środa, 23 kwietnia 2014

10/10: Mikołaj Nowak rozmawia z Michałem Sławińskim, pomysłodawcą i organizatorem Czwartków Social Media

Jestem fanem jego siły spokoju.
Steve Jobs widział w ludziach kretynów, albo geniuszy.
Gdybym nim był, powiedziałbym, że Michał Sławiński zmienia świat na lepsze. 



 "just think in 100 years no one will care"


Dzień pierwszy.
Mikołaj Nowak: Wybrałem Ciebie, bo obserwuję, i podoba mi się, trzeźwe podejście do wielu spraw. Powiedz, co Cię irytuje, i kiedy wybuchasz. Są takie momenty? 

Michał Sławiński: Jak najbardziej są! To, że w dyskusjach w sieci jestem odbierany jako spokojny i rozważny, to efekt częstego powstrzymywania się przed odpowiedzią, wzięcia kilku głębszych oddechów. Odejścia od komputera. Niestety w kontaktach poza siecią nie jest już tak łatwo i zdarza mi się powiedzieć kilka słów ostrzej. Ja mam taki problem, czego na szczęście w sieci nie widać, że mój ton głosu często wydaje się agresywny, atakujący, pomimo tego, że wcale nie chcę tak brzmieć. Pracuję nad tym, ale nie zawsze mi się jeszcze udaje.

Co mnie irytuje, kiedy wybucham? Sporo zjawisk i ludzkich działań mnie irytuje, ale wymienię kilka tych, które chyba najbardziej. Najczęściej brak racjonalnej reakcji na racjonalne 

i niepodważalne argumenty. Ludzkie zacietrzewienie, zafiksowanie się na swoim, nieumiejętność przyznania racji. Cenię ludzi, którzy w dyskusji dają się przekonać, przyznać "miałeś rację, myliłem się". Dziś to wyjątkowa rzadkość, bo taka reakcja jest traktowana jako porażka, a moim zdaniem jest na odwrót. Nie myli się tylko kamień na polu, każdemu zdarza się wypracować sobie mało trafną opinię na jakiś temat, spowodowaną nieprawdziwym zdaniem innych czy brakiem wiedzy o pewnych faktach. Pewnie, to nie jest łatwe, ale nic nam się nie zmniejszy, jak czasem przyznamy komuś, że miał rację. Lepsze to niż uparte trzymanie się błędu. Poza tym wkurza mnie coś, co nazwałbym "podwójnym standardem", to mnie naprawdę doprowadza do szału. Czyli sytuacja, w której np. ktoś znany w branży X krytykuje markę X, Y i Z za złe traktowanie klientów, niewłaściwe podejście, a kiedy przychodzi się jako klient do jego biznesu, spotyka się dokładnie to co krytykował. 
Dziś dużo osób kreuje swój wizerunek w sieci. Problem polega na tym, że często na kreacji się kończy, na manifestowaniu, bez prawdziwego działania. W tym kontekście niezwykle irytujące jest dla mnie poczucie wyjątkowości i potrzeby specjalnego traktowania np. przez blogerów, coś, co też określiłbym jako "podwójny standard". To są niby takie żarty, ktoś napisze na stronie na Facebooku telekomu, że nie ma zasięgu, pojawią się znajomi, którzy komentują w stylu "zróbcie to szybko, to bloger, zrobi Wam źle jak mu nie pomożecie". 
Żarty, nie żarty, ale moim zdaniem takie podejście, nawet wyrażane przez blogera czy influencera z przymrużeniem oka, jest żenujące i irytuje mnie niezwykle. 
Dobra, nie chcę dalej o tym mówić, bo zaczynam się wkurzać...


O co chodzi? Czytaj dalej :)

Dzień drugi.

MN: Marki wolą traktować specjalnie blogerów i influencerów obawiając się reperkusji z ich strony? Na tym polega siła internetu?
MS: Nie, to raczej rzadka motywacja marek. Jeśli się obawiają, to po prostu się do nich nie odzywają. Blogerzy i influencerzy stali się atrakcyjni, ponieważ, w dużej mierze dzięki mediom społecznościowym, dysponują sporym zasięgiem. Poza tym część z nich ma również swoją społeczność, osoby bardzo zainteresowane działaniami blogera/influencera, podatne na sugestie ze strony swojego "idola". Dla marek to prostsze, skorzystać z czyjejś popularności, zapłacić za rekomendację czy nawet zwyczajną wzmiankę. No i nie wygląda to jak reklama, a ludzie dziś coraz mniej reklamy lubią, więc trzeba robić wszystko, żeby udawać, że się nie reklamuje. Może to trochę upraszczam, ale w sumie tak to mniej więcej działa moim zdaniem. Także myślę, że Ci najbardziej zmanierowani, przekonani o swojej zajebistości, są najmniej atrakcyjni.

Siła internetu - jak się nad tym zastanowić, to siłą mogą być akcje, działania, dobre pomysły, sam internet jako taki, czy ma siłę? Jeśli ma, moim zdaniem największą jego siłą jest to, że mamy go pod ręką i to my go współtworzymy, a przynajmniej wybieramy, co sobie z jego bogactwa tłoczymy do głowy. Ta interaktywność, przepływ informacji między twórcą a odbiorcą. W mediach społecznościowych to widać najbardziej, najłatwiej to odczuć, a niestety ciągle są traktowane jak miejsce, w którym po prostu jest dużo ludzi zebranych w pewne grupy, sieć połączeń, do których można wysłać komunikat, nie oczekując odbioru. To jest prawdziwa moc, możliwość dialogu i kontaktu, poznania odbiorcy, zbudowania z nim relacji, przekonania go do siebie. Nigdy w historii marki nie miały takiej możliwości, na taką skalę, to chyba nadal wiele z nich mocno przerasta. Nie wiedzą, jak podejść i zagadać, trochę jak taki nieśmiały, pryszczaty nastolatek na szkolnej dyskotece, który to co chciałby powiedzieć manifestuje jaskrawym napisem na swoim t-shircie...


Dzień trzeci.

MN: Zostawmy już blogerów i influencerów. Skupimy się na istotniejszych sprawach. Może nawet na wydarzeniach bieżących. Gdybyś miał określić płeć Polski to byłaby...
MS: To mnie zaskoczyłeś takim pytaniem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale spróbuję odpowiedzieć zgodnie z tym, jaki obraz Polski kształtuje się w mojej głowie.
 Ja Polskę zdecydowanie widzę jako kobietę. Dorosłą, dojrzałą, ale jeszcze nie starą, jeszcze pełną energii i chęci do działania. Kobietę po wielu trudnych przejściach, emocjonalną, która uroni nad sobą czasem łzę, ale dzisiaj już mocno stąpającą po ziemi. Wydaje się, że wyszła na prostą. Wiele przeszła, wiele wycierpiała, co widać na jej obliczu, ale w jej oczach widać tę głębię, wynikającą z doświadczeń, trochę smutku, trochę mądrości. To co ważne, to że się nie poddała, walczyła o siebie. Nie było łatwo, ale dała radę, bo umie się zmobilizować w naprawdę trudnych sytuacjach. Ta pani jednak nie jest pozbawiona wad, co w przyszłości może na nią sprowadzić znowu kłopoty. W ogóle coś w niej jest takiego, że stale wplątuje się lub jest wplątywana w jakieś problemy. Nie umie przejść obojętnie obok pewnych spraw, pakuje się w dziwne akcje i wychodzi z nich najbardziej ze wszystkich poszkodowana.
 Poza tym ma problem sama ze sobą, kiedy patrzy w lustro, nie podoba się sobie, mówi, że jest brzydka. To skutkuje brakiem pewności siebie wśród innych. Niepotrzebnie, ponieważ jest postrzegana jako postać ciekawa, ważna, z którą warto rozmawiać. Może nie ze ścisłej śmietanki towarzyskiej, tam dominują mężczyźni, ale ma znaczenie. Zresztą śmietanka jest stara i trochę pase, a Polska jest naturalna, energiczna, pracuje i rozwija się. Jej wewnętrzne rozterki, brak wiary w swoje umiejętności nieco ją hamują. Jestem jednak pewien, że to się będzie zmieniać, że jest w stanie nad tym pracować. Ja tak widzę Polskę, jeśli spojrzeć na nią jak na osobę, z perspektywy płci.


Dzień czwarty.

MN: Jednak kobietą... À propos - prowadzisz bloga Sex in Ads - to bardzo ciekawa tematyka! Czy to jakkolwiek odzwierciedla Twój temperament? Skąd pomysł? Jesteś Blogerem?
MS: Seksualność w reklamie i w mediach zainteresowała mnie jeszcze podczas studiów w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych. Miałem tam wprowadzenie do seksuologii czy coś podobnego, zajęcia były bardzo ciekawe, a część przedmiotu poświęcona była właśnie temu, jak prezentowany jest seks w reklamie. Ponieważ reklama jako taka interesowała mnie od bardzo dawna, zacząłem o tym więcej czytać, szukać źródeł. W którymś momencie wpadłem na pomysł bloga - było to w 2009 roku. Dostrzegłem niszę, nikt wtedy nie pisał o tym zjawisku, stwierdziłem więc, że opisywanie i prezentowanie reklamy wykorzystujących seksualność i cielesność będzie fajnym tematem. To dosyć wąska "specjalizacja", raczej blog "Sex in Ads" nigdy nie będzie super popularny, mnie jednak ten temat interesuje, są też ludzie, którzy regularnie czytają i oglądają. Czy to ma związek z moim temperamentem?
 Nie sądzę, to po prostu mnie interesuje, to wszystko.

Blogerem nigdy się nie nazywałem i nie nazywam, prowadzę bloga, to wszystko.

 Gdybym na nim zarabiał, gdyby był moim głównym zajęciem, pewnie bym tak o sobie mówił. Wiem, do czego zmierzasz takim pytaniem, obserwuję Twoją krytykę środowiska blogerskiego. Często zgadzam się z Twoim zdaniem, być może dlatego nie mówię o sobie per "bloger". Ale warto o jednym pamiętać - blogerem jest po prostu ten, kto prowadzi bloga.
 To wszystko. Nie dorabiajmy do tego "state of mind", wszystkie te debaty i dyskusje to budowanie wokół zjawiska blogowania całej ideologi, moim zdaniem niepotrzebnie.
 A liczy się treść, merytoryka, to jest prawdziwa wartość i to trzeba oceniać! Pamiętajmy też o tym, że blogerów są tysiące, jeśli nie miliony w Polsce, a mówi się w kółko o kilkudziesięciu. 
Trochę to denerwujące.

Dzień piąty.
MN: Gdybyś dziś miał wydać książkę to... kto byłby jej odbiorcą?

MS: No proszę, to trafiłeś w moje skryte marzenia, własna książka. Znowu mnie zaskoczyłeś, z tej strony o tym nie myślałem, raczej egoistycznie do książki podchodziłem zawsze i chciałbym, żeby to mnie przede wszystkim zadowoliła, choć trochę. No ale dzisiaj takie czasy, że wszystko jest produktem, więc faktycznie, rozsądnie spojrzeć na książkę z perspektywy czytelnika. Na pewno nie chciałbym napisać niczego o social media, niczego też konkretnie dla branży marketingowej. Książki w tej tematyce szybko tracą na aktualności, a stworzyć coś ponadczasowego jest bardzo trudno. Jeśli coś kiedyś stworzę, to będzie to szalone pomieszanie SF z gdybaniem o filozoficznym charakterze. Wymarzonym odbiorcą jest człowiek inteligentny, myślący swobodnie, otwarty na nowe formy, wyluzowany. Ktoś, kto nie daje się wbić w sztywne ramy i wyrabia swoje zdaniem po tym, jak spróbuje. Pytanie tylko, czy jeszcze tacy będą, jak zmuszę się, żeby coś napisać dłuższego. No i pytanie, czy jeśli będą, to czy to co stworzę, będzie choć w niewielkim stopniu dla nich interesujące. Dużo pytań, brak odpowiedzi. Gdybym złapał złotą rybkę i ta pozwoliła mi wybrać, w jakim stylu będzie moja książka, to wybrałbym coś pomiędzy Vonnegutem, Pielewinem, Cormackiem McCarthym, Tyrmandem i Szczepanem Twardochem. Taki miks to by było coś...

W międzyczasie rozmawiałem też z żoną Michała. On nic o tym nie wiedział.
Kasia Sławińska: 
możesz go jeszcze podpytać o Mały Szary Domek; znaleźliśmy sobie domek  z 1935 roku we Włochach i właśnie kończymy remontować...

"Mały Szary Domek..."


Dzień szósty.
MN: 
Z książek przejdziemy do marzeń. 
Nie lubisz standardów, prawda? Powiesz mi coś więcej o "małym szarym domku
i pomyśle mebli z lego? 
MS: Znowu mnie zaskakujesz, masz całkiem dobrych informatorów. Albo ja tyle informacji zostawiam o sobie w social media, straszne... Standardy, jeśli dobre, solidne, przydatne i estetyczne, mi zupełnie nie przeszkadzają. Nie myślę o sobie jak o kimś oryginalnym, niestandardowym, raczej jestem zwyczajny. Dzisiaj trwa pogoń za oryginalnością, która niestety często kończy się wpadaniem w sztampę i szablon. Patrz cała hipsterka, czy raczej hipsteriada. Przeładowanie formą, brak treści. Lubię natomiast ciekawe pomysły i ludzi, którzy nie boją się ich realizować. Namiętnie przeglądam Kickstartera. I też chciałbym kiedyś wpaść na fajny i nowy (bo innowacyjny, to za mocne słowo) pomysł, stąd np. chęć zabawy w meble łączące drewno z klockami Lego. Więcej na razie nie zdradzę. Co z tego wyjdzie, jeszcze zobaczymy, ale już od maja/czerwca zamierzam swój wolny czas w znacznej mierze poświęcić majsterkowaniu, może nawet stolarce, bo mam do tego całkiem niezłą przestrzeń. Tak się złożyło, że szukaliśmy z moją Kasią mieszkania, żeby się przeprowadzić. Trwało to długo, bo przez prawie rok. Celem było coś na Woli/Ochocie, z windą, bo tej brakuje nam dziś najbardziej. Niestety, nasze wymagania były zbyt wysokie, w Warszawie ceny nieruchomości są jednak kosmiczne, momentami irracjonalne. Żeby nabyć coś naprawdę fajnego, trzeba dysponować sporym budżetem. A to, co było w naszym zasięgu, miało różne mankamenty. Przez przypadek trafiliśmy na Mały Szary Domek, jak go nazwaliśmy, czyli przedwojenny dom we Włochach. No i to była miłość od pierwszego wejrzenia, pomimo tego, że o posiadaniu domu w ogóle nie myśleliśmy. Właściciel, pan będący rówieśnikiem domku, rocznik 1935, zostawił mi swój cały, bardzo dobrze wyposażony warsztat. Zamierzam więc to wykorzystać. Jak to się rozwinie, zobaczymy, sam jestem bardzo ciekaw!


Dzień siódmy.

MN: Nie zostawiasz tyle informacji; gdybyś to robił nie musiałbym pytać informatorów :) Ale jesteśmy profesjonalistami...
Michał, tydzień za nami. Nie będziemy odpoczywać! Wręcz przeciwnie... Sporty ekstremalne - mówi Ci to coś? Dlaczego nie ograniczasz się do biegania i pływania jak inni?
MS: Cofam dobrą opinie o Twoich informatorach. To żart oczywiście, ale w dziedzinie sportów ekstremalnych nazwał bym się podwójnym "słabiakiem", wręcz leszczem. Po pierwsze dlatego, że jak sobie pomyślę o tym, jak niesamowite, fascynujące sporty ludzie uprawiają, i jak wielką radość im to sprawia, to stwierdzam, że jestem... słaby. Jakoś ze 2 lata temu odkryłem, że jest coś takiego jak Wingsuit. To chyba jeden z najbardziej niezwykłych pomysłów, jaki przyszedł do głowy człowiekowi. Dla mnie to totalnie fascynujące, szaleństwo, ale ilość adrenaliny i radocha przy lataniu musi być olbrzymia. Obejrzałem film, i pomyślałem, że to po prostu fantastyczne. I nic nie zrobiłem, żeby spróbować zrobić choć krok w tę stronę. Tym sportom trzeba się naprawdę poświęcić, żeby czerpać z nich prawdziwą satysfakcję. Nie ma radości, jeśli wielu godzin nie spędzisz trenując, zdając kursy, "awansując", zwiększając swoje umiejętności. A to wymaga czasu, ale przede wszystkim motywacji i wytrwałości.
 Mi tego brakuje, żeby zebrać się i zapisać np. na kurs spadochroniarstwa. Skoczyłem raz, teraz żeby dalej to rozwijać, musiałbym się w tym zatracić. I tu moja druga słabość: nie kręci mnie zbytnio próbowanie, pojedyncze doświadczenia. Prezent w stylu ekstremalnego przeżycia bardziej mnie drażni, niż cieszy, bo myślę sobie, że nie mam wystarczająco dużo odwagi, żeby rzucić wszystko inne i swój wolny czas przeznaczyć na zwiększanie własnych umiejętności. Zawsze tak miałem, że wolałem rozwijać się w jednym sporcie, niż próbować kolejnych. To, w czym nie mogę być przynajmniej dobry, nie kręci mnie. Padło na mało widowiskowy i ekstremalny, przynajmniej z pozoru, futsal. Temu się oddawałem. Szło całkiem nieźle, przez 10 lat widziałem progres, byłem coraz lepszy. Niestety, raz byłem od kogoś za szybki i koniec z grą na poziomie, jaki mi odpowiada. Na razie mogę pokopać rekreacyjnie, jeszcze zobaczymy, czy uda się kiedyś zagrać o coś. Także pomimo tego, że trochę rzeczy próbowałem, to nie mam o sobie samym w dziedzinie sportów ekstremalnych, czy nawet tych
z podwyższonym poziomem ryzyka, dobrego zdania. Może jak będę starszy zdobędę się na to, żeby znaleźć sobie taki drugi futsal, w postaci np. spadochroniarstwa. Zobaczymy. A jeśli chodzi o bieganie, to jego wersja bez piłki po prostu mnie nudzi. Popieram cały ten "hype" na bieganie, bo ludzie dzięki temu są zdrowsi, ale nie rozumiem fascynacji tym sportem tak wielu osób. Moim zdaniem nuda. Osobiście zdecydowanie wolę rower, zwłaszcza latem po nocach, czy nawet siłownię. Mam wrażenie, że ludzie są jak lemingi - jak wiele osób zaczyna coś robić, to wmawiają sobie, że to jest fajne i że też będą to robić.

Dzień ósmy.
MN: Michał, tak działa społeczność, która potrzebuje liderów opinii, prawda?
Ktoś musi coś zapoczątkować, by masa praktykowała. Choć irytuje mnie blokowanie miasta, bo tysiące ludzi chcą sobie pobiegać raz na rok.
 

Im bliżej do końca naszego spotkania, tym pytania trudniejsze...
Powiedz proszę, jak byś zareagował, gdybyś dowiedział się, że Twoje dziecko jest orientacji homoseksualnej? 
MS: Nie miałbym z tym najmniejszego problemu! Przynajmniej miałby mi kto doradzać w kwestii trendów w modzie... Współczułbym dziecku i wspierałbym je w walce z nietolerancją, choć mam nadzieję, że kiedy moje przyszłe dziecko będzie miało lat kilkanaście, będzie już znacznie lepiej pod tym względem. Jestem tolerancyjny, zresztą uważam, że to nie jest nawet kwestia tolerancji, a zdrowego rozsądku. Nie wiem jak można odwrócić się od swojego dziecka z powodu jego orientacji seksualnej, tym bardziej, że nie jest to kwestia wyboru! Często jest to chyba obawa o własną orientację, jak w American Beauty... Jak syneczek chla, ćpa i biega po osiedlu z bandą łysoli, bijąc ludzi za spojrzenie, to jest wszystko ok, wyjdzie na prawdziwego Polaka. Ale jak jest gejem, to niech wypie*%$la z domu, to nie jest mój syn. Niestety, nadal często tak to wygląda. Ja zdecydowanie wolałbym w domu dziecko homoseksualne, ale normalne, kulturalne, myślące o przyszłości, z zainteresowaniami, otwarte na świat. Bardziej martwi mnie to, co imponuje dzisiejszej młodzieży, jak spędza wolny czas, jakie wartości (czy ich brak) są dla nich ważne i w którą stronę to zmierza. Jeśli chodzi 
o tolerancję, to wyznaję zasadę, że dopóki ktoś nie robi komuś krzywdy, to niech postępuje jak chce, oby zgodnie ze swoim sumieniem. Może to radykalne, ale toleruję adopcję dzieci przez pary homoseksualne, in-vitro, eutanazję, transplantacje, legalizację narkotyków, prostytucję bez stręczycielstwa, nawet latającego potwora spaghetti. :)

Dzień dziewiąty.
MN: W piarze stosuje się często tzw. fun facts, czyli m.in. ciekawe zestawienia liczb ze zdarzeniami. Opowiesz mi trochę o Waszym zaproszeniu na ślub? :)
MS: Informatorzy jednak dają radę, zastanawia mnie teraz, kto jest Twoją wtyką w moje życie. Nie będę dociekał. Zaproszenie - przygotowywaliśmy je jakoś pod koniec 2012 roku, ja wtedy miałem straszną zajawkę na wszelkie infografiki, zbierałem ich sporo na Pintereście, stąd pomysł, żeby podsumować nasz dotychczasowy, dziesięcioletni związek z Kasią w takiej właśnie formie i zaprosić bliskich na rozpoczęcie kolejnego etapu naszego życia.
 No i z wyliczeń wyszło nam, że razem jesteśmy 87 tys. godzin, ponad 5 mln minut, 
że przebyliśmy wspólnie prawie 56 tys. kilometrów, byliśmy w 154 miastach, 16 krajach, mieliśmy już 15 zwierząt.. Człowiek sobie nie zdaje sprawy z  takich liczb, a one bywają całkiem imponujące, momentami zabawne, nawet wzruszające. Są jednak ważne, przynajmniej dla nas, bo coś o nas mówią i każą nam objąć spojrzeniem większy fragment naszego życia.

 Pomyśleć, zastanowić się. Jak dzisiaj nawet patrzę na to zaproszenie, jestem pod wrażeniem tego, ile razem przeżyliśmy. Walczymy każdego dnia z przyziemnymi sprawami, często zupełnie nieistotnymi, błahymi, ale zajmującymi nasze umysły, i w efekcie gubimy perspektywę, jakieś spojrzenie wstecz, obejmujące więcej niż dziś i wczoraj. Nie oszukujmy się, większość z naszych zajęć każdego dnia nic nie znaczy. NIC. Nasze życie w 75% albo i więcej spędzamy na wysiłku, który do niczego nie prowadzi. Nawet w pracy - jaki czas naprawdę efektywnie przeznaczamy na pracę, tworzymy coś wartościowego, co zostanie zapamiętane
i wykorzystywane przez innych? A ile czasu zajmuje nam papierologia, walka z korporacją, czcze gadanie ze współpracownikami czy scrollowanie Facebooka, kiedy nic wartościowego nie powstaje? Jeśli ktoś jest uczciwy wobec siebie samego, odpowiedź może być jedna.
 Za 10 lat, czy będziemy pamiętać nasze obecne dni? Nie żebym ja był wyjątkiem, też przejmuję się każdego dnia "pierdołami", o których już jutro nie będę pamiętał i tracę czas na rzeczy, na które go tracić nie warto. Wniosek, jaki ja z takiego myślenia wyciągam jest jednak pozytywny - skoro w gruncie rzeczy nasze życie jest błahe, przynajmniej żyjmy wyluzowani jak się da i nie trapmy się niczym, kiedy nie musimy. Bądźmy mili dla siebie. Nie każdy musi dokonać czegoś wielkiego, nie trzeba być zapamiętanym jako rewolucjonista czy reformator. Ale jeśli możemy, żyjmy przyjemnie, to wszystko. Brzmi jak wyznanie lekkoducha, ale mnie najbardziej boli i smuci, że ludzie robią sobie samym i sobie nawzajem tyle problemów, uprzykrzają sobie codzienność, a zupełnie nie muszą. Każdy z nas miał lub ma w pracy taką osobę, która jest upierdliwa i zmusza nas lub innych do rzeczy, które są niepotrzebne, a stresujące czy czasochłonne. Po co tacy ludzie to robią? Nie znajdują odpowiedzi. Kiedyś sobie na kartę miejską wrzuciłem taki cytat: "just think in 100 years no one will care" To miała być wiadomość do inteligentnego kanara, gdybym miał tę kartę nienaładowaną, ale później pomyślałem, że to jest dobra wiadomość do każdego.. No to popłynąłem i dorobiłem swoją ideologię do naszych zaproszeń! Na serio to chcieliśmy trochę nawiązać, w lekkiej i miłej dla oka formie, do całej naszej historii. Ale naprawdę tak uważam, jak wyżej napisałem, żeby nie było. Trochę popłynąłem w dywagacjach, wybacz...




Mikołaj: to teraz ja popłynę i opublikuję...
...unikatowe zaproszenie na ślub Kasi i Michała Sławińskich!

Dzień ostatni.
MN: Michał, to już ostatnie pytanie z mojej strony. Miało być najtrudniejsze i nie możesz go edytować... Ale idą Święta Wielkanocne (dzień 10-ty przypadł na refleksyjny Wielki Piątek), może powinienem być bardziej pokorny?
Niestety pokora nie jest moją mocną stroną.

> Gdybyś mógł EDYTOWAĆ w swoim życiu JEDNO WYDARZENIE to co byś chciał zmienić lub całkowicie wymazać?
MS: I bardzo dobrze, do niepokornych świat należy! Taka opcja edycji to by było coś niezwykłego. Nie wiem czy na pewno dobra, bo każde doświadczenie czegoś nas uczy, nawet to najgorsze. A świadomość, że można coś zmienić czy wymazać zachęcała by ludzi do robienia rzeczy ekstremalnych, mogło by się dziać naprawdę źle. No dobra, pogdybajmy, gdybym miał wybierać, to ten wybór nie byłby łatwy, oj nie. Wiele w moim życiu było wydarzeń, z których nie jestem dumny lub gdy coś szło nie tak. Gdybym coś mógł zmienić w życiu moich bliskich, to na pewno zmiana dotyczyłaby odejścia na tamten świat mojego ojca, no ale pytanie ewidentnie dotyczy mojego życia. Może Cię zaskoczę, ale ostatecznie waham się między dwiema decyzjami związanymi z... piłką nożną

Pierwsza to czas mojej młodości, kiedy kończyłem szkołę podstawową i regularnie grałem na Warszawiance, na Mokotowie, gdzie mieszkałem, z grupą oldboyów, byłych piłkarzy polskiej ekstraklasy i niższych lig. Kiedyś brakowało im zawodników, a ja na boisku byłem w każdej wolnej chwili, więc wzięli mnie do gry, i tak zacząłem z nimi regularnie kopać, jako najmłodszy, tzw. "Młody". Lekcja futbolu była to niezwykła, ale mogła być znacznie ważniejsza. Otóż kilku 
z tych panów jakoś tam związanych było z Polonią Warszawa, jeden czy dwóch z Gwardią
i kiedy dwa czy trzy razy z nimi zagrałem, stwierdzili, że koniecznie muszę pójść na trening, 
już teraz nie pamiętam, czy Polonii czy Gwardii. Dawali mi nawet namiary gdzie, co i jak. Stchórzyłem, byłem nieśmiałym chłopakiem, który na boisku czuł się w miarę pewnie, ale nie na tyle, żeby wierzyć, że da radę w prawdziwej drużynie. I wykręciłem się z tego, upierałem się, że mnie to nie interesuje, że gram sobie tak dla zabawy tylko. Gdybym wtedy się zdecydował, ktoś mnie do tego przymusił, kopnął w tyłek, to kto wie. Myślę, że miałbym szansę, później otarłem się przecież o prawie profesjonalny futsal, grałem z różnymi później profesjonalnymi piłkarzami, jakoś sobie z nimi radziłem. Zresztą jak patrzę na naszych ligowych kopaczy, 
to myślę, że moja przygoda z piłką mogła być całkiem ciekawa. A może bym skończył jako przeciętny gracz 2 ligi, zarabiający 2,5 na rękę, w wieku 28 lat doznałbym ciężkiej kontuzji, zostałbym bez pracy, wykształcenia i perspektyw, i teraz stał gdzieś pod sklepem z piwkiem za "złoty dziewięćdziesiąt dziewięć" i wspominał, jak to strzeliłem hattricka, i razem z chłopakami wracając z drugiego krańca Polski nachlaliśmy się w autokarze.. "I rozumisz Zbyszek, jak ja wtedy grałem, ta trzecia bramka zwłaszcza (łyk piwka), rozumisz, gdyby ten Kręcina mnie wtedy transferu do Górnika nie zablokował, je%&ny, to dzisiaj mówię Ci, nikt by nie mówił o Lewym, rozumisz (łyk piwka)." No nieważne...
 Piłka wtedy to była moja prawdziwa pasja, zresztą nadal jest, choć w fazie pasywnej, walczę 
o to, by jeszcze poczuć to coś, co trudno opisać, taki moment zatracenia w grze, działania jak automat, na wysokiej adrenalinie, gdy pół godziny mija jak dwie minuty. 

Z tym związane jest to drugie wydarzenie, w 2008 roku, wczesną jesienią, podczas głupiego meczu w letniej lidze, takiej w zasadzie przygotowawczej do rozgrywek na hali.
 Zwycięstwo mieliśmy w kieszeni, prowadziliśmy chyba z 5 czy 6:0, strzeliłem trzy bramki, zresztą dwie z nich doskonale pamiętam, bo, nieskromnie powiem, były całkiem ładne. Bawiliśmy się już z przeciwnikami, pod koniec meczu jakoś w którymś momencie straciliśmy piłkę i poszła kontra, ja się wróciłem i pech chciał, że byłem szybszy od nogi napastnika.
 I koniec, trach, nagle cała moja pasja znika, nie mogę grać w piłkę. Przerwa trwała pięć lat, bo później praca, różne obowiązki, nie było kiedy naprawić kolana. Jedna zła akcja, i nie możesz robić czegoś, co Cię najbardziej nakręca, co daje Ci siłę, odbicie od codzienności, przy czym mentalnie wypoczywasz. Przez pierwszy miesiąc każdej nocy śniło mi się, że gram, 
i przebudzenie za każdym razem było wielkim rozczarowaniem. Wtedy właśnie wkręciłem się na dobre w media społecznościowe, nie miałem już takiej pasji w sporcie, więc znalazłem sobie coś zastępczego, co mnie już wcześniej interesowało i mocniej zacząłem to zgłębiać, rozwijać też zawodowo. 

Podsumowując - wahałbym się między tymi dwoma momentami, ale nie wiem, czy na pewno bym chciał je zmienić. Jestem zadowolony z życia i myślę, że zmierzam w dobrą stronę, nie wiem czy coś bym cofał, bo kto wie jakby się to potoczyło. Zresztą to takie gdybanie, bardziej dla.. sportu. I tak czasu nie cofniemy, i dobrze!

MN: Michał, powiedziałeś mi, nam, mnóstwo ciekawych rzeczy. Chcesz podsumować tę rozmowę?
MS: Bardzo podobała mi się formuła pytanie-odpowiedź, czułem się naprawdę jak jakiś celebryta w trakcie talk-show, połechtało mnie to! Warto czasem pomyśleć o swoim życiu, 
o różnych wydarzeniach, przypomnieć sobie pewne fakty, a dzięki Twoim pytaniom zdecydowanie się to udało, dlatego jestem bardzo wdzięczny. A tak w ogóle, to nie uważam, żebym na taki wywiad jakoś specjalnie zasługiwał, dlatego tym bardziej cieszę się, że mogłem poczuć się jak ktoś ważny! Dzięki Mikołaj! I z niecierpliwością czekam na kolejne 10/10 z następnymi Twoimi gośćmi.

Mikołaj Nowak: bardzo dziękuję za rozmowę.

Więcej #10na10 niebawem!