wtorek, 13 maja 2014

Brief.pl: 21:37 DO 10:15 – HEJTERZY EWOLUUJĄ. TO DOPIERO POCZĄTEK

---

2 kwietnia 2005 roku. Warszawa.

Spaceruję po Polu Mokotowskim. Godzina 21:37 – wyją syreny alarmowe na Pałacu Kultury i Nauki. Ich przeraźliwy dźwięk maluje konsternację na mojej twarzy. Na ulicach stają pojazdy. Stają ludzie.

Głowy w dół.

Zmarł Jan Paweł II – śmierć oczekiwana. Miliony rodaków składają zasłużony hołd. W końcu media spełniły wcześniej swoją rolę. Nagłówki grzmiały „Kryzys zdrowia Ojca Świętego”.

Wracam do domu, loguję się: mail, Gadu-Gadu, IRC, na którym zwykle dyskutowałem. Czytam komentarze. Pełne smutku i żalu. Pełne wspomnień. Kolejne dni mijają na retrospekcjach, w mediach i na powielaniu pięknej sceny z zamykającą się na trumnie Wojtyłły księgą. Luki w kanałach wypełnia analiza: to znak? (Od Boga?) To wiatr?

Mijają dni. Codziennie wracam do domu i powtarzam czynności: mail, GG, IRC.


27 kwietnia 2014 roku.

Ten dzień spędzam w pracy. Kanonizacja Jana Pawła II i Jana XXIII. Relacje i wydania z miejsca zdarzeń. Znów wraca smutek i żal. Wracają wspomnienia.

Loguję się, ale wygląda to inaczej niż prawie dekadę temu: Gmail & Google+, Facebook, Twitter, Instagram. Czytam komentarze. Mnóstwo komentarzy. Negatywnych.

Obrywają media, dostaje się – już świętemu – Janowi Pawłowi II. Za to, że przez niego ludzie nie dowiedzą się, co stało się na świecie. Za to, że większość redakcji dzienników TV poświęciły wydania kanonizacji. „A co nas interesuje jakaś kanonizacja? Chcemy innych informacji!” – rzucają dziarsko (zrozumiałbym odciętych od świata i skazanych jedynie na telewizję…). Abstrahując od mediów – hektolitry jadu wylane zostały na tych, którzy pisali „to tylko jeden dzień…” To była podstawa do kolejnych ataków, bo - według „hejtera” – niezgodność poglądowa jest wyzwaniem.

Kiedyś tworzenie opinii było procesem poprzedzonym refleksją, zbieraniem danych i operowaniem faktami. Dziś jest kompulsywnym odruchem. Szacunek do Jana Pawła II mieli nawet wyznawcy innych religii, a dziś nie umie go w sobie wykrzesać potężna grupa rodaków. To przykre. Nienawiść, nawet w wirtualnej przestrzeni, jest realnym problemem! Mowa nienawiści w sieci, narastający chrystianofobizm. Chcemy takich mediów społecznościowych? Są odbiciem społeczeństwa - więc kim jesteśmy? Dewaluując szacunek i eskalując odwagę?

Jeżeli będziemy bierni, jeżeli nie powstaną kampanie, powstrzymujące sieciową nienawiść, problem będzie narastał. Obojętność jest gorsza od maltretowania.

Jan Paweł II
Darek Pala www.darekpala.com

Credits:
Tekst: Mikołaj Nowak
Wydawca: Brief.pl
Ilustracja: Darek Pala
Korekta: Marta Chalimoniuk-Nowak

czwartek, 8 maja 2014

10/10: Mikołaj Nowak rozmawia z Michałem Zgutką, inicjatorem Cała Polska Czyta Dziennikarzom

Znamy się od wielu lat. Ale nie dlatego chciałem, abyście i Wy go poznali.
Michał to niesamowicie skromny człowiek. I stoi za nim coś wielkiego... jest cichym postrachem każdej redakcji / newsroomu, a nawet dziennikarza w kraju.



Michał Zgutka
Przed Wami inicjator Cała Polska Czyta Dziennikarzom w #10na10:


"bez głębszej analizy czy strategii..."


Dzień pierwszy.
Mikołaj Nowak: Michał, "Cała Polska Czyta Dziennikarzom" to mania poprawiania, czy pastisz?
Michał Zgutka: Mania poprawiania? Nie, to sam projekt stał się naszą - moją i współodpowiedzialnego za całe zamieszanie Tomasza Pijarczyka - manią. Pastisz? 
Też nie do końca. Zbyt wiele zbyt różnych pomysłów mamy na rozwój CPCD, bym skusił się na taką klasyfikację efektów ostatnich dwóch lat pracy. Choć przyznam, że ciekawi mnie, jak na to pytanie odpowiedzieliby nasi sympatycy. To byłaby cenna wiedza.


Widzisz Mikołaj, CPCD to pomysł wprowadzony w życie spontanicznie, bez głębszej analizy czy strategii. Impuls, prosta idea, reakcja. Tak się zaczęło. Dziś wygląda to zupełnie inaczej: działamy według ściśle określonych kryteriów, starannie selekcjonujemy publikowane materiały i pilnujemy rozwoju na każdej płaszczyźnie. Dbamy nie tylko o treść, ale i o formę. Planujemy kolejne kroki, wychodzimy z inicjatywą i, jak zwykliśmy mawiać między sobą, czytamy dalej. Z pozoru to tylko niewinne wyłapywanie baboli, w praktyce - mnóstwo przyjemnej pracy. Nie zawsze łatwej, często wymagającej - zawsze jednak wdzięcznej oraz takiej, która daje satysfakcję. I tym jest Cała Polska czyta dziennikarzom.

Dzień drugi.
MN: W 3/4 poprzedniej wypowiedzi nie masz wrażenia, że brzmisz jak korporacja? Jak Onet, z którego chciałeś uciec? Kryteria, selekcja, pilnowanie... Tych, którzy się nie pilnują.
MZ: Jak korporacja? W znaczeniu słownikowym - czemu nie. W znaczeniu potocznym - już niekoniecznie. "Kryteria, selekcja, pilnowanie" to składowe naszej jakości. To dbałość o wizerunek i dawanie naszym odbiorcom pewności, że zawsze, gdy odwiedzą nasz profil w dowolnym serwisie społecznościowym, będzie on utrzymany na odpowiednim poziomie. 
My po prostu poważnie traktujemy całe to przedsięwzięcie. Ogarniamy je na wielu płaszczyznach jednocześnie - ale nadal we dwóch. Trudno w taki układ wepchnąć korporację. Nie po drodze nam z brifami, asapami, dedlajnami czy prezentacjami. Patrzymy na całość naszego projektu szerzej niż przez pryzmat excelowych tabelek. I wierz mi Miko: setnie się przy tym bawimy. A praca nad jakością i wizerunkiem nie jest tożsama z uprawianiem korporacyjnego stylu. I Onet nie ma tu nic do rzeczy.

Zresztą to trochę nieuczciwa retoryka. Pracowałem w Onecie, wówczas w dziale windykacji. Nie chciałem uciec. Szukałem nowych - innych - wyzwań, nowych - innych - rzeczy do nauki. Byłem szczawikiem; wiedziałem, że mogę sobie jeszcze pozwolić na zmianę branży. 
Sam Onet dał mi wiele a spędzone tam trzy lata wspominam bardzo dobrze. I nie ukrywam, z rozrzewnieniem myślę o tym okresie. Serio.

Dzień trzeci.
MN: Jakość i dbałość. Zastanawia mnie "nieuczciwa retoryka"... Czy według Ciebie uczciwe jest pisanie ludziom, że stwierdzenie "AMERYKAŃSKI DESANT" jest błędem stacji newsowych? Przecież mowa o przyjeździe jednostki desantowej. Nie masz wrażenia, że czasem działacie na wyrost i zwyczajnie - mówiąc kolokwialnie - czepiacie się?


www.twitter.com/dziennikarzom
MZ: Zwróć uwagę na to, jakiego określenia użyłeś Ty, a jakie pojawiło się na paskach. "Przyjazd jednostki desantowej" - i wszystko jasne. Prosty, jednoznaczny i zupełnie poprawny komunikat. "Amerykański desant" pozostawia już niedopowiedzenie, pewną nieścisłość. Owszem, można to nazwać czepianiem się - szanuję taką opinię; uważam wręcz, że posądzenia o czepianie się są wpisane w ideę CPCD. Jesteśmy otwarci na konstruktywną krytykę ale też zawsze robimy wszystko, by zminimalizować ryzyko pomyłki. Fakt, nad tematem desantu siedzieliśmy dłużej. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z potocznego znaczenia tego słowa - uznaliśmy jednak, że wykładnią powinien być słownik. Sprawdziliśmy w kilku różnych źródłach i każde potwierdzało to, co chcieliśmy przekazać publikacją "desantu". Dlatego też, odpowiadając na Twoje pytanie, uważam, że jak najbardziej jesteśmy uczciwi w tym, co robimy.

Upublicznianymi przez nas błędami poruszamy wiele kwestii językowych - jedne są jednoznaczne i oczywiste, inne niekoniecznie. Nad tymi drugimi dyskutujemy, sprawdzamy, szukamy potwierdzeń. Nie raz i nie dwa zdarzyło się, że mimo intensywnych poszukiwań nadal nie byliśmy pewni błędu - i w takich przypadkach odpuszczamy. Czujemy odpowiedzialność Miko. Dlatego tak ważne dla nas jest to, co wcześniej uznałeś za przejaw korporacyjnego stylu. Wytykanie wpadek i upominanie innych nie jest tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. 

Z pewnym dziennikarzem poróżniliśmy się jakiś czas temu w kwestii znaczenia słów "protestant" i "protestujący". On uważał, że pierwsze jest synonimem drugiego - my zaś twardo obstawaliśmy przy rozróżnieniu ich znaczeń. Do dziś nie osiągnęliśmy w tym temacie porozumienia. Ale takie właśnie dyskusje, wymiany opinii i wspólne wyjaśnianie kwestii spornych są szalenie ciekawe. Bierzemy pod uwagę własną omylność - nam również przytrafiło się kilka wpadek! Jeżeli ktoś solidnie udowodni nam błąd, nie mamy problemu z przyznaniem mu racji i przeproszeniem. To też są cenne doświadczenia.


Wpadki CPCD.
"Niewiele tego było - ale jednak"

Dzień czwarty.
MN: Litości, jest różnica między protestantem, a protestującym... 
Ale skupmy się na wpadkach. Waszych. Dla odmiany. Opowiedz o nich więcej :) 
MZ: Niewiele tego było - ale jednak. Dwa lata temu, 16 października, na dzień przed moimi urodzinami. Codzienna prasówka, nic nadzwyczajnego. Wpadam na tekst zatytułowany "Michał Listkiewicz: tonący Lato brzydko się chwyta". W własnej, niezmąconej myślą niewiedzy odbieram nagłówek jako niezłą wpadkę - albo redakcji, albo samego Listkiewicza. Szybko, szybko, bez zastanowienia, zrzut ekranu, podkreślenie, kadrowanie, publikacja... Ciach, ciach, po robocie. 
WTEM! Fani błyskawicznie wyłapują mój błąd i chwilę później robi się gorąco.
Myślę sobie: coś tu nie gra. Sprawdzam - faktycznie, dałem plamę. Toż to nic innego, jak aforyzm Stanisława Jerzego Leca! Nie miałem wyboru - przyznałem się do błędu, przeprosiłem i zobowiązałem się do zakupu tomu aforyzmów Leca oraz dokładnej lektury. Teraz się z tego śmieję - ale to była dobra nauczka dla mnie. Dobry prezent na urodziny, polecam.


Druga wpadka przytrafiła nam się stosunkowo niedawno - w styczniu tego roku. Wpada nam w ręce zdjęcie z magazynu Cztery Kąty. A wiesz Miko, mamy słabość - przyznaję - do materiałów drukowanych. Tam nie można już niczego poprawić, masz jedną tylko szansę, by napisać tekst bezbłędnie. W tekście z Czterech Kątów czytamy tak: "Szybki prysznic z rana, relaksujący tusz przed snem (...)". Pierwsza myśl: hit! I to drukowany! Nic, tylko puszczać w eter. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Fani prędko sprowadzili nas na ziemię. Dziś już wiemy, że tusz to «prysznic, natrysk» a nie, jak założyliśmy, ortograficzny dziwoląg od "tuż". 

Mamy zasadę, że nie usuwamy naszych wpadek. Zostawiamy je na pamiątkę.
Być może coś tam jeszcze przez te dwa lata nam się przytrafiło, ale szczerze - nie pamiętam. Jak na blisko półtora tysiąca upublicznionych błędów (i pewnie dwa - a może i trzy - razy więcej tych, których nie publikujemy) - to, jak sądzę, niewiele.



Ciekawostką jest to, że czasami jesteśmy podpuszczani przez osoby nadsyłające nam swoje znaleziska. Dziś nie jest specjalną trudnością samemu spreparować jakiegoś babola. Wziąwszy pod uwagę fakt, że dla niektórych osób publikowane przez nas materiały ośmieszają konkretne redakcje lub nazwiska, czasami stajemy się celem swego rodzaju prowokacji. Tak było w przypadku zrzutu ekranu z wydania wiadomości w TVP Info, gdzie wypowiadał się prezydent Komorowski. Z kilku różnych źródeł otrzymaliśmy ten sam pasek: "Bronisław Komorowski | pełnomocnik prezydenta Rosji". Nie dajemy się nabrać na takie numery; dotarliśmy do prawdziwego materiału i odkryliśmy pewne nieścisłości...
Zawsze sprawdzamy autentyczność nadsyłanych materiałów - docieramy do źródła i gdy tylko jest to możliwe (a w zdecydowanej większości przypadków jest), robimy własne zdjęcia czy zrzuty ekranu. Przegrzebujemy Internet, wszelkimi znanymi sposobami dokopujemy się do konkretnych publikacji, gdy taka jest potrzeba - biegniemy do kiosku po konkretny numer konkretnego czasopisma. Jeszcze nigdy nikt nam nie zarzucił publikacji zmontowanego błędu.


Dzień piaty.
MN: Zatem działacie jak w zegarku. Może czasem aż za bardzo :) Powiedz mi proszę, co myślisz o zachowaniu dziennikarzy i polityków na Twitterze? Czy Twoim zdaniem dziennikarz po pracy nie jest już dziennikarzem? To samo tyczy się polityków. 
MZ: Politycy i dziennikarze na Twitterze? Są rozkoszni! Jestem po uszy zakochany w samym serwisie i niesamowicie podoba mi się aktywność zarówno jednych jak i drugich.
Niektórzy zdają się nie luzować krawatów po pracy i publikują dalej w stricte informacyjnym tonie - dzięki czemu Twitter stał się niesamowitym źródłem szybkiej informacji.
Doskonałym tego przykładem jest kwestia wydarzeń z ostatnich miesięcy na Ukrainie.

Z zapartym tchem śledziłem niektóre osoby tylko dlatego, że niemal całą dobę tweetowały lub podawały dalej informacje o rozwoju sytuacji. Bez jadu, wbijania szpil, bez próby jakiejkolwiek oceny. Dzięki tym osobom wiedziałem wcześniej o bieżących wydarzeniach z Ukrainy, niż bym mógł dowiedzieć się z rodzimych serwisów informacyjnych.

Są też tacy, którzy do tego medium podchodzą z większym dystansem. Wchodzą w polemiki, żartują, niekiedy prowokują. I takich również cenię. Twitter pod tym względem jest rewelacyjny: w żadnym innym serwisie społecznościowym użytkownik nie dostaje do rąk możliwości tak bezpośredniej, szybkiej komunikacji z tyloma osobistościami tych dwóch grup zawodowych. Możliwość wejścia w dyskusję lub zaczepienia któregoś z dziennikarzy lub polityków jest fascynująca! Oczywiście, daje to też pole do popisu dla tych, którzy lubią podszywać się pod innych - ale zebrane w serwisie grupy w większości przypadków szybko takie fałszywki weryfikują. W jakiej innej sytuacji mógłbym, jako @michalzgutka, wymienić z Przemkiem Pająkiem i Stanisławem Stanuchem szybkie opinie na temat pewnej wypowiedzi Tomasza Machały? Gdzie indziej, już jako @dziennikarzom, miałbym możliwość polemiki ze Zbigniewem Hołdysem na temat samej idei wytykania błędów dziennikarzom? Gdzie indziej mógłbym pożartować z jakiejś wpadki z Erykiem Mistewiczem? To jest właśnie magia Twittera.

Sposób, w jaki dziennikarze i politycy korzystają z Twittera moim zdaniem znacząco wpływa na ich wizerunek - przynajmniej w gronie osób aktywnie ćwierkających. Jednocześnie rzeczywistość szybko pokazuje, czy ktoś dołączył do grona tłiteraków na fali jakiejś mody, czy też z rzeczywistej chęci i z predyspozycjami do mikroblogowania. Bo i nie każdy, co nie powinno być specjalną ujmą, ćwierkać potrafi. "Witam serdecznie" jednego z polityków zna już chyba każdy.

Dzień szósty.
MN: Właśnie, sieć nie lubi zwrotów grzecznościowych: "witam serdecznie", "szanowny panie", "drodzy"... Dlaczego tak się dzieje? To opozycja to wymuszonej w mediach czesto iluzji kultury?
MZ: Wiesz, zastanawiam się nad tym, co stwierdziłeś - to niesamowicie interesująca kwestia! Zastanawiam się, czy rzeczywiście jest tak, że sieć nie przepada za zwrotami grzecznościowymi. Zobacz: dziesiątki, setki osób zaczyna dzień od niewiele mówiącego "Dzień dobry" na Twitterze, ba, samemu mi się to zdarza - i nikomu to nie szkodzi. Sprawa "Witam serdecznie" (już 4 lata! 28 kwietnia 2010!) ma szerszy kontekst - zawiera w sobie znamię braku autentyczności danego polityka, braku czasu na Twittera - czy braku czasu na komunikację w ogóle. I moim zdaniem to jest właśnie sedno tego, czego sieć nie lubi.

Jestem zdania, że media społecznościowe mają za zadanie nie tylko budować wizerunek, ale także - a może przede wszystkim? - skracać dystans. Co ważne, a co często chyba traktuje się jako frazes, tak w budowie wizerunku jak i skracaniu dystansu ważna jest kultura - ta osobista. Jej brak prędzej czy później wyjdzie na wierzch - czy to w studio telewizyjnym, czy na Twitterze. Pamiętasz wyznanie pewnego posła, jakoby wolał "bzyknąć kozę, niż posłankę Pawłowicz"? Abstrahując od preferencji seksualnych i obiektów pożądania autora tej błyskotliwej myśli, czy też od sympatii i antypatii politycznych - co trzeba sobą reprezentować, by publicznie wyrazić się w ten sposób? Osobiście wolę mniej porywającą uprzejmość, niż budzące kontrowersje chamstwo. Wolę, by zwracano moją uwagę tematami i jakością prowadzonych dyskusji w sieci, niż bezmyślnym opluwaniem się.

Osobiście bardzo się cieszę, że są w sieci jeszcze miejsca, gdzie nie brakuje miejsca na kulturę - tak w tekstach, jak i dyskusji. Być może takich zakątków jest coraz mniej - co rzeczywiście by potwierdzało postawioną w Twoim pytaniu tezę - ale tym bardziej należy je doceniać. Jeżeli nie masz nic przeciw - wolę chwalić niż krytykować - wspomnę dla przykładu o Okruchach Kultury i samej osobie Gosi Rybakowskiej, założycielce tego malinowego chruśniaka. Może i nie czytuję blogów jako takich, może i nie mam wiele czasu, który mógłbym poświęcić na swobodną lekturę - ale to jest jedno z miejsc, które odwiedzam regularnie. Tyle myśli i spostrzeżeń, na które pozornie wielu osobom dziś brakuje czasu. Tyle kultury w pełnej okazałości - z szacunkiem dla języka, dla czytelników, koniec końców dla samych siebie - autorów. I to jest naprawdę piękne! Sama Gosia, poznałem ją na Twitterze, ma niespotykaną wręcz kulturę słowa i godną podziwu inteligencję. Bardzo szanuję to, co robi. W ogóle przepadam za ludźmi, którzy mają pasję. I to nie jest iluzja kultury - na takich miejscach właśnie staram się skupiać swoją uwagę. Tak chyba jest zdrowiej.

Dzień siódmy.
MN: 
Z pasją podchodzisz do tego projektu. Czuję to ja i poczuje każdy, kto czyta teraz tę rozmowę. Właśnie o to chodzi w #10na10. A gdyby dziś zgłosiło się do Ciebie jakieś duże wydawnictwo i powiedziało: kupujemy Was! Bierzemy Was i projekt, dajemy świetną kasę, ale... Nie macie prawa pokazywać pomyłek naszych tytułów. Załóżmy, że mocno potrzebujesz kasy. Co robisz?

MZ: W takiej formie - nie ma mowy, nie ma tematu. Oczywiście każda decyzja musi być podjęta przez nas jednogłośnie - zawsze, gdy tej jednomyślności brakuje, debatujemy dotąd, aż znajdziemy jakieś porozumienie. W tym konkretnym przypadku sądzę, że obydwaj z Tomaszem byśmy darowali sobie temat. Powiem tak: miło by było, gdyby po takim czasie projekt zaczął chociaż zarabiać sam na siebie, ale nie mamy też jakiegoś ciśnienia w tym kierunku. Poza CPCD każdy z nas ma swoje zajęcia, zobowiązania i źródła utrzymania. 

Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której - idąc określonym przez Ciebie scenariuszem - mielibyśmy faworyzować którąkolwiek z redakcji. Ani faworyzować, ani też upierdliwe gnębić. Jesteśmy otwarci na różnego rodzaju akcje, sami też na różne okazje planujemy różne rzeczy - ale wszystko to musi iść w zgodzie z główną ideą projektu. I to nie jest kwestia kwoty przelewu. To kwestia podejścia do sprawy: albo robimy to dalej dobrze, albo nie robimy tego w ogóle. 


"okolice Murzasichle wydają mi się najlepsze..."


Dzień ósmy.
MN: To mi się podoba. Albo jakość, albo wcale. W temacie jakości: która redakcja tworzy najmniej baboli?
MZ: Wiesz Miko, na to pytanie nie ma odpowiedzi. Niemożliwym jest ocenić, która redakcja tworzy najmniej lub najwięcej błędów - z prostej przyczyny. Jak bowiem zestawiać ze sobą redakcje ogólnopolskich serwisów internetowych z lokalnymi gazetkami? W przypadku tych pierwszych: tworzą one nieporównywalnie więcej treści, których i tak nie jesteśmy sprawdzić. 
Z kolei do tych drugich nie jesteśmy w stanie dotrzeć. Jak porównywać kwartalnik z tygodnikiem, internetowe wydanie lokalnego tygodnika z serwisem agencji informacyjnej?

By móc pokusić się o tego typu zestawienia, musielibyśmy na bieżąco monitorować wszystkie, dosłownie wszystkie treści pojawiające się w druku, telewizji, radio czy w internecie. 
Nawet gdyby tak się stało, metodologia takich badań byłaby mocno wątpliwa. A wskazanie najmniej lub najbardziej poprawnej redakcji bez rzetelnego badania byłoby niesprawiedliwe i krzywdzące. Dlatego unikamy odpowiedzi na takie pytania - ilości nadsyłanych nam baboli nie są zupełnie miarodajne. Uznaliśmy, że plebiscyty na Babole Miesiąca i Babole Roku, jako formy "wyróżnienia" redakcji są ciekawsze i bardziej uczciwe. Tu każdy ma szansę. 

Dzień dziewiąty.
MN: Bardzo dużo czasu poświęciliśmy Twojej pasji, mniej Tobie. Czas to zmienić. Kim na co dzień jest "postrach" dziennikarzy w kraju? Wymień proszę trzy ostatnio przeczytane książki i powiedz, czemu akurat te?
MZ: Mam nadzieję, że na tym pytaniu nie zanudzimy Twoich czytelników - bo i nie jestem, jak sądzę, wybitnie ciekawą osobowością. Na co dzień pracuję jako moderator w mediach społecznościowych. Gram w brydża, słucham polskiego jazzu - ze szczególnym uwielbieniem wszelkich projektów  Wojtka Mazolewskiego i Leszka Możdżera. Siwieję. Lubię wieś i tempo wiejskiego życia. Marzy mi się, by po pięćdziesiątce zamieszkać w górach - okolice Murzasichle wydają mi się najlepsze - i zostać kierowcą autobusu, którym bym rozwoził turystów po okolicach. Moja narzeczona, a wówczas już żona, prowadziłaby pensjonat, organizowała wystawy malarskie i hodowała gęsi, ja zaś spełniałbym się jako, jak ja to nazywam, autobusiarz. Wolne chwile - które kiedyś planuję mieć - poświęcałbym na kończenie rozpoczętej już powieści i na pisanie kolejnych.

Czytam zazwyczaj w trakcie codziennych podróży na linii dom - praca. Ponad wszystko miłuję klasykę literatury rosyjskiej; Mistrza i Małgorzatę czy Annę Kareninę czytam co kilka miesięcy. Może nie są to typowe książki - ale cenię wszystko, co wychodzi spod pióra Pawła Reszki. Jego relacjami z Ukrainy zaczytuję się niemal każdego dnia. Do tego Kapuściński, Mario Vargas Llosa i Gombrowicz. Nie gonię za nowościami, wolę sprawdzonych już autorów; takich, po których wiem, czego się spodziewać. Dlatego też z ostatnich kolejno: Mistrz i Małgorzata, Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki i rozpoczęte, choć czekające na wolniejsze dni Dzienniki Gombrowicza. W kolejce czekają również, teraz już zanudzę na pewno wszystkich, Pierre Bourdieu i Immanuel Kant. Po nich pewnie znowu Tołstoj lub Bułhakow.

Dzień ostatni.
MN: Czytelnicy, czujecie się znudzeni? Bo ja nie. Czas na ostatnie pytanie... Trudne. 

Gdybyś miał za zadanie usunąć z Flagi Polski jeden dowolny kolor i zastąpić go innym, to które barwy wybierzesz? Załóżmy, że odpowiedź "żadne" nie wchodzi w grę. 
MZ: Trudne pytanie, rzeczywiście. Szalenie lubię flagę Polski i prawdę mówiąc nigdy nie wyobrażałem sobie jej... innej. Żaden inny kolor nie przemawia do mnie w tym kontekście bardziej od pozostałych, wskazanie któregokolwiek byłoby mocno naciągane. Trochę ucieknę od konwencji pytania i zaproponuję inne rozwiązanie. Mam zmienić naszą flagę. I załóżmy, że odpowiedź "żadne" nie wchodzi w grę. Zaproponowałbym, i liczę, że nikt tego nie odbierze jako herezję, obraz Jacka Malczewskiego "Melancholia". Choć wybitnym znawcą sztuki nie jestem, to prace Malczewskiego bardzo lubię. Sama "Melancholia" najczęściej uznawana jest za swoiste podsumowanie trudnego dla nas stulecia. Ja zawsze, może błędnie - znawców sztuki proszę o wybaczenie, staram się jednak dostrzec w nim coś więcej; coś - na przekór! - optymistycznego, zwiastun końca tragicznych dekad. Na szczęście mamy je za sobą, naszemu pokoleniu nie jest dane doświadczać wydarzeń znanych z podręczników. 
Mamy fascynującą historię i powinniśmy o niej pamiętać - ale też wyciągać wnioski i z optymizmem patrzeć w przyszłość. Może i brzmi to jak frazes - ale patrzę wprzód z entuzjazmem i nadzieją, nie wykreślając z pamięci historii. Sam to praktykuję i wszystkim polecam. Każdy jest kowalem własnego losu - i w tym tkwią nieograniczone możliwości. OK, płynę, to znak, że pora kończyć.


"Melancholia"
Jacek Malczewski

#czytamydalej


MN: Bardzo dziękuję za rozmowę. Jak wrażenia? 
MZ: Miko, dziękuję za zaproszenie i możliwość wygadania się. Przed przystąpieniem do #10na10 przeczytałem poprzednie jego edycje; dotychczasowe rozmowy słusznie odbierane były za ciekawe. Czy z tą będzie podobnie - nie wiem. Z każdym pytaniem, takie mam wrażenie, szło nam lepiej i serdeczniej. Było mi naprawdę miło - tym bardziej, że pytania, a zarazem cała konstrukcja wywiadu, wymagały pewnego wysiłku, nie tolerowały lania wody. Serdeczne dzięki - i #czytamydalej :)


Rozmawiał Mikołaj Nowak
- - -


m.