jest elementem zniewolenia. Argument: zwierzę nie ma wyboru...

Problem tkwi w tym, że nawet gdyby go miało, i wybrało życie na wolności, to w miejskiej dżungli... Sami wiecie. Prędzej, czy później pies trafi do schroniska, o ile wcześniej nie zginie na drodze, lub z głodu.
Jednocześnie ci sami obrońcy praw zwierząt apelują o to, by adoptować psy. A jaki wybór ma pies, który dziesięć godzin spędza w bloku, śpiąc na dywanie? I czekając, aż ktoś go wyprowadzi? Oczywiście po pracy. A w niej może się wydłużyć. 

Abstrahując od powyższych, Szanowni Obrońcy zapominają też o tym, że gdyby nie psy policyjne to terroryści podkładaliby ładunki, gdzie się da. Do tego pies-funkcjonariusz jest postrachem przemytników.
Zwierzęta są traktowane w Policji doskonale; każdy ma swojego opiekuna i warunki sprzyjające. Oczywistym jest, że pupile są szkolone, a treningi niełatwe. W końcu to Policja. Ale owczarek niemiecki raczej nie jest maskotką-przytulakiem, bo ma tremperament. To nie york. 
Koń wyścigowy także będzie niezadowolony z wiecznego stania na łące i wcinania trawy. Bo w DNA ma bieg... I adrenalinę. 
Rozumiem, żeby jeszcze zwierzęta w Policji traktowane były niehumanitarne. I niech to będzie regułą. Sporadycznie zdarzy się przypadek przemęczenia zwierzaka. I od razu afera! Ale jest to nieprzyjemny wyjątek od reguły, błąd ludzki. 

Słowo klucz to "paranoja"?
Bo jak można twierdzić, że zadbany, piękny, lśniący koń policyjny jest wykorzystywany? Jak można oczekiwać zwolnienia ze służby psów, które są integralnym elementem zabezpieczenia kazdego terenu? I nas na tym terenie! Pies to funkcjonariusz na czterech łapach. Tak samo koń. Te zwierzęta pracują, spełniają się. I dostają za to zapłatę w formie opieki i karmy. W formie miłości opiekuna. Wybaczcie drodzy obrońcy, ale pieniędzy nie dostają. Podejrzewam, że nawet gdyby dostawały to niespecjalnie wiedziałaby co z nimi zrobić. 

Ciekawostka: 
Ostatnio Stowarzyszenie Empatia prosiło o lajki każdego, kto jest przeciw wykorzystywaniu zwierząt w Policji. 
Jednak ja - na ich miejscu - poprosiłbym o lajki każdego, kto jest za przemytem narkotyków i podkładaniem wszędzie bomb. Efekt ten sam! Tylko z innej perspektywy. 
Może niewidomym też zakazać posiadania szkolonych labradorów? I skazać ich na większe kalectwo? Może odwołać Bernardyny, Wodołazy i psy pasterskie? Ironie tak tanie, jak argumenty za zniewoleniem zwierząt! 
Perspektywa...


Zdjęcie pochodzi z facebookowej strony Stowarzyszenia Empatia.
Odnosi się do artykułu, z którym możecie się zapoznać klikając tutaj.

Bo dla jednego szklanka jest w połowie pełna, dla drugiego w połowie pusta. 
Szanownym Obrońcom proponuję zająć się TYLKO SKRAJNYMI przypadkami. 
Rozkładane energii w tak nieumiejętny i irracjonalny sposób skutkuje ograniczeniem zaufania, posądzeniem o fanatyzm i m.in. takimi notkami. 

Mikołaj

#Recenzja: DESPERATKI / SET IT OFF (1996)

Mocny | Zbuntowany | Bezprecedensowy 
*****

"Brak perspektyw, brak marzeń. Brak korekty" - nawijał Jędker w kwintesencji rapowego kawałka od WWO - "W Wyjątkowych okolicznościach".I taki właśnie jest film SET IT OFF. Dla wielu będzie kwintesencją. To czysty - zamknięty na DVD - bunt. To slalom dobra ze złem w formie driftu po torze emocji widza. 

> To Seks w Wielkim Mieście z piekła rodem. Cztery przyjaciółki. Zżyte, jak Carrie i jej banda. Ale biedne. Jak kościelna mysz. Z każdą chwilą bardziej dostają od życia. Za nic...

> To moja recepta na kiepski nastrój. 
Włączam go tylko wtedy, gdy stanie się coś wyjątkowo przygnębiającego. Włączam go po to, żeby docenić swoje życie.
Choć kręcony w nieznanych mi realiach. Wiem, że szczery. I na pewno inspirowany nieszczęściem getta ameryki z lat dziewięćdziesiątych. 

W tym obrazie zamknięta została magia... miłości, przyjaźni i kompletnej desperacji. 
Kwartet niebanalnych osobowości mówi "dość!" grającej im na nosie rzeczywistości.
Mają dość systemu. Mają dość niesprawiedliwości. Mają dość wszystkiego.


Rzadko to się udaje, ale polski tytuł "Desperatki" dosłownie oddaje klimat.
Pierwszy raz obejrzałem ten film kilkanaście lat temu. Na Polsacie. Szukałem go latami; stale umykał. Choć ścieżka dźwiękowa osiągnęła większy sukces. Włącz i czytaj dalej:




Założę się, że kojarzysz.


Najbardziej podoba mi się zróżnicowanie charakterologiczne postaci. Potem fabuła. Potem muzyka. A potem moje refleksje.
Cztery bohaterki - cztery skrajnie różne postaci. Ale każda ma coś do powiedzenia.
Łączy je niesamowita przyjaźń. Ich życie to getto, które codziennie życie rysuje pazurami obrazy ich marzeń. Dosłowny brak perspektyw, brak marzeń.

I wtedy biorą korektę na to, że pieniądze można zdobyć w łatwy sposób: wystarczy okraść bank! 


Desperatki: Cleo, Tisean, Frankie i Stony



To film o tym, jak:
  • stoczyć się,
  • docenić przyjaźń,
  • zrobić coś głupiego,
  • wszystko totalnie spieprzyć.

I nie zmienimy tego, że takie produkcje przywracają harmonię.
Nakazują nam skupić się na tym, co w życiu jest naprawdę ważne.

Gorąco polecam.
A na koniec coś właśnie z tej produkcji. Coś co przeszywa zahaczając nieznośnie o serce. A potem nie daje spokoju:



Mikołaj

piątek, 6 czerwca 2014

Social Media: test pięćdziesięciu obserwowanych: 50 > 500

W epoce mediów społecznościowych jesteśmy atakowani informacjami. Chyba zgodzisz się ze mną, że jest ich za dużo?
Taki napalm ma nieprzyjemne konsekwencje. Twój mózg - choć pojemny -  może mieć problem z sortowaniem danych. Jest na to lekarstwo - redukuj  dostawców.



Test pięćdziesięciu obserwowanych:
50 > 500

Kto lepiej zadba o Twój umysł, jak nie ty sam? 


Miejsce: Twitter | Misja: Redukcja | Cel: Jakość i świeży umysł

Jest to platforma idealna do takich zadań z uwagi na swoją specyfikę.
 Informacje dodawane są tam wg klucza "krótko, zwięźle i na temat". Na innych - stricte social networkingowych - platformach dominuje rozwlekłość.
Z uwagi na sporadyczną aktywność obserwuje mnie tam niewiele osób. Znacznie więcej śledzę ja. To mi nie pasowało :)
Z ponad pięciuset kanałów, które wówczas obserwowałem - odhaczyłem nieaktywne. Następnie określiłem informacje, które chciałbym otrzymywać. To stworzyło naturalny filtr - wydzieliłem tylko wartościowe. Finalnie pozostawiłem pięćdziesiąt różnych kanałów oferujących zróżnicowane tematycznie treści. To ustanowiło górną granicę - jeżeli dodaję nowy kanał do obserwowania to muszę wyrzucić któryś stary... To bardzo ważne! Inaczej burzy koncepcję.

Przeanalizowałem sektory tematyczne Twittera, które mnie interesują. To głównie polityka i ciekawostki. Czasami lifestyle. 
Często zaznaczamy bardzo wiele, by być na bieżąco z informacjami. Zapominamy jednak, że telewizje informacyjne na Twitterze podają w 99% te same informacje. Odhaczmy kilka i pozostawmy jeden, który pasuje nam najbardziej. To samo z politykami - po co chcemy być na bieżąco z tymi, którzy nas irytują? Energię, jaką mózg potrzebuje na to, by poradzić sobie z negatywnymi emocjami lepiej spożytkować na te pozytywne. Prawda?



Pięćdziesiąt wyselekcjonowanych kanałów jest w stanie zaoferować Ci lepsze treści niż pięćset. Jakość, nie ilość!

Gimnastyka mózgu: Social Media Tempomat


1. Wnikliwie przyjrzyj się wszystkim osobom i kanałom, które obserwujesz,
2. Określ te, które naprawdę Cię interesują,
3. Wyrzuć nieaktywne, pozbądź się tych, które Cię irytują,
4. Określ swoją górną granicę - moja to pięćdziesiąt, ale może Tobie potrzeba tylko trzydziestu?
5. Utrzymuj stałą "prędkość" pozyskiwania informacji.

Dwa tygodnie później...

Sprawdzam Twittera codziennie rano. Pięćdziesiąt starannie wyselekcjonowanych kanałów dostarcza mi dokładnie te treści, których szukam. Zakres to: polityka, ciekawostki, trochę lifestyle. Powiedziałbym, że w proporcjach: 60 - 30 - 10 procent. Jak dla mnie bomba!
Nie mam już śmietnika informacyjnego. Nie mam napalmu treści.
Z pewnością niebawem zacznę wdrażać zasadę Social Media Tempomatu także na inne platformy. Wyzwaniem okaże się Facebook, gdzie polubiłem tysiące stron. Jednak tamtejszy algorytm sortowania działa tak niestabilnie, że powinienem wziąć sprawy w swoje ręce. 


Ty też dbaj o swój mózg. Social Media to wirtualna machina, mająca realny wpływ na Twoje życie.

Obserwuj mnie na Twitterze: @MikolajNowak 



Mikołaj


Social: #50nie500