niedziela, 6 kwietnia 2014

10/10: Mikołaj Nowak rozmawia z Moniką Czaplicką, autorką "Zarządzania kryzysem w social mediach"

10 dni, 10 pytań. Bez retuszu: Monika Czaplicka "kryzysowa narzeczona"

Jesteśmy w sieci i nie mamy żadnych ograniczeń.
Monika już pierwszą odpowiedzią pokazała mi, że to nie będzie szybki wywiad.
Będzie obszerny. I bardzo szczery, pełen emocji, odmienności... Nalej sobie dobrej whisky. Zapraszam. 


- - - 

Dzień 1.
Mikołaj Nowak: Dlaczego wydałaś książkę akurat o kryzysach w mediach społecznościowych ("Zarządzanie kryzysem w Social Media") i czy jesteś z niej zadowolona? Chcesz być prekursorem?

Monika Czaplicka:  Na początku zeszłego roku pracowałam jeszcze w agencji interaktywnej i w lutym gruchnęła wiadomość, że Nestlé ma "kryzys" ze szczurem w kaszce. Zaczęliśmy się śmiać, że powinniśmy założyć fanpage o takich kryzysach i zgłaszać się do klientów, że im pomożemy.
Żarty żartami, ale pomyślałam, że to dobry pomysł - jest wiele rzeczy, których ludzie nie wiedzą, popełniają wiele błędów i często słyszymy o różnych kryzysikach i wpadkach. Tak się zaczął fanpage Kryzysy w social media wybuchają w weekendy.
Zaczęłam tam opisywać niektóre case study, które znajdowałam w sieci - wrzucałam je jako zdjęcia do albumu z opisem - ale pomyślałam, że warto przygotować jakiś whitepaper czy coś. Zaczęłam pisać. Sto stron później uznałam, że to będzie naprawdę słaby ebook ;) 
Zawsze chciałam wydać książkę, a ponieważ moja beletrystyka dopiero się pisze (proces wymyślania fantasy jest trochę bardziej czasochłonne) lub czeka aż Polacy dojrzeją (do opowiadań o lesbijkach), postanowiłam, że skorzystam z okazji i wydam poradnik - one się zawsze sprzedają.
Zapytałam Michała Sadowskiego jak wyglądała sprawa z jego książką. Kiedy dowiedział się o co chodzi powiedział, że da znać wydawcy. Dwa dni później dostałam maila z Helionu, że chce się spotkać. Spotkaliśmy się w maju, przejrzeli książkę, zdecydowali się wydać. W lipcu oddałam ją do druku, a 25 listopada miała premierę.
Jej napisanie zajęło mi dokładnie trzy tygodnie - potrafiłam pisać nawet 50 stron dziennie. Potem komentarze ekspertów, zgody na wykorzystanie grafik, schematy, poprawki - trwało,to więcej niż samo pisanie...
Ale myślę, że efekt jest niezły. Jasne, że zawsze mogę wskazać co bym poprawiła - jestem typem krytykantki, dlatego tak świetnie odnajduje się w wytykaniu błędów sobie i innym ;) - ale myślę, że jak na pierwszą książkę, tak moją jak i dotyczącą tego tematu, wyszło całkiem przyzwoicie. 
Nie widzę siebie jako prekursorki - w końcu nie tworzę czegoś nowego i wyjątkowego. Na zachodzie jest wielu ekspertów w tym temacie, nie bardzo jestem też w stanie stworzyć jakieś nowe teorie, które nie byłyby już wymyślone w zarządzeniu kryzysowym np. w public relations. Mam przyjemność, być pierwszą, które pozbierała pewne rzeczy w jedna publikacje. Na szczęście tłoku w tej branży nie ma, więc ciesze się z mojej niszy - szczególnie, że udało mi się znaleźć sympatyczna koncepcję na ten, mimo wszystko przykry temat. Nikt nie lubi rozmawiać o błędach i porażkach, ale staram się nadać temu trochę zabawniejszy ton i zwrócić uwagę na szanse, która za kryzysem stoi. Stąd też tytuł książki to zarządzanie, a nie same kryzysy.
Zdradzę, że moja kolejna książka o social media też nie będzie wyjątkowa. Widzę ja bardziej jako ciekawa kompilacje pewnych trendów, informacji i spojrzenia na social media trochę szerzej niż tylko kotki i piąteczki. Ale na razie nie chce mówić za dużo, bo koncepcja się dopiero krystalizuje (mimo napisania już 140 stron tekstu). W produkcji są tez kolejne kryzysy - tym razem bardziej z osobistego punktu widzenia.
Ja chyba po prostu lubię dużo pisać ;)


Poprosiłem Monikę o coś specjalnego dla siebie i dla Was.
Dzień 2.
MN: Według mnie nie jest tak źle z Twoim pisaniem, ale nie myli się tylko ten, co nic nie robi. Monika, poruszyłaś ważną kwestię - równości. Walczyłaś o nią. Walczysz dalej? Równość istnieje?

MC: Mam nadzieję, że nie jest tak źle z pisaniem, bo inaczej byłoby mi bardzo przykro ;)
"Walka o równość" jak to nazwałeś, to jest po prostu codzienna rutyna. To, że kiedy piszę albo robię to w stylu neutralnym albo dodaję oba rodzaje. To, że nie zakładam, że jeśli widzę ciało mężczyzny, to na pewno ta osoba się nim czuje. To, że staram się uważać na to co mówię i zwracać uwagę na różnorodność: pomagam starszym ludziom, wczoraj kupiłam bezdomnej bułkę...
Wiem, że kiedy zaczynasz myśleć, że jest rasizm, seksizm, homofobia, transfobia, ageizm, wykluczanie ze względu na stan posiadania, nieludzkie traktowanie zwierząt... mogłabym tak wymieniać długo, to myślisz sobie - a na co mi to wszystko. Ale jak raz się nauczysz, to łatwo to przychodzi, żeby zauważać tych wykluczonych. Myślisz, że jako lesbijka mam jakiś specjalny radar? Nie. Tak samo nie widziałam osób niepełnosprawnych, mojego białego koloru skóry i wynikających z tego przywilejów... Fakt, że bywam dyskryminowana nie powoduje, że jest mi dużo łatwiej - po prostu mogę zrozumieć pewne mechanizmy i wczuć się w jakieś sytuacje, bo znam je z autopsji.
Myślę, że najbardziej dało mi do myślenia kiedyś ćwiczenie, które mieliśmy na pewnych warsztatach równościowych w Szwecji. Każde z nas wcielało się w jakąś rolę mieszkańca naszego kraju: białego, heteroseksualnego biznesmana, czarnej emigrantki z Somalii, niepełnosprawnej kobiety na wózku itd. Prowadząca czytała potem różne zdania i mieliśmy iść o krok w przód, kiedy zgadzaliśmy się z danym zdaniem. Na przykład: Mogę wziąć ślub z kim chcę. Wiele osób zrobiło krok, ale w miejscu stały osoby nieheteronormatywne (chociaż w Szwecji akurat można zawierać małżeństwa jednopłciowe), również emigrantka, która przecież musi spełnić wiele wymagań, żeby móc stanąć na ślubnym kobiercu. Były pytania o ubezpieczenie, o możliwość dotarcia do urzędu, poczucie bezpieczeństwa i wiele innych kwestii, włącznie z pytaniem czy nasza postać może iść do kina raz na jakiś czas. Były osoby, które doszły aż do ściany - tak się nachodziły. A były takie, które praktycznie nie ruszyły się z miejsca.
Z resztą wierzę w teorię intersekcjonalności, która mówi o tym, że walcząc z jednym typem dyskryminacji, wspierasz walkę z innymi, bo ktoś, kto jest mizoginem często jest homofobem, rasistą itd. Nie na darmo mówi się, że homofob to facet, który nie lubi gejów, bo boi się, że będą go traktować jak on traktuje kobiety. Ale oczywiście homofobia to nie tylko domena męska.
Czy równość istnieje? Nie. Ale jest szacunek, otwartość na różnorodność, akceptowanie różnic. Nie da się traktować wszystkich tak samo, bo jesteśmy inni, ale można nie krzywdzić innych.
Dostaję szewskiej pasji, kiedy czytam, że ach ta straszna poprawność polityczna, że zabijamy wolność słowa, że nawet już pożartować nie można. Nie, uważam, że żartowanie z kogoś, kto sobie tego nie życzy nie jest dobrym dowcipem. Nie uważam, że każdy powinien mówić co mu ślina na język przyniesie. Wolność słowa nie oznacza wolności do obrażania, poniżania i szydzenia. A poprawność polityczna (debilny termin swoją drogą), nie oznacza końca humoru i dowcipu. Serio znam wiele śmiesznych historii, gdzie nikogo nie trzeba poniżać. A brak stosownych przepisów prawnych, żeby egzekwować swoje prawo każdego człowieka do godności uważam za karygodne. Mogę wyjść na ulicę, obrażać ludzi i dopóki, ktoś nie udowodni mi, że mam kogoś konkretnego na myśli i nie obrażam go ze względu na pewne określone cechy (które jednak są chronione prawnie), to mogę wyzywać ludzi od czego mi się żywnie podoba.
I rozumiem, że są osoby mające różne poglądy polityczne, na życie i tradycje. Ale skoro ja się mam nie pchać nikomu z moim łóżkiem przed oczy (afiszować, jak to się ładnie mówi), to nie chcę, żeby ktokolwiek zaglądał mi do łóżka i decydował za mnie z kim mogę np. adoptować dzieci, zawierać związek małżeński czy inne tego typu kwestie. I nie chcę, żeby ktokolwiek oceniał czy mój związek jest normalny/naturalny/grzeszny/wstaw dowolne, bo to moja sprawa i mojej biologii, religii i sumienia. Dopóki nikomu nie dzieje się krzywda i decyzje podejmują dwie, świadome dorosłe osoby (co nie występuje w przypadku zoofilii, nekrofilii czy pedofilii), to fakt, że każdy chce decydować o moim życiu uważam za naprawdę wkurzający.
Kocham różnorodność. Jest trudna i może być przerażająca. Są nieporozumienia i trudności. Ale to właśnie różnorodność sprawia, że się rozwijamy i zmieniamy. Gdzie się najbardziej rozwijały państwa? Przy granicach i na traktach, gdzie pojawiali się obcy. Kiedy jesteś w związku masz szansę uczyć się nowych rzeczy od tej drugiej strony, bo ona na czymś się zna, czego Ty nie umiesz. Podróże kształcą, rutyna zabija, a jednomyślność jest nudna.
Jestem za tym, żeby nie mówić o walce o równość, może ewentualnie o walce z dyskryminacją, ale o celebrowaniu różnorodności. I tak, staram się codziennie, żeby szanować innych, nawet jeśli ich nie rozumiem.

Z resztą pomyśl - jak wyglądałaby tęcza, gdyby miała tylko jeden kolor? Też uważam, że bardzo, bardzo smutno...

Dzień 3.
MN: Bardzo, bardzo smutno, zgadzam się. A smutny związek wg Ciebie to jaki? Bo Ty w swoim jesteś raczej szczęśliwa. Mimo reperkusji, które sytuacja niesie. 

MC: Jestem szczęśliwa, bo mam przy sobie kogoś kto jest niesamowity. Kasia mnie wspiera w moim niestandardowym trybie pracy - nie jest łatwo zrozumieć komuś, kto pracuje w korporacji, że siedzenie cały dzień w łóżku to też praca - dopinguje mnie w pisaniu i szkoleniach, pomaga mi jak może. Wiele nas różni - muzyka, której słuchamy, nasze doświadczenia, poglądy na pewne sprawy, a nawet podejście do życia - ja jestem wiecznym planerem, ona spontaniczna - ale właśnie te różnice nas rozwijają. Dzielimy się tym, co nas łączy, uczymy od siebie tego, co nas dzieli.
Smutny związek to taki, w którym trwamy mimo, że nie powinniśmy. Bo boimy się samotności, bo boimy się skrzywdzić drugiej osoby swoim odejściem i przez to krzywdzimy codziennie swoją obecnością. To taki, który niczego nie wnosi i jesteśmy ze sobą z przyzwyczajenia. Albo taki, gdzie dwie osoby rozwijają się, że w różnych kierunkach.
To strasznie trudne dorastać, zmieniać się, dojrzewać razem - i nie rozdzielić się podczas tej drogi. Na razie, mimo dużych zmian w życiu Kasi udaje się nam być blisko. Oby jak najdłużej.
Oczywiście, że trudno trwać w zakazanej relacji. Dużo mówi się o tym, że geje i lesbijki są promiskuityczni, ale trochę (statystycznie) krótsza długość trwania naszych związków wynika z tej presji. Wyobraź sobie, że musisz ukrywać swój związek przed całym światem. Albo nawet tylko jego częścią. Kiedy ludzie opowiadają co robili w weekend, Ty musisz kłamać. Przecież nie powiesz, że spędziłeś go ze swoim chłopakiem. Musisz uważać, żeby się nie plątać w zeznaniach, żeby nikt Cię nie przyłapał na kłamstwie. Przecież na niewinne pytanie jak spędziłeś wieczór nie powiesz, że to nie Twój interes czy, że układałeś pasjansa ;) Kiedy wychodzisz na miasto drżysz czy ktoś was nie spotka. Nie ma przestrzeni na czułości poza 4 ścianami, które są waszym powiernikiem. Z czasem pojawia się też oczywiście kwestia, że trzeba znaleźć rozwiązanie na palący problem - nie możesz być ciągle singem, bo ludzie pomyślą, że coś z Tobą nie halo. Szukasz koleżanki, która z Tobą odegra związek, zaczynasz opowiadać o jakieś Ani, znowu plączesz się w zeznaniach. Nie pójdziecie do przyjaciół na kolację, nie spędzicie świąt razem.
My mamy ten luksus, że u nas wszyscy wiedzą, więc jest dużo łatwiej. Ale to nie wyklucza tego, że zdarzają się nieprzyjemne komentarze, że ludzie głośno mówią co sądzą o dwóch lesbach, że wieczorem na Muranowie w Warszawie szedł za nami nawalony pan, który do nas krzyczał i zachowywał się dość agresywnie.
Ciężko jest być szczęśliwym w związku, w którym niekoniecznie czujesz się bezpiecznie. O kwestiach religijnych czy ideologicznych nie wspomnę.
Ile razy słyszałam, że grzeszę - a jestem katoliczką - że jestem nienormalna, nienaturalna, że to na pewno kwestia tego, że nienawidzę mężczyzn albo, że ktoś mnie musi puknąć i pokazać dobre ruchańsko.
Wtedy nagle okazuje się, że nie tylko starasz się utrzymać związek, co jest trudne samo w sobie, bo ludzie mają tendencje do wylewania frustracji na tą drugą osobę, którą mają przy sobie, ludzie popadają w rutynę, wreszcie to po prostu trudne być przy kimś i z kimś żyć, i na to wszystko masz jeszcze stresy, presję, krytykę, brak normalnego funkcjonowania.
To są smutne związki, ale nie ze względu na same związki, tylko smutne jest to, co dzieje się dookoła. Niektórzy mają po prostu potrzebę krzywdzenia innych. Wyobrażasz sobie, że ktoś będzie szedł ulica i komentował, że ta dziunia to na pewno jest z tym kolesiem, bo nikt jej jeszcze dobrze nie puknął? Albo żeby twierdzić, że na pewno żyją ze sobą przed ślubem i to grzech i sczezną w piekle brzydząc Boga?
Some people are gay, get over it i przestańcie mi się pakować do związku. Bo to bardzo smutne, kiedy z pary robi się przedstawienie publiczne (co dzieje się również np. u celebrytów czasem). Nie jestem zwolenniczką ukrywania i odcinania innych ludzi, ale jest granica między obserwatorami, a uczestnikami.

Na szczęście - na razie dajemy sobie radę z Kasią i mimo niełatwej drogi jesteśmy razem - w połowie kwietnia minie rok - i jesteśmy szczęśliwe. Mówię też za nią, bo zapytałam i mi przytaknęła ;) Ona jest dla mnie wsparciem i zaspokajaczem moich tulanych potrzeb, ja też jej pomagam i wspieram w wielu trudnych decyzjach i staram się, żeby się często uśmiechała, bo bywa smuteczkiem, ale na szczęście mam magiczne zdolności do wydurniania się - to zawsze działa... Wspomniałam, że się ślicznie uśmiecha? :)

Dzień 4.
MN: Teraz tak :) Co do ordynarnych komentarzy - nie wyobrażam sobie takich. Ale widziałem Twoje zdjęcia z siekierą. Jest moc. Manifestujesz siłę? Czy to po prostu przeszłość? Przecież odpowiadasz mi w delikatny i kobiecy sposób, a tam widzę wręcz agresję i manifest. 
MC: Kobieta zmienną jest Mikołaj ;)
Ale na poważnie. Sesja z siekierą, którą ze resztą bardzo lubię - sesję, siekiera pożyczona od sąsiada - była mini manifestem branżowym, czyli LGBTQ. Istnieje stereotyp, że lesbijki muszą być babochłopami. W amerykańskiej wersji to jest właśnie coś takiego - drwalka. Dziewczyna w bojówkach, koszuli w kratę, krótkich włosach i agresywna. Ta sesja wpadła mi do głowy, kiedy udzielałam wywiadu o swojej orientacji i tłumaczyłam się z tego, że nie jestem drwalką (taki z resztą tytuł ma ten tekst). Zadzwoniłam to mojej znajomej, świetnej fotografki - Joanny Froty Kurkowskiej - i poprosiłam, żeby mi zrobiła takie zdjęcie do tekstu. Frota namalowała mi moje tatuaże i oto jest sesja. Jak wiesz z innych zdjęć - nie jest to do końca stylówa, którą nosze na co dzień. Ale ja i tak jestem tym "męskim typem" jak to się paskudnie mówi. Dlatego zawsze mam ubaw, kiedy ludzie odkrywają, że Kasia jest ze mną - kobieca, delikatna (ale silna), często w sukienkach i spódnicach, tańcząca burleskę (o ironio ja się angażuję w scenę drag kingową, czyli Kasia pokazuje swoje ciało i kręci cyckami i sypie brokatem, a ja domalowuję sobie brodę i udaję facetów). Znam z resztą masę dziewczyn, które "nie wyglądają" na bycie z innymi kobietami.
Nie lubię tego podejścia, bo fakt, że czuję się dobrze w spodniach, marynarkach i z krótkimi włosami - również ze względu na moją posturę - nie ma nic wspólnego z moją orientacją. Ale pod powłoką chłopcyczy jest wrażliwa kobieta, która lubi romanse Jane Austin, płakała na trzeciej części Toy Story, lubi być często tulana i głaskana i docenia swoje kobiece ciało. Myślę, że każda kobieta jest silna, bo w ten sposób jesteśmy wychowywane. Socjalizacja pierwotna przygotowuje nas do zajmowania się domem, pracowania, dbania o naszego mężczyznę i dzieci, załatwiania wielu rzeczy od zakupów przez biurokrację na sprawach społecznych kończąc, dbania o siebie i swój wygląd, a na koniec dnia mamy być ciepłe, uśmiechnięte i spełnić małżeński obowiązek w łóżku. To wymaga dużo siły, samozaparcia i kosmicznej energii, żeby udźwignąć.
Ale jeszcze silniejszą trzeba być, kiedy wyznaczasz własną drogę. Kiedy pozwalasz sobie na odkrycie siebie i nagle dochodzisz do wniosku, że niekoniecznie jesteś heteronormatywna, że nie musisz być szczęśliwa z mężem i dziećmi, a może z żoną, albo żoną i dziećmi, że praca w korporacji czy biurze nie jest dla Ciebie i wyrażasz siebie ze swojego łóżka, że trzeba oznajmić rodzinie i przyjaciołom i walczyć z przeciwnościami, z problemami, z brakami stałej pensji. A już spełnianie się w czymś takim jak pisanie - ani pieniędzy, ani prestiżu, pełno pracy, której nikt nie rozumie i nie docenia - to już w ogóle wymaga pełno samozaparcia.
Generalnie kobiety pełne są sprzeczności ;) więc jestem silna i delikatna zarazem. Potrzebuję dużo miłości i mogę dać w mordę. Ot, taka do tańca i do różańca ;)
Chyba to też powoduje, że nam tak dobrze z Kasią - często zamieniamy się rolami i czasem ona jest silna i mnie zbiera, pociesza i wspiera, a czasem to ja jestem "ogarniaczką", a ona może być bezbronną istotką.


Oblicza Czaplickiej
Dzień 5.
MN: Czyli pełna kontrastów... Dobrze, teraz wyobraźmy sobie, że żyjemy w wiosce Smerfów... Którym (albo którą) byłabyś i dlaczego? 

MC: OH serio? Smerfem? Byłabym sobą, bo nie jestem żadnym ze Smerfow, tylko jestem Moniką. Czasem bardzo wesoła, czasem mającą doła. Z otwartym sercem. Z ciętym językiem i tendencją do przemądrzania się, jak Waźniak. Bywam siłaczem, kiedy otwieram zassany słoik z ogorkami. Jestem Smerfetką jak się umaluję i idę odstawiona na randkę z Kasią. Jak mam okres mam wielkie pryszcze jak Hogata - mam wrażenie, że Matka Natura dba, żebyśmy nie miały szans na sex w te dni. Bywam Pracusiem, kiedy piszę książkę albo robię coś, na co mam zajawkę. Mój tata jest jak Papcio Smerf :)

W przeciwieństwie do Smerfów nie lubię szukać przygód, bo jestem domatorka i chętnie zostanę w łóżku oglądać dobry film, przeczytać fajna lekturę, a najlepiej po prostu być blisko i pogadać. Jestem gadułą, jeśli ktoś by przypadkiem tego nie zauważył ;)

Mój dziadek fajnie udaje Gargamela, kiedy mówi, że nie cierpi Smerfów. Ale to jakoś nie była moja ulubiona bajka. Jestem dzieckiem bardziej wychowanym na Cartoon Network, więc mam sentyment do Atomówek i Dextera. Z resztą zawsze miałam z tym ostatnim serialem problem, ponieważ mam starszego brata, który jest bardzo, bardzo mądry. Najlepszy student SGH, ukończy dwa kierunki jednocześnie, pracował w Senacie,ma teraz zajmuje się dyplomacją w Europarlamencie. Ja zawsze byłam raczej jak Dee-Dee: co prawda nie tańczę i nie bawiłam się kucykami (raczej bronią palną i samochodzikami), ale byłam głupiutka, miałam tendencje do psucia różnych rzeczy i bałam się, że tak już zostanie. Nawet nie wiesz jak się ciesze, źe wyrosłam! Bo wyrosłam, prawda?

Do teraz lubię oglądać filmy animowane - uważam, że mają wszystko, co powinien mieć dobry film: prostą historię, mocne postacie, dobrą muzykę, humor, akcję i puentę. Zdecydowanie wolę animacje niż 5 warstw komputerowych efektów specjalnych w filmach "dla dorosłych".

W ogóle muszę się wyoutować, że bardzo lubię musicale. Chyba był Smerf od muzyki? Jak nie, to zawsze był bard z Asterixa i Obeliksa. Jestem muzykalna po mamie, która ma słuch absolutny i grała wiele lat na fortepianie - włącznie z tym, ze zdała maturę muzyczną na ten instrument. Sama nie bardzo gram - trochę podstawowych rzeczy na pianino, ale komponuje muzykę. Wszelaką, bo nie ograniczam się do jednego gatunku. Słucham głównie muzyki klasycznej i filmowej (RMF Classic), ale moje twory to raczej pop, hip-hop i elektro. Co jest jedną z tych rzeczy, które nas dzielą z Kasią, bo ona słucha jakiś podstarzałych rockmanow czy czego tam. Dużym wyzwaniem było dla mnie chodzenie z nią na Openera, ponieważ nie znoszę dużych spędów ludzi - możliwe, że czułabym się źle w wiosce Smerfów, chociaż kocham metropolie - ani tego typu muzyki, a jednak miłość robi swoje i dzielnie chodziłam z nią po tym klepisku i słuchałam muzyki, której nie rozumiem. Ale dzięki temu po pierwsze dużo bardziej odkryłam Marię Peszek, której wcześniej za bardzo nie słuchałam, a po drugie zakochałam się w Disclosure, co połączyło nas z Kasią :) Jeden z wielu przykładów jak nasze różnice nas rozwijają. Myślę więc, że jakbym trafiła do wioski Smerfów, to chciałabym się dowiedzieć czy są w okolicy inne plemiona. Nie, to się wcale nie kłóci z moim domatorstwem. No dobra, może troszeczkę. Ale od tego mam social media :) mogę zostać w łóżku, głaskać Kasie po głowie, a zarazem odkrywać nowe, nieznane przestrzenie, informacje i ludzi. Ale spokojnie. Potem i tak muszę wyjść z domu - zakupy same się nie zrobią. Poza tym nie da się pisać, jeśli się nie wychodzi i nie ma swojego życia poza światem wirtualnym. No i czasem jest miło iść na spacer za rękę z ukochaną. W wiosce Smerfów miałabym przerąbane - przecież tam jest tylko Smerfetka! #foreveralone ;(

Dzień 6.
MN: Smerfetko, czy ukończenie studiów dziś gwarantuje sukces? Czy może wręcz przeciwnie - jest stratą czasu? 
MC: Napisz elaborat czemu nie jesteś Smerfetką, to i tak zostaniesz prowadzona do swojej płci. Ech.
Kasia, jak jej powiedziałam jakie miałam ostatnie pytanie powiedziała, że kategorycznie muszę dodać, że jestem też Marudą - toteż czynię.
Co do studiów - trudne pytanie. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że w tej kwestii jest kilka obszarów, na które trzeba zwrócić uwagę:
Po pierwsze mamy jakieś kilkanaście procent społeczeństwa z wyższym wykształceniem, co jest całkiem przyzwoitym wynikiem, ale bardzo nam to wzrosło ostatnimi czasy.
Po drugie, nie każdy musi i powinien studiować. W tej chwili jest to dziwne parcie, że studia to jedyne rozwiązanie. Bzdura. Jest wiele bardziej praktycznych i kierunkowych sposobów na edukację od zawodówek przez technika, szkoły policealne, kursy podyplomówki itd. 
Po trzecie, i pewnie dużo osób się zdenerwuje, ale uważam, że poziom studiów leci na łeb na szyję i dlatego powinny być studia płatne. Kredyty studenckie, stypendia, spłacanie tego w wolontariacie studenckim - różne rozwiązania, które pozwolą uniwersytetom i politechnikom zacząć wreszcie prosperować, a nie tylko łatać i markować.
Po czwarte wiele osób nie rozumie idei studiów. To nie jest liceum bis, gdzie Ci się każą nauczyć i będziesz taki mądry z tytułem naukowym, tylko to pewien inkubator: z jednej strony towarzyski - bardzo wiele znajomości z tego okresu ma wpływ na Twoje dalsze życie, z drugiej strony życia - imprezy, problemy, samodzielność (jestem gorącą zwolenniczką, żeby przestać mieszkać z rodzicami na studiach), z trzeciej inkubator intelektualny. Na studiach się nie uczysz. Poznajesz pewne podstawy, a potem się rozwijasz w obranym przez siebie kierunku. To się dotyczy zarówno medycyny, prawa, polonistyki, matematyki, asp, kulturoznawstwa czy biotechnologii. Studia nie przygotowują do zawodu i ktokolwiek to wymyślił zrobił wielu osobom dużą krzywdę.
Znasz jakiegoś lekarz po studiach? Nie. Masz praktyki, specjalizację i różne inne formy praktykowania zawodu. Prawnicy mają aplikacje i też różne staże. Osoba po studiach posiada pewną wiedzę w wybranym przez siebie obszarze. Powinna wiedzieć czego szukać, gdzie, w jaki sposób dawać sobie radę, mieć stosowny kontekst - tego typu rzeczy. Zawód to jest praktyka. Żadne studia nie nauczą Cię jak być dziennikarzem w redakcji, adwokatem czy chirurgiem.
Z resztą kolejny problem to to, że mając lat 18/19 kiedy wybieramy studia zdecydowana większość ludzi nie ma pojęcia co chce w życiu robić. Ja wybrałam metodą wykreślania, czyli czego na pewno nie mogę robić i została mi europeistyka, dziennikarstwo i socjologia. Uznałam, że ta środkowa opcja jest głupia, bo dobry autor posiada wiedzę wykraczającą sztukę pisania, którą ćwiczy się w praktyce, a historia dziennikarstwa nie jest dla mnie, europeistyka była byt blisko nauk politycznych, a to nie moja bajka, więc wygrała socjologia, o której nic, naprawdę NIC, nie wiedziałam i okazało się, że trafiłam. Ale masa ludzi nie trafia.
Co mam Ci napisać? Że znam wiele wartościowych osób, które się nie obroniły? Że znam nawet dużo inteligentnych bestii bez studiów? Jasne, że tak.
Co kieruje moje myśli w stronę idei CV. Jest to jedna z najgłupszych rzeczy jakie znam. Jak ktoś, na podstawie nie tylko dość standardowej formułki, ale kilku punktów typu pracowała w x, ma ocenić czy jestem odpowiednim pracownikiem? Nie da się. Uważam, że rekrutacja powinna odbywać się na podstawie zindywidualizowanych kryteriów: nagrywanie filmików o sobie, jakaś grywalizacja, specjalne kwestionariusze czy zadania, portfolia projektów przy których się pracowało... dlaczego filmom wystarczy informacja, że pracowałam w agencji X? Nazwy stanowisk są takie, że nigdy nie wiesz czy pracownik parzył kawę czy zajmował się reaktorem jądrowym. Moim dzisiejszym hitem był Performance Specialist, który okazał się po prostu analitykiem SEM.
Wtedy okazałoby się, że nie studia, wpisane w górnej części CV byłyby ważne, tylko konkrety - umiejętności, projekty, doświadczenie, charakter. To ma znaczenie w pracy. Z resztą to, jak nikt nie zwraca uwagę na studia wskazuje fakt, że nigdy nie pyta się o to jak ktoś sobie dawał radę. Fakt skończenia studiów na 3 jest tak samo "wartościowy" jak skończenie na 5. Ewentualnie liczy się uczelnia, ale wszyscy sobie zdajemy sprawę, że bywa i tak, że wyższa szkoła lansu i bansu ma przyzwoity poziom, a uczelnia ĘĄ ze stuletnią czy ilu tam tradycją jest po prostu żenbudą, w której studenci są traktowani jak przeszkadzajki.
Mam ochotę zrobić dygresję o tym jak wkurza mnie, że zmusza się ludzi do robienia doktoratu, żeby mogli prowadzić zajęcia przez co ludzie, którzy chcą robić karierę naukową muszą uczyć i mamy słabych wykładowców, a ci, którzy są w tym dobrzy muszą męczyć się pisząc jakieś naukowe gnioty. Ale nie będę o tym, bo szkoda czasu.
Nie żałuję moich studiów, bardzo dużo mi dały przydatnych narzędzi i wiedzy do rozumienia social media, ale cieszę się, że zaczęłam pracować na pierwszym roku. Bo rozwój rozwojem, ale praktyka przede wszystkim.
Tylko też nie chodzi o to, żebyśmy mieli tylko wyrobników, którzy klepią posty i kampanie od lat - wiedza i rozwój tez są potrzebne, żeby przejść na wyższy level. Taka symbioza.
A co Cię tak naszło to pytanie o studia? Różne dyskusje o potrzebie studiów z social media i blogowania? Nie widzę tego. Z jednej strony za wąsko, z drugiej zbyt zmienne, z trzeciej dopiero to się niedawno zaczęło, a my już chcemy robić z tego magistrów? Podyplomowe, kursy, szkolenia - jasne. Ale 3 lata studiów to moim zdaniem nie najlepsze rozwiązanie. Widzę to jako studia socjologiczne ze specjalizacją social media.
Ale to ja i mój idealny świat ;)

Dzień 7.
MN: Może smerfetka to "wisienka na torcie", może to po prostu komplement? Zarówno pytanie o wioskę smerfów, jak i o studia jest celowe. Wg mnie odpowiedzi na takie pytania mocno ukazują osobowość. Odpowiadając na poprzednie pytanie dałaś upust pozytywom; jest tam sporo szczęścia, zadowolenia. A co wkurza Monikę Czaplicką? Co jest w stanie doprowadzić Cię do szału i wyprowadzić z równowagi?
 

MC: Wisienki, to akurat lubię. Obłędnie :)
Jestem pozytywnym człowiekiem, bo nie lubię się denerwować. Dużo częściej się stresuję, boję i źle czuję niż reaguję złością czy agresją. Ten model tak ma.
Co mnie może zdenerwować? Bezsilność. Pewnie jak każdego. Nie przepadam za głupotą, ale zdaję sobie sprawę z tego, że ciężko ją ocenić. Dla mnie coś może być głupotą, ale ktoś inny ma swoje poglądy, doświadczenie i spojrzenie na sprawę. W ogóle mam straszną tendencję do roztrząsania wszystkiego i empatycznego podejścia do tematu. W ten sposób nie jestem w stanie się na kogoś wkurzyć, bo zawsze rozumiem skąd ktoś coś czuje czy coś powiedział.
Mnie się rani, a nie wkurza. Chociaż czasem mogę reagować agresją na zranienie. Ale to muszę się bardzo bać.
W jakimś wymiarze denerwuje mnie homofobia, rasizm itd., ale znów - rozumiem skąd u ludzi takie podejście i mimo, że się nie zgadzam, to szanuję. Więc ciężko mi się denerwować.
Może denerwuję się, kiedy ktoś usilnie nie rozumie co do niego mówię/piszę. Wkurza mnie brak sprawiedliwości. Jasne, że czasem przechodzą na czerwonym świetle i robię inne straszne nielegalne rzeczy, ale wpienia mnie, kiedy zgłaszam fanpage Jebać wegetarian i wegan po raz kolejny, a Facebook uważa, że wszystko jest ok.
Ale raczej się nie denerwuję, bo to nic nie daje - ja się pieklę i z tego nie wychodzi nic dobrego. Zamiast tego staram się odczuwać inne emocje. Nie jest to łatwe, ale praktyka czyni mistrza.
Staram się myśleć pozytywnie, bo słowa mają siłę. Nauczyłam się, że to, o czy mi jak myślimy ma bardzo duże znaczenie na to, jak postrzegamy świat.
Byłam bardzo pesymistyczną osobą. Aż przeczytałam książkę o optymizmie i nagle do mnie wiele rzeczy dotarło. Poczynając od tego, że zawsze uważałam, że porażki są moją winą, a sukcesy zdarzają mi się, bez mojego udziału. Przez to, że często myślałam o sobie i tym co robię albo negatywnie albo "mogę lepiej". Teraz od czasu do czasu siadam i przyznaję sama przed sobą: to mi się udało, to osiągnęłam, to jest wartościowe. Zupełnie inaczej się z tym czuję. Aż po to, że codziennie staram się myśleć coś dobrego. Że ładna pogoda, zjadłam coś fajnego, Kasia mnie tuliła, napisałam posta na bloga albo po prostu to, że czuję się dobrze - przecież to nie takie oczywiste.
Mam tendencje do martwienia się - zamartwiania się - i tego też próbuję się oduczyć. Bardzo często nie mam wpływu na jakieś rzeczy czy sytuacje, a jednak się męczę - kompletnie bez sensu.
Chcę myśleć pozytywnie, bo mam tendencje do wpadania w doły - kilka lat temu cierpiałam na depresję i stany lękowe - muszę więc uważać na to co czuję. To trochę jak z ex-alkoholikiem - zawsze może wrócić.
Ale nie narzekam. Odkąd jestem z Kasią jest mi dużo lepiej, mimo, że nasz związek nie należał do łatwych - stawiamy czoło wielu przeszkodom poczynając od odległości - mieszkam w Warszawie, Kasia w Trójmieście. Ale moja romantyczna dusza wierzy, że prawdziwa miłość przezwycięży wszelkie przeszkody, więc dajemy sobie radę i czuję się dużo bezpieczniej i spokojniej. I w razie czego mam kogoś, kto mnie ogarnie albo kogo ja muszę ogarnąć - to też ułatwia zarządzanie emocjami.
Wolę się wycofać niż bić, czego pewnie nie widać po tym co robię w sieci, czyli zwracaniu uwagi na nieprawidłowości i błędy. Ale to wynika z mojej tendencji do pedantyzmu z jednej, a zdolności do krytyki z drugiej. Staram się jednak zawsze robić to konstruktywnie i przedstawić jakieś rozwiązanie. Co przy okazji przypomniało mi, że może nie tyle denerwuję się, ile nie rozumiem i robię facepalm na reakcje ludzi na im zwracanie uwagi na błędy, które popełniają. Kiedy napiszę komuś, że robi nielegalny konkurs, to większość na mnie nakrzyczy albo zablokuje. Tylko jedna na kilkanaście osób napisze do mnie z pytaniem co można z tym zrobić i bardzo chętnie im pomagam.
Żeby nie było, że nie stosuję - napisała do mnie dziewczyna na Wykopie, że nie powinnam czegoś dodawać jako znaleziska tylko korzystać z mikroblog. Porozmawiałyśmy i teraz odkryłam nowe połacie Wykopu, dzięki temu, że zamiast uznać, że jestem social media ninją i wiem wszystko, zaczęłam zadawać pytania.
Może się nie denerwuję, bo jestem zodiakalną wagą? Może po prostu taki typ... 

Dzień 8.
MN: Kiedyś Elisabeth Bumiller w "New York Timesie" analizowała odpowiedź George W. Busha na pytanie "co masz na swoim iPodzie?" Dziś ja poproszę Cię o to, byś wymieniła pięć najważniejszych dla Ciebie utworów i powiedziała dlaczego. Krótko. 
MC: Wait! Jak to krótko? I jak to 5 utworów? To jakbyś mnie poprosił o 5 ulubionych filmów albo książek. Nie da się!

Nasz utwór z Kasią. Po raz pierwszy usłyszałam tą piosenkę jak byłam u Edie w kuchni i aż odpaliłam Shezam, żeby sprawdzić co to. Później odkryłam, że teledysk do tego utworu jest przeuroczy z trzema całującymi się parami - w tym jedną parą dziewczyn ;) - a ja coraz bardziej lubię ten kawałek. A kiedy usłyszałam go na Openerze na żywo, była ze mną Kasia i miałyśmy... bardzo miły wieczór... no cóż. Dość powiedzieć, że jest to utwór, który i się bardzo dobrze kojarzy.
Z innych utworów w tej kategorii mamy I melt with you Nouvelle vague, The XX, Sex on fire King of Leons, muzyka z Gatsbiego, Blue Jeans Lana Del Rey, Marysia Peszek, Get Lucky Daft Punk

Czyli muzyka związana z moimi kobietami. Sama book of love jest bardzo pięknym utworem, ze świetnym tekstem i będzie mi się zawsze kojarzył z magdą.
W ogóle muzyka jest czymś, co współdzielę. W samochodzie zawsze mam playlistę Rodzinną, czyli stworzoną przez muzykę moich dziewczyn. 
Noah and the Whale - 5 Years Time, Patrick Woolf, Gentelman, The Streets, Dumb ways to die, Hey i Lao Che, FISZ, Paktofonika, Linking Park, Madonna... mogłabym długo wymieniać.

3. Toccata i fuga Bacha - różne wykonania
Mam dwie płyty z różnymi wykonaniami toccaty i fugi Bacha. Moja muzyka, czyli muzyka filmowa i klasyczna. Musicale - strasznie lubię. Filmy animowane z dobrą ścieżką dźwiękową. Ciekawe utwory X Muzy. Na Spotify można znaleźć 8 godzin playlisty filmowej, którą stworzyłam. Najwięcej tam utworów Disneya, ale klasycznych soudtracków też. Muzyką klasyczną zaraził mnie dziadek, ale trochę też mama. Posłuchajcie sobie: Sound of Noise - Music for One Apartment and Six Drummers - jest ciekawe z filmu Sound of Noise.

Utwory, które wzmacniają, wzruszają i były przy mnie w wielu momentach mojego życia. Swoją drogą Sarę uwielbiam (King of Anything!), a ten utwór pojawił się w kilku produkcjach o tematyce lesbijskiej. Mam słabość do muzyki kobiecej. Kiedyś słuchałam Kayah, Reni Jusis i Anny Marii Jopek - mam słabość do lekkiego jazzu, ale teraz chyba bliżej mi do popu i r'n'b. Tracy Bonham - Wheter you fall, Anna Maria Jopek - Niebo, Marysia Peszek - Moje iasto, Marika - Widok...

Klasyka rocka i nie tylko. Tata mnie zaraził. Elvis, Rock around the clock, twist, jazz. Początkowo nie byłam przekonana, ale z czasem jakoś uległam urokowi - wiesz, takich wspomnień czar... ;) Mam kolekcję muzyki z Dziennika i chętnie wrzucam sobie płyty z lat 50/60/70. To też zawsze killer na imprezach. Ludzie zawsze się dobrze bawią przy starociach...

jeszcze jest tyle utworów, którymi chciałabym się podzielić. Ale jak pięć, to pięć, chociaż się czuję oburzona :P
MN: Zasady to zasady :) 

Dzień 9.
MN: Rozmawialiśmy już o emocjach, homofobii, ludziach. Wznieśmy się wyżej - pomówmy o gwiazdach. Swoimi aktywnościami ściągasz uwagę. Jesteś rozpoznawalna. Czy znanym ludziom popularność przeszkadza, czy wręcz odwrotnie? 

MC: Rozpoznawalna? Bo parę osób z branżuni wie kim jestem? Rozpoznawalna byłabym gdybyś wyszedł na ulicę i byłaby szansa, że jedna na kilkadziesiąt osób wie kim jestem. Mam podstawy wątpić, żeby tak było ;)

Poza tym bycie rozpoznawalnym, to niekoniecznie bycie gwiazdą. Zdaje mi się, że Trynkiewicz jest rozpoznawalny, ale chyba nie nazwałabym go gwiazdą.

Ciężko mi więc wypowiedzieć się na temat rozpoznawalności i popularności, bo mnie to nie dotyczy. Ale mogę ująć to trochę socjologicznie.

Bauman przekształcił znany cytat Kanta na "Widzą mnie, więc jestem". Wszyscy mamy potrzebę być zauważani. W końcu od czego są te wszystkie profile w social media? Utrzymywanie kontaktu przez telefon i maila wystarczy. Po co robimy zdjęcie temu co jemy? Dlaczego tak chętnie dzielimy się informacjami z naszego życia prywatnego? Chcemy być gwiazdami na kilka chwil. Kolekcjonujemy znajomych, cieszymy się z kolejnych lajków, czy w bardziej zaawansowanej wersji z rosnącego Klouta, staramy się pokazać z jak najlepszej strony - wybieramy odpowiednie kadry, decydujemy co opublikować, wybieramy stosowne treści.

Chcemy być popularni. To znaczy fajni. Żeby nas lubili. Żeby cenili nasze zdanie. Żeby dostawać promki i dobre oferty.
Śmieję się, że prawdziwym testem na popularność jest atak trolli / hejterów. Trzeba się napracować, żeby popchnąć kogoś do takiej krytyki. Rzeczywiście ktoś musi wiedzieć o tym co robisz i musi być wystarczająco np. zazdrosny o Twoje efekty, żeby coś z tym zrobić. Jak Ci już pisałam nie mam problemu z hejtem, bo jestem do niego przyzwyczajona: moja orientacja, mój wygląd, mój charakter, a czasem nawet praca są obiektem żartów i negatywnych komentarzy. Ale wierzę, że dla wielu osób to może być bardzo ciemna strona popularności. Trzeba nauczyć się radzić sobie z nieuzasadnioną krytyką, dziwnym zachowaniem ludzi. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie jestem zupą pomidorową, że muszę się wszystkim podobać i jest w tym dużo racji. Jeśli nauczymy się radzić sobie z tym, że popularność to też te negatywne zjawiska mamy możliwość cieszyć się z tego co mamy.
A to naprawdę niesamowite. Nie twierdzę, że ludzie nie pomagają innym ludziom, jak nie są bardziej kojarzeni z tego, czy innego powodu, ale wiadomo, że komuś, kogo więcej osób zna jest łatwiej. Z mojego podwórka: Krzysiu Kotkowicz udostępnia mi za darmo swoje serwery - Angry Bytes opiekuje się czaplicka.eu. Brand24, Sentione, Newspoint, Instytut Monitorowania Mediów, Sentione oraz Press-Service pozwalają mi korzystać ze swoich zasobów do analizowania kryzysów. Ania Roszman za dobre słowo robi korektę moich wpisów na bloga. Tomek Jeziorski z Adencji zobaczył, że moja tabela o aplikacjach konkursowych jest niemobilna i zaproponował, że przygotuje responsywną* wersję. Piotrek Malinowski z Sixboxes zaprojektował mi logotyp, Góralski, Bastardo - marki, które obdarowały mnie darami losu. Ale najbardziej, najbardziej się cieszę, kiedy utrzymuję kontakt z osobami, które szkoliłam. Objechałam kawał Polski, więc tych niesamowitych ludzi bym musiała wymieniać przez następnych paręnaście linijek tekstu. Muszę jednak stwierdzić, ze najbardziej zaskoczyli mnie absolwenci Akademii Socjomanii. Na święta dostałam naprawdę dużo prezentów - słodycze od Puffins, kalendarz i płytę od lasów Państwowych, darmowe pizze od Telepizza - a są to przecież ludzie, którzy normalnie przychodzą na płatny kurs, spędzamy ze sobą kilka godzin, a potem rozchodzimy się. Ale okazuje się, że te relacje, podtrzymywane przez media społecznościowe, żyją.
Myślę, że to jest dużo fajniejsze - nie to, czy ludzie mnie rozpoznają, czy jestem popularna, ale czy jestem w stanie nawiązać fajne relacje z mieszkańcami internetu. Że mogę z nimi porozmawiać, możemy sobie pomóc - żeby nie było, ja też coś od siebie daje innym. Strasznie to lubię, że mogę poznać tyle osób, wymienić się wiedzą i doświadczeniem, czegoś nauczyć. To jest chyba najfajniejsza część popularności.
Strasznie się cieszę, że mogę Ci tyle opowiadać o pozytywnych doświadczeniach i o tym jak ludzie fajnie przyjmują mnie i książkę, a tych sytuacji, że ktoś narzeka, marudzi albo krytykuje bezsensu jest dużo, dużo mniej.
Ale kto wie co będzie jak wystąpię w jakimś tańcu z pisarzami albo innym jak oni nie umieją śpiewać ;)

*MN: wersja responsywna to taka, która dopasowuje automatycznie rozdzielczość strony do urządzenia. 

Dzień 10.
MN: Monika, nasza rozmowa dobiegła końca. Była niezwykła i pozytywnie mnie zaskoczyłaś. Teraz ja - zgodnie z umową - powinienem zaskoczyć Cię ostatnim pytaniem, tak? Ok. Gdybyś miała JEDNYM SŁOWEM podsumować to wszystko, co wyżej napisałaś, ten wywiad, rozmowę emocje i prawdę... Jakiego wyrazu byś użyła?
MC: Jak to jednym słowem? Czuję się jak Schakespearowski Henryk V, który przynajmniej 3 strony tekstu tłumaczy Katarzynie jak bardzo nie potrafi powiedzieć jej co czuje! Ale ok - wyzwania są po to, żeby przyjmować je na klatę. Jak widać po mojej dorodnej klacie idzie mi to dobrze ;)
Pozwolę sobie zacytować kobietę, którą podziwiam - Mery Poppins - i słowem na podsumowanie naszego wywiadu byłoby: supercalifragilisticexpialidocious. Słowo, które może zmienić życie. Moje zmieniło się, kiedy spotkałam Kasię. A mogłam ją poznać, bo pojechałam występować na festiwalu teatralnym, bo rzuciłam pracę, a zrobiłam to, bo postanowiłam pisać. Co też czynię :)

MN: Bardzo Ci dziękuję za czas i chęci!
MC: Ja też Ci dziękuję za ciekawą przygodę przez 10 dni. Zmusiłeś mnie do pisania i do przemyślenia pewnych rzeczy. I zdradzę Ci w tajemnicy, że dzięki Tobie zdałam sobie sprawę jaką drogę przeszłam przez ostatni rok. Teraz nie wiem czy to dorosłość, miłość, szczęście czy wszystko na raz. Ale po raz kolejny przekonałam się, że rozmowa i interakcje z innymi ludźmi to jest to, co najbardziej mnie rozwija. Dziękuję :)
- - -

Realizowany w okresie od 24 marca do 2 kwietnia 2014. 

Mikołaj Nowak i Monika Czaplicka