wtorek, 29 kwietnia 2014

Bartosz Kowalski: znaczek czasów [WPIS GOŚCINNY]

Czym jest hashtag? Do czego służy? 
Czy to nowoczesne miejsce na kółko i krzyżyk? Czy przydatne narzędzie social media? 

Postaram się przybliżyć znaczenie czegoś, co rozpoczęło swoje życie w odległych dla nas czasach. Stało się to podczas zapisywania nut... 1-2-3 jak to się nazywało? 

Aż tak nie znam historii kto był założycielem naszego pięknego #.
W dzisiejszym świecie mógłbym zacząć od słów „Pierwszy” a może teraz #Pierwszy? 


Może tak mógłby napisać nie jeden z wirtuozów tamtych czasów „dzieciak początków nie pamięta widział to tylko na zdjęciach” 
A czy my, czy nasze pokolenie, może nazwać się wirtuozami, gdy tworzymy nowy hashtag i ktoś go powtarza? To tak jakby ktoś grał naszą muzykę. 
Czy możemy mieć wtedy powody do dumy? Co robią zwykłe słowa z dodany „krzyżykiem”?
Ile razy zadajemy sobie proste pytanie, czy ktoś polubił post, wpis, zdjęcie i nie był to wasz znajomy tylko człowiek zupełnie obcy? Najczęściej z zupełnie innego zakątka świata. Internet jest podobno wszędzie, jedynie u mnie nie ma.

Gdzie spotkamy hashtagi?

Instagram, Twitter, Tumblr - aktywnie. Google+ Facebook itp. etc... Kto da więcej? 
Czyż to nie jest miejsce spotkań społeczeństwa? Czyż użytkownicy nie podążają za... właśnie za czym? Za trendami? 

#yolo 

W dzisiejszych czasach hastag to oddzielna społeczność jak: punk, skate, czy też facet w garniturze :) 
Hashtag to miejsce spotkań. Każdy kto kliknie i wpisze np.:
#TakWlasnie#NieZnamSie 
...przejdzie do wspólnego świata informacji. Zagłębi się w tematykę, którą uważa za słuszną, Ciekawą. 
Przenieś się do wirtualnego świata, tak jak w Sali Samobójców.
Każdy patrzy na to, czy ktoś nie zrobił ciekawszego wpisu.




Bartosz Kowalski

#Startup :) to cały świat! To tyle możliwości. Poznałem dzięki temu kilku ciekawych ludzi z drugiego końca świata.
Zobaczmy, co wyjdzie z tych kontaktów. Pewne jest, że coś ciekawego. Staram się nie zaprzepaszczać dawanych mi szans.

Czym jest krzyżyk? "Pan" hastag czy jak tam go możemy nazwać? „Miejsce spotkań”, „lokalna społeczność”, „nowe pokolenie”. Ludzie nie doceniają mocy tego narzędzia.
Bardzo mnie to dziwi. Tylu specjalistów SM i żodyn nie docenia. Chyba się wstydzą?
Czy to może inny problem? 

Ja tam #NieZnamSie i pozostawiam #Was w tym nowym, wirtualnym świecie. 
Poznajcie jego tajemnice i możliwości.


Bartosz Kowalski





"Teraz wybierz ilustrację i napisz dlaczego akurat ta..."
Poprosiłem Bartka, by wybrał dowolny obrazek z portfolio Darka Pali. Wybór wiele mówi o człowieku. Bartosz wybrał "zielony mózg" pisząc po prostu: "mózg to możliwości, tak samo jak hashtag"
www.darekpala.com 

środa, 23 kwietnia 2014

10/10: Mikołaj Nowak rozmawia z Michałem Sławińskim, pomysłodawcą i organizatorem Czwartków Social Media

Jestem fanem jego siły spokoju.
Steve Jobs widział w ludziach kretynów, albo geniuszy.
Gdybym nim był, powiedziałbym, że Michał Sławiński zmienia świat na lepsze. 



 "just think in 100 years no one will care"


Dzień pierwszy.
Mikołaj Nowak: Wybrałem Ciebie, bo obserwuję, i podoba mi się, trzeźwe podejście do wielu spraw. Powiedz, co Cię irytuje, i kiedy wybuchasz. Są takie momenty? 

Michał Sławiński: Jak najbardziej są! To, że w dyskusjach w sieci jestem odbierany jako spokojny i rozważny, to efekt częstego powstrzymywania się przed odpowiedzią, wzięcia kilku głębszych oddechów. Odejścia od komputera. Niestety w kontaktach poza siecią nie jest już tak łatwo i zdarza mi się powiedzieć kilka słów ostrzej. Ja mam taki problem, czego na szczęście w sieci nie widać, że mój ton głosu często wydaje się agresywny, atakujący, pomimo tego, że wcale nie chcę tak brzmieć. Pracuję nad tym, ale nie zawsze mi się jeszcze udaje.

Co mnie irytuje, kiedy wybucham? Sporo zjawisk i ludzkich działań mnie irytuje, ale wymienię kilka tych, które chyba najbardziej. Najczęściej brak racjonalnej reakcji na racjonalne 

i niepodważalne argumenty. Ludzkie zacietrzewienie, zafiksowanie się na swoim, nieumiejętność przyznania racji. Cenię ludzi, którzy w dyskusji dają się przekonać, przyznać "miałeś rację, myliłem się". Dziś to wyjątkowa rzadkość, bo taka reakcja jest traktowana jako porażka, a moim zdaniem jest na odwrót. Nie myli się tylko kamień na polu, każdemu zdarza się wypracować sobie mało trafną opinię na jakiś temat, spowodowaną nieprawdziwym zdaniem innych czy brakiem wiedzy o pewnych faktach. Pewnie, to nie jest łatwe, ale nic nam się nie zmniejszy, jak czasem przyznamy komuś, że miał rację. Lepsze to niż uparte trzymanie się błędu. Poza tym wkurza mnie coś, co nazwałbym "podwójnym standardem", to mnie naprawdę doprowadza do szału. Czyli sytuacja, w której np. ktoś znany w branży X krytykuje markę X, Y i Z za złe traktowanie klientów, niewłaściwe podejście, a kiedy przychodzi się jako klient do jego biznesu, spotyka się dokładnie to co krytykował. 
Dziś dużo osób kreuje swój wizerunek w sieci. Problem polega na tym, że często na kreacji się kończy, na manifestowaniu, bez prawdziwego działania. W tym kontekście niezwykle irytujące jest dla mnie poczucie wyjątkowości i potrzeby specjalnego traktowania np. przez blogerów, coś, co też określiłbym jako "podwójny standard". To są niby takie żarty, ktoś napisze na stronie na Facebooku telekomu, że nie ma zasięgu, pojawią się znajomi, którzy komentują w stylu "zróbcie to szybko, to bloger, zrobi Wam źle jak mu nie pomożecie". 
Żarty, nie żarty, ale moim zdaniem takie podejście, nawet wyrażane przez blogera czy influencera z przymrużeniem oka, jest żenujące i irytuje mnie niezwykle. 
Dobra, nie chcę dalej o tym mówić, bo zaczynam się wkurzać...


O co chodzi? Czytaj dalej :)

Dzień drugi.

MN: Marki wolą traktować specjalnie blogerów i influencerów obawiając się reperkusji z ich strony? Na tym polega siła internetu?
MS: Nie, to raczej rzadka motywacja marek. Jeśli się obawiają, to po prostu się do nich nie odzywają. Blogerzy i influencerzy stali się atrakcyjni, ponieważ, w dużej mierze dzięki mediom społecznościowym, dysponują sporym zasięgiem. Poza tym część z nich ma również swoją społeczność, osoby bardzo zainteresowane działaniami blogera/influencera, podatne na sugestie ze strony swojego "idola". Dla marek to prostsze, skorzystać z czyjejś popularności, zapłacić za rekomendację czy nawet zwyczajną wzmiankę. No i nie wygląda to jak reklama, a ludzie dziś coraz mniej reklamy lubią, więc trzeba robić wszystko, żeby udawać, że się nie reklamuje. Może to trochę upraszczam, ale w sumie tak to mniej więcej działa moim zdaniem. Także myślę, że Ci najbardziej zmanierowani, przekonani o swojej zajebistości, są najmniej atrakcyjni.

Siła internetu - jak się nad tym zastanowić, to siłą mogą być akcje, działania, dobre pomysły, sam internet jako taki, czy ma siłę? Jeśli ma, moim zdaniem największą jego siłą jest to, że mamy go pod ręką i to my go współtworzymy, a przynajmniej wybieramy, co sobie z jego bogactwa tłoczymy do głowy. Ta interaktywność, przepływ informacji między twórcą a odbiorcą. W mediach społecznościowych to widać najbardziej, najłatwiej to odczuć, a niestety ciągle są traktowane jak miejsce, w którym po prostu jest dużo ludzi zebranych w pewne grupy, sieć połączeń, do których można wysłać komunikat, nie oczekując odbioru. To jest prawdziwa moc, możliwość dialogu i kontaktu, poznania odbiorcy, zbudowania z nim relacji, przekonania go do siebie. Nigdy w historii marki nie miały takiej możliwości, na taką skalę, to chyba nadal wiele z nich mocno przerasta. Nie wiedzą, jak podejść i zagadać, trochę jak taki nieśmiały, pryszczaty nastolatek na szkolnej dyskotece, który to co chciałby powiedzieć manifestuje jaskrawym napisem na swoim t-shircie...


Dzień trzeci.

MN: Zostawmy już blogerów i influencerów. Skupimy się na istotniejszych sprawach. Może nawet na wydarzeniach bieżących. Gdybyś miał określić płeć Polski to byłaby...
MS: To mnie zaskoczyłeś takim pytaniem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale spróbuję odpowiedzieć zgodnie z tym, jaki obraz Polski kształtuje się w mojej głowie.
 Ja Polskę zdecydowanie widzę jako kobietę. Dorosłą, dojrzałą, ale jeszcze nie starą, jeszcze pełną energii i chęci do działania. Kobietę po wielu trudnych przejściach, emocjonalną, która uroni nad sobą czasem łzę, ale dzisiaj już mocno stąpającą po ziemi. Wydaje się, że wyszła na prostą. Wiele przeszła, wiele wycierpiała, co widać na jej obliczu, ale w jej oczach widać tę głębię, wynikającą z doświadczeń, trochę smutku, trochę mądrości. To co ważne, to że się nie poddała, walczyła o siebie. Nie było łatwo, ale dała radę, bo umie się zmobilizować w naprawdę trudnych sytuacjach. Ta pani jednak nie jest pozbawiona wad, co w przyszłości może na nią sprowadzić znowu kłopoty. W ogóle coś w niej jest takiego, że stale wplątuje się lub jest wplątywana w jakieś problemy. Nie umie przejść obojętnie obok pewnych spraw, pakuje się w dziwne akcje i wychodzi z nich najbardziej ze wszystkich poszkodowana.
 Poza tym ma problem sama ze sobą, kiedy patrzy w lustro, nie podoba się sobie, mówi, że jest brzydka. To skutkuje brakiem pewności siebie wśród innych. Niepotrzebnie, ponieważ jest postrzegana jako postać ciekawa, ważna, z którą warto rozmawiać. Może nie ze ścisłej śmietanki towarzyskiej, tam dominują mężczyźni, ale ma znaczenie. Zresztą śmietanka jest stara i trochę pase, a Polska jest naturalna, energiczna, pracuje i rozwija się. Jej wewnętrzne rozterki, brak wiary w swoje umiejętności nieco ją hamują. Jestem jednak pewien, że to się będzie zmieniać, że jest w stanie nad tym pracować. Ja tak widzę Polskę, jeśli spojrzeć na nią jak na osobę, z perspektywy płci.


Dzień czwarty.

MN: Jednak kobietą... À propos - prowadzisz bloga Sex in Ads - to bardzo ciekawa tematyka! Czy to jakkolwiek odzwierciedla Twój temperament? Skąd pomysł? Jesteś Blogerem?
MS: Seksualność w reklamie i w mediach zainteresowała mnie jeszcze podczas studiów w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych. Miałem tam wprowadzenie do seksuologii czy coś podobnego, zajęcia były bardzo ciekawe, a część przedmiotu poświęcona była właśnie temu, jak prezentowany jest seks w reklamie. Ponieważ reklama jako taka interesowała mnie od bardzo dawna, zacząłem o tym więcej czytać, szukać źródeł. W którymś momencie wpadłem na pomysł bloga - było to w 2009 roku. Dostrzegłem niszę, nikt wtedy nie pisał o tym zjawisku, stwierdziłem więc, że opisywanie i prezentowanie reklamy wykorzystujących seksualność i cielesność będzie fajnym tematem. To dosyć wąska "specjalizacja", raczej blog "Sex in Ads" nigdy nie będzie super popularny, mnie jednak ten temat interesuje, są też ludzie, którzy regularnie czytają i oglądają. Czy to ma związek z moim temperamentem?
 Nie sądzę, to po prostu mnie interesuje, to wszystko.

Blogerem nigdy się nie nazywałem i nie nazywam, prowadzę bloga, to wszystko.

 Gdybym na nim zarabiał, gdyby był moim głównym zajęciem, pewnie bym tak o sobie mówił. Wiem, do czego zmierzasz takim pytaniem, obserwuję Twoją krytykę środowiska blogerskiego. Często zgadzam się z Twoim zdaniem, być może dlatego nie mówię o sobie per "bloger". Ale warto o jednym pamiętać - blogerem jest po prostu ten, kto prowadzi bloga.
 To wszystko. Nie dorabiajmy do tego "state of mind", wszystkie te debaty i dyskusje to budowanie wokół zjawiska blogowania całej ideologi, moim zdaniem niepotrzebnie.
 A liczy się treść, merytoryka, to jest prawdziwa wartość i to trzeba oceniać! Pamiętajmy też o tym, że blogerów są tysiące, jeśli nie miliony w Polsce, a mówi się w kółko o kilkudziesięciu. 
Trochę to denerwujące.

Dzień piąty.
MN: Gdybyś dziś miał wydać książkę to... kto byłby jej odbiorcą?

MS: No proszę, to trafiłeś w moje skryte marzenia, własna książka. Znowu mnie zaskoczyłeś, z tej strony o tym nie myślałem, raczej egoistycznie do książki podchodziłem zawsze i chciałbym, żeby to mnie przede wszystkim zadowoliła, choć trochę. No ale dzisiaj takie czasy, że wszystko jest produktem, więc faktycznie, rozsądnie spojrzeć na książkę z perspektywy czytelnika. Na pewno nie chciałbym napisać niczego o social media, niczego też konkretnie dla branży marketingowej. Książki w tej tematyce szybko tracą na aktualności, a stworzyć coś ponadczasowego jest bardzo trudno. Jeśli coś kiedyś stworzę, to będzie to szalone pomieszanie SF z gdybaniem o filozoficznym charakterze. Wymarzonym odbiorcą jest człowiek inteligentny, myślący swobodnie, otwarty na nowe formy, wyluzowany. Ktoś, kto nie daje się wbić w sztywne ramy i wyrabia swoje zdaniem po tym, jak spróbuje. Pytanie tylko, czy jeszcze tacy będą, jak zmuszę się, żeby coś napisać dłuższego. No i pytanie, czy jeśli będą, to czy to co stworzę, będzie choć w niewielkim stopniu dla nich interesujące. Dużo pytań, brak odpowiedzi. Gdybym złapał złotą rybkę i ta pozwoliła mi wybrać, w jakim stylu będzie moja książka, to wybrałbym coś pomiędzy Vonnegutem, Pielewinem, Cormackiem McCarthym, Tyrmandem i Szczepanem Twardochem. Taki miks to by było coś...

W międzyczasie rozmawiałem też z żoną Michała. On nic o tym nie wiedział.
Kasia Sławińska: 
możesz go jeszcze podpytać o Mały Szary Domek; znaleźliśmy sobie domek  z 1935 roku we Włochach i właśnie kończymy remontować...

"Mały Szary Domek..."


Dzień szósty.
MN: 
Z książek przejdziemy do marzeń. 
Nie lubisz standardów, prawda? Powiesz mi coś więcej o "małym szarym domku
i pomyśle mebli z lego? 
MS: Znowu mnie zaskakujesz, masz całkiem dobrych informatorów. Albo ja tyle informacji zostawiam o sobie w social media, straszne... Standardy, jeśli dobre, solidne, przydatne i estetyczne, mi zupełnie nie przeszkadzają. Nie myślę o sobie jak o kimś oryginalnym, niestandardowym, raczej jestem zwyczajny. Dzisiaj trwa pogoń za oryginalnością, która niestety często kończy się wpadaniem w sztampę i szablon. Patrz cała hipsterka, czy raczej hipsteriada. Przeładowanie formą, brak treści. Lubię natomiast ciekawe pomysły i ludzi, którzy nie boją się ich realizować. Namiętnie przeglądam Kickstartera. I też chciałbym kiedyś wpaść na fajny i nowy (bo innowacyjny, to za mocne słowo) pomysł, stąd np. chęć zabawy w meble łączące drewno z klockami Lego. Więcej na razie nie zdradzę. Co z tego wyjdzie, jeszcze zobaczymy, ale już od maja/czerwca zamierzam swój wolny czas w znacznej mierze poświęcić majsterkowaniu, może nawet stolarce, bo mam do tego całkiem niezłą przestrzeń. Tak się złożyło, że szukaliśmy z moją Kasią mieszkania, żeby się przeprowadzić. Trwało to długo, bo przez prawie rok. Celem było coś na Woli/Ochocie, z windą, bo tej brakuje nam dziś najbardziej. Niestety, nasze wymagania były zbyt wysokie, w Warszawie ceny nieruchomości są jednak kosmiczne, momentami irracjonalne. Żeby nabyć coś naprawdę fajnego, trzeba dysponować sporym budżetem. A to, co było w naszym zasięgu, miało różne mankamenty. Przez przypadek trafiliśmy na Mały Szary Domek, jak go nazwaliśmy, czyli przedwojenny dom we Włochach. No i to była miłość od pierwszego wejrzenia, pomimo tego, że o posiadaniu domu w ogóle nie myśleliśmy. Właściciel, pan będący rówieśnikiem domku, rocznik 1935, zostawił mi swój cały, bardzo dobrze wyposażony warsztat. Zamierzam więc to wykorzystać. Jak to się rozwinie, zobaczymy, sam jestem bardzo ciekaw!


Dzień siódmy.

MN: Nie zostawiasz tyle informacji; gdybyś to robił nie musiałbym pytać informatorów :) Ale jesteśmy profesjonalistami...
Michał, tydzień za nami. Nie będziemy odpoczywać! Wręcz przeciwnie... Sporty ekstremalne - mówi Ci to coś? Dlaczego nie ograniczasz się do biegania i pływania jak inni?
MS: Cofam dobrą opinie o Twoich informatorach. To żart oczywiście, ale w dziedzinie sportów ekstremalnych nazwał bym się podwójnym "słabiakiem", wręcz leszczem. Po pierwsze dlatego, że jak sobie pomyślę o tym, jak niesamowite, fascynujące sporty ludzie uprawiają, i jak wielką radość im to sprawia, to stwierdzam, że jestem... słaby. Jakoś ze 2 lata temu odkryłem, że jest coś takiego jak Wingsuit. To chyba jeden z najbardziej niezwykłych pomysłów, jaki przyszedł do głowy człowiekowi. Dla mnie to totalnie fascynujące, szaleństwo, ale ilość adrenaliny i radocha przy lataniu musi być olbrzymia. Obejrzałem film, i pomyślałem, że to po prostu fantastyczne. I nic nie zrobiłem, żeby spróbować zrobić choć krok w tę stronę. Tym sportom trzeba się naprawdę poświęcić, żeby czerpać z nich prawdziwą satysfakcję. Nie ma radości, jeśli wielu godzin nie spędzisz trenując, zdając kursy, "awansując", zwiększając swoje umiejętności. A to wymaga czasu, ale przede wszystkim motywacji i wytrwałości.
 Mi tego brakuje, żeby zebrać się i zapisać np. na kurs spadochroniarstwa. Skoczyłem raz, teraz żeby dalej to rozwijać, musiałbym się w tym zatracić. I tu moja druga słabość: nie kręci mnie zbytnio próbowanie, pojedyncze doświadczenia. Prezent w stylu ekstremalnego przeżycia bardziej mnie drażni, niż cieszy, bo myślę sobie, że nie mam wystarczająco dużo odwagi, żeby rzucić wszystko inne i swój wolny czas przeznaczyć na zwiększanie własnych umiejętności. Zawsze tak miałem, że wolałem rozwijać się w jednym sporcie, niż próbować kolejnych. To, w czym nie mogę być przynajmniej dobry, nie kręci mnie. Padło na mało widowiskowy i ekstremalny, przynajmniej z pozoru, futsal. Temu się oddawałem. Szło całkiem nieźle, przez 10 lat widziałem progres, byłem coraz lepszy. Niestety, raz byłem od kogoś za szybki i koniec z grą na poziomie, jaki mi odpowiada. Na razie mogę pokopać rekreacyjnie, jeszcze zobaczymy, czy uda się kiedyś zagrać o coś. Także pomimo tego, że trochę rzeczy próbowałem, to nie mam o sobie samym w dziedzinie sportów ekstremalnych, czy nawet tych
z podwyższonym poziomem ryzyka, dobrego zdania. Może jak będę starszy zdobędę się na to, żeby znaleźć sobie taki drugi futsal, w postaci np. spadochroniarstwa. Zobaczymy. A jeśli chodzi o bieganie, to jego wersja bez piłki po prostu mnie nudzi. Popieram cały ten "hype" na bieganie, bo ludzie dzięki temu są zdrowsi, ale nie rozumiem fascynacji tym sportem tak wielu osób. Moim zdaniem nuda. Osobiście zdecydowanie wolę rower, zwłaszcza latem po nocach, czy nawet siłownię. Mam wrażenie, że ludzie są jak lemingi - jak wiele osób zaczyna coś robić, to wmawiają sobie, że to jest fajne i że też będą to robić.

Dzień ósmy.
MN: Michał, tak działa społeczność, która potrzebuje liderów opinii, prawda?
Ktoś musi coś zapoczątkować, by masa praktykowała. Choć irytuje mnie blokowanie miasta, bo tysiące ludzi chcą sobie pobiegać raz na rok.
 

Im bliżej do końca naszego spotkania, tym pytania trudniejsze...
Powiedz proszę, jak byś zareagował, gdybyś dowiedział się, że Twoje dziecko jest orientacji homoseksualnej? 
MS: Nie miałbym z tym najmniejszego problemu! Przynajmniej miałby mi kto doradzać w kwestii trendów w modzie... Współczułbym dziecku i wspierałbym je w walce z nietolerancją, choć mam nadzieję, że kiedy moje przyszłe dziecko będzie miało lat kilkanaście, będzie już znacznie lepiej pod tym względem. Jestem tolerancyjny, zresztą uważam, że to nie jest nawet kwestia tolerancji, a zdrowego rozsądku. Nie wiem jak można odwrócić się od swojego dziecka z powodu jego orientacji seksualnej, tym bardziej, że nie jest to kwestia wyboru! Często jest to chyba obawa o własną orientację, jak w American Beauty... Jak syneczek chla, ćpa i biega po osiedlu z bandą łysoli, bijąc ludzi za spojrzenie, to jest wszystko ok, wyjdzie na prawdziwego Polaka. Ale jak jest gejem, to niech wypie*%$la z domu, to nie jest mój syn. Niestety, nadal często tak to wygląda. Ja zdecydowanie wolałbym w domu dziecko homoseksualne, ale normalne, kulturalne, myślące o przyszłości, z zainteresowaniami, otwarte na świat. Bardziej martwi mnie to, co imponuje dzisiejszej młodzieży, jak spędza wolny czas, jakie wartości (czy ich brak) są dla nich ważne i w którą stronę to zmierza. Jeśli chodzi 
o tolerancję, to wyznaję zasadę, że dopóki ktoś nie robi komuś krzywdy, to niech postępuje jak chce, oby zgodnie ze swoim sumieniem. Może to radykalne, ale toleruję adopcję dzieci przez pary homoseksualne, in-vitro, eutanazję, transplantacje, legalizację narkotyków, prostytucję bez stręczycielstwa, nawet latającego potwora spaghetti. :)

Dzień dziewiąty.
MN: W piarze stosuje się często tzw. fun facts, czyli m.in. ciekawe zestawienia liczb ze zdarzeniami. Opowiesz mi trochę o Waszym zaproszeniu na ślub? :)
MS: Informatorzy jednak dają radę, zastanawia mnie teraz, kto jest Twoją wtyką w moje życie. Nie będę dociekał. Zaproszenie - przygotowywaliśmy je jakoś pod koniec 2012 roku, ja wtedy miałem straszną zajawkę na wszelkie infografiki, zbierałem ich sporo na Pintereście, stąd pomysł, żeby podsumować nasz dotychczasowy, dziesięcioletni związek z Kasią w takiej właśnie formie i zaprosić bliskich na rozpoczęcie kolejnego etapu naszego życia.
 No i z wyliczeń wyszło nam, że razem jesteśmy 87 tys. godzin, ponad 5 mln minut, 
że przebyliśmy wspólnie prawie 56 tys. kilometrów, byliśmy w 154 miastach, 16 krajach, mieliśmy już 15 zwierząt.. Człowiek sobie nie zdaje sprawy z  takich liczb, a one bywają całkiem imponujące, momentami zabawne, nawet wzruszające. Są jednak ważne, przynajmniej dla nas, bo coś o nas mówią i każą nam objąć spojrzeniem większy fragment naszego życia.

 Pomyśleć, zastanowić się. Jak dzisiaj nawet patrzę na to zaproszenie, jestem pod wrażeniem tego, ile razem przeżyliśmy. Walczymy każdego dnia z przyziemnymi sprawami, często zupełnie nieistotnymi, błahymi, ale zajmującymi nasze umysły, i w efekcie gubimy perspektywę, jakieś spojrzenie wstecz, obejmujące więcej niż dziś i wczoraj. Nie oszukujmy się, większość z naszych zajęć każdego dnia nic nie znaczy. NIC. Nasze życie w 75% albo i więcej spędzamy na wysiłku, który do niczego nie prowadzi. Nawet w pracy - jaki czas naprawdę efektywnie przeznaczamy na pracę, tworzymy coś wartościowego, co zostanie zapamiętane
i wykorzystywane przez innych? A ile czasu zajmuje nam papierologia, walka z korporacją, czcze gadanie ze współpracownikami czy scrollowanie Facebooka, kiedy nic wartościowego nie powstaje? Jeśli ktoś jest uczciwy wobec siebie samego, odpowiedź może być jedna.
 Za 10 lat, czy będziemy pamiętać nasze obecne dni? Nie żebym ja był wyjątkiem, też przejmuję się każdego dnia "pierdołami", o których już jutro nie będę pamiętał i tracę czas na rzeczy, na które go tracić nie warto. Wniosek, jaki ja z takiego myślenia wyciągam jest jednak pozytywny - skoro w gruncie rzeczy nasze życie jest błahe, przynajmniej żyjmy wyluzowani jak się da i nie trapmy się niczym, kiedy nie musimy. Bądźmy mili dla siebie. Nie każdy musi dokonać czegoś wielkiego, nie trzeba być zapamiętanym jako rewolucjonista czy reformator. Ale jeśli możemy, żyjmy przyjemnie, to wszystko. Brzmi jak wyznanie lekkoducha, ale mnie najbardziej boli i smuci, że ludzie robią sobie samym i sobie nawzajem tyle problemów, uprzykrzają sobie codzienność, a zupełnie nie muszą. Każdy z nas miał lub ma w pracy taką osobę, która jest upierdliwa i zmusza nas lub innych do rzeczy, które są niepotrzebne, a stresujące czy czasochłonne. Po co tacy ludzie to robią? Nie znajdują odpowiedzi. Kiedyś sobie na kartę miejską wrzuciłem taki cytat: "just think in 100 years no one will care" To miała być wiadomość do inteligentnego kanara, gdybym miał tę kartę nienaładowaną, ale później pomyślałem, że to jest dobra wiadomość do każdego.. No to popłynąłem i dorobiłem swoją ideologię do naszych zaproszeń! Na serio to chcieliśmy trochę nawiązać, w lekkiej i miłej dla oka formie, do całej naszej historii. Ale naprawdę tak uważam, jak wyżej napisałem, żeby nie było. Trochę popłynąłem w dywagacjach, wybacz...




Mikołaj: to teraz ja popłynę i opublikuję...
...unikatowe zaproszenie na ślub Kasi i Michała Sławińskich!

Dzień ostatni.
MN: Michał, to już ostatnie pytanie z mojej strony. Miało być najtrudniejsze i nie możesz go edytować... Ale idą Święta Wielkanocne (dzień 10-ty przypadł na refleksyjny Wielki Piątek), może powinienem być bardziej pokorny?
Niestety pokora nie jest moją mocną stroną.

> Gdybyś mógł EDYTOWAĆ w swoim życiu JEDNO WYDARZENIE to co byś chciał zmienić lub całkowicie wymazać?
MS: I bardzo dobrze, do niepokornych świat należy! Taka opcja edycji to by było coś niezwykłego. Nie wiem czy na pewno dobra, bo każde doświadczenie czegoś nas uczy, nawet to najgorsze. A świadomość, że można coś zmienić czy wymazać zachęcała by ludzi do robienia rzeczy ekstremalnych, mogło by się dziać naprawdę źle. No dobra, pogdybajmy, gdybym miał wybierać, to ten wybór nie byłby łatwy, oj nie. Wiele w moim życiu było wydarzeń, z których nie jestem dumny lub gdy coś szło nie tak. Gdybym coś mógł zmienić w życiu moich bliskich, to na pewno zmiana dotyczyłaby odejścia na tamten świat mojego ojca, no ale pytanie ewidentnie dotyczy mojego życia. Może Cię zaskoczę, ale ostatecznie waham się między dwiema decyzjami związanymi z... piłką nożną

Pierwsza to czas mojej młodości, kiedy kończyłem szkołę podstawową i regularnie grałem na Warszawiance, na Mokotowie, gdzie mieszkałem, z grupą oldboyów, byłych piłkarzy polskiej ekstraklasy i niższych lig. Kiedyś brakowało im zawodników, a ja na boisku byłem w każdej wolnej chwili, więc wzięli mnie do gry, i tak zacząłem z nimi regularnie kopać, jako najmłodszy, tzw. "Młody". Lekcja futbolu była to niezwykła, ale mogła być znacznie ważniejsza. Otóż kilku 
z tych panów jakoś tam związanych było z Polonią Warszawa, jeden czy dwóch z Gwardią
i kiedy dwa czy trzy razy z nimi zagrałem, stwierdzili, że koniecznie muszę pójść na trening, 
już teraz nie pamiętam, czy Polonii czy Gwardii. Dawali mi nawet namiary gdzie, co i jak. Stchórzyłem, byłem nieśmiałym chłopakiem, który na boisku czuł się w miarę pewnie, ale nie na tyle, żeby wierzyć, że da radę w prawdziwej drużynie. I wykręciłem się z tego, upierałem się, że mnie to nie interesuje, że gram sobie tak dla zabawy tylko. Gdybym wtedy się zdecydował, ktoś mnie do tego przymusił, kopnął w tyłek, to kto wie. Myślę, że miałbym szansę, później otarłem się przecież o prawie profesjonalny futsal, grałem z różnymi później profesjonalnymi piłkarzami, jakoś sobie z nimi radziłem. Zresztą jak patrzę na naszych ligowych kopaczy, 
to myślę, że moja przygoda z piłką mogła być całkiem ciekawa. A może bym skończył jako przeciętny gracz 2 ligi, zarabiający 2,5 na rękę, w wieku 28 lat doznałbym ciężkiej kontuzji, zostałbym bez pracy, wykształcenia i perspektyw, i teraz stał gdzieś pod sklepem z piwkiem za "złoty dziewięćdziesiąt dziewięć" i wspominał, jak to strzeliłem hattricka, i razem z chłopakami wracając z drugiego krańca Polski nachlaliśmy się w autokarze.. "I rozumisz Zbyszek, jak ja wtedy grałem, ta trzecia bramka zwłaszcza (łyk piwka), rozumisz, gdyby ten Kręcina mnie wtedy transferu do Górnika nie zablokował, je%&ny, to dzisiaj mówię Ci, nikt by nie mówił o Lewym, rozumisz (łyk piwka)." No nieważne...
 Piłka wtedy to była moja prawdziwa pasja, zresztą nadal jest, choć w fazie pasywnej, walczę 
o to, by jeszcze poczuć to coś, co trudno opisać, taki moment zatracenia w grze, działania jak automat, na wysokiej adrenalinie, gdy pół godziny mija jak dwie minuty. 

Z tym związane jest to drugie wydarzenie, w 2008 roku, wczesną jesienią, podczas głupiego meczu w letniej lidze, takiej w zasadzie przygotowawczej do rozgrywek na hali.
 Zwycięstwo mieliśmy w kieszeni, prowadziliśmy chyba z 5 czy 6:0, strzeliłem trzy bramki, zresztą dwie z nich doskonale pamiętam, bo, nieskromnie powiem, były całkiem ładne. Bawiliśmy się już z przeciwnikami, pod koniec meczu jakoś w którymś momencie straciliśmy piłkę i poszła kontra, ja się wróciłem i pech chciał, że byłem szybszy od nogi napastnika.
 I koniec, trach, nagle cała moja pasja znika, nie mogę grać w piłkę. Przerwa trwała pięć lat, bo później praca, różne obowiązki, nie było kiedy naprawić kolana. Jedna zła akcja, i nie możesz robić czegoś, co Cię najbardziej nakręca, co daje Ci siłę, odbicie od codzienności, przy czym mentalnie wypoczywasz. Przez pierwszy miesiąc każdej nocy śniło mi się, że gram, 
i przebudzenie za każdym razem było wielkim rozczarowaniem. Wtedy właśnie wkręciłem się na dobre w media społecznościowe, nie miałem już takiej pasji w sporcie, więc znalazłem sobie coś zastępczego, co mnie już wcześniej interesowało i mocniej zacząłem to zgłębiać, rozwijać też zawodowo. 

Podsumowując - wahałbym się między tymi dwoma momentami, ale nie wiem, czy na pewno bym chciał je zmienić. Jestem zadowolony z życia i myślę, że zmierzam w dobrą stronę, nie wiem czy coś bym cofał, bo kto wie jakby się to potoczyło. Zresztą to takie gdybanie, bardziej dla.. sportu. I tak czasu nie cofniemy, i dobrze!

MN: Michał, powiedziałeś mi, nam, mnóstwo ciekawych rzeczy. Chcesz podsumować tę rozmowę?
MS: Bardzo podobała mi się formuła pytanie-odpowiedź, czułem się naprawdę jak jakiś celebryta w trakcie talk-show, połechtało mnie to! Warto czasem pomyśleć o swoim życiu, 
o różnych wydarzeniach, przypomnieć sobie pewne fakty, a dzięki Twoim pytaniom zdecydowanie się to udało, dlatego jestem bardzo wdzięczny. A tak w ogóle, to nie uważam, żebym na taki wywiad jakoś specjalnie zasługiwał, dlatego tym bardziej cieszę się, że mogłem poczuć się jak ktoś ważny! Dzięki Mikołaj! I z niecierpliwością czekam na kolejne 10/10 z następnymi Twoimi gośćmi.

Mikołaj Nowak: bardzo dziękuję za rozmowę.

Więcej #10na10 niebawem! 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Inne zasady lata [RECENZJA KSIĄŻKI]

Krotko: doskonała. 
Niesamowita, świetnie napisana historia. 
Jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałem w życiu. Jestem zachwycony. 



Zasady? 
Dotychczas nie czytałem nic od Benjamina Alire Saenza. Nawet o nim nie słyszałem. 
Byłem w Empiku i kupowałem biografie. Była promocja 2+1 GRATIS. Wybrałem bio Einstein'a i Ive'a (projektanta Mac'ów, iPhone'ów, itd.)
Nie mogłem się zdecydować na darmową pozycję. Długo. I nagle zobaczyłem twarz chłopca na okładce. Potem tytuł "Inne zasady lata". Następnie znaczek "Autor nagrodzony American Book Award" - hm?
- idzie lato - pomyślałem. Wziąłem ją do ręki, odwróciłem. 
- ocho... "Patronat: kampania przeciw homofobii". Pewnie kolejna nachalna powieść gejowska. Nie. Odłożyłem. 
- ale ta ABA... Otworzyłem, a tam sześć innych nagród. Wow. 
- trudno, najwyżej będę ofiarą marketingu ckliwej i pełnej patosu gejowskiej powieści - pomyślałem, choć nigdy takich nie czytałem. 

Nie ma zasad. 
Wróciłem do domu i sceptycznie zabrałem się do czytania. Ale odpuściłem sceptyzm po kilku kartkach. 
Jest świetnie napisana. Wchłania w swój świat. To nie jest powieść o gejach. To powieść o chlopcach, którzy być może nimi będą. To doskonale przedstawiony monolog wewnętrzny nastolatka i jego nastawienia. Sposób, w jaki Saenz go przedstawia jest genialny. Jakbyś stał obok i patrzył na to, co czytasz. Czujesz z nim to wszystko. Martwisz się o niego, Ariego. Bohatera. Wszystko ma taki realny kształt. 
Próżno szukać w niej erotyzmu. To nie książka dla kazdego. Autor waży emocje. Jest uroczo ostrożny wobec czytelnika. Stałe intryguje.  Jak dobrze, że większość pomyśli "książka o pedałach" i rzuci w jej stronę obrzydzone spojrzenie. Selekcja naturalna; to książka dla otwartych. 
Ale wiesz co? Powinna być lekturą. Uczy tolerancji i prezentuje wartość człowieka. Najwyższą z możliwych. Bez względu na jego preferencje. 

Zorientuj się. 
To dobry wybór, polecam. 
Całość zajęła mi kilka godzin. Nie mogłem się oderwać. Nie mogłem przestać zastanawiać się w przerwach co u Ariego i Dantego. Ta książka bawi, uczy. Jest też pełna miłości. Jest w niej gniew. Jest w niej dojrzewanie. Jest i mnóstwo pytań. Jest w niej kwintesencja. Bo jest mnóstwo odpowiedzi... 

Jest piekielnie smaczna i ostra; 
Jak meksykańskie potrawy. 
Gdy przeczytasz, będziesz wiedzieć, o czym piszę. Pozycja z temperamentem. 
Pozycja z metaforycznym motywem przewodnim. Zasady są po to, żeby je łamać. 

Mikołaj Nowak

PS właśnie zaczynam szukać innych pozycji Saenza. I liczę na cz. 2 "Innych zasad lata"!

WirtualneMedia.pl: Facebook chce zmusić marki do serwowania treści lepszej jakości (opinia Mikołaja Nowaka)


System doboru treści na Facebooku jest niemal jak Bóg - nikt go nie widział, ale każdy w niego wierzy. W dodatku można usłyszeć o nim setki historii, a nawet kilka legend - pisze Mikołaj Nowak, new media manager w "Faktach" TVN.

System doboru treści jest stymulatorem emocji i hierarchii ważności w serwisie. Facebook od dawna jest wielkim skupiskiem treści bezwartościowych i spamu. Przez inwazję marketerów gdzieś zatraciła się bazowa funkcja, więc teraz wraca do korzeni - chce byśmy skupiali się na sobie, a nie iluzorycznym wrażeniu, że marka równa się człowiek. Pamiętajmy, że ludzie zakładali swoje konta na Facebooku dla relacji międzyludzkich, a nie dla nie relacji z markami. One powinny być więc traktowane w tej przestrzeni jako opcjonalne.
Spekuluje się, że redukcja zasięgów jest działaniem celowym - wymierzonym w tych, którzy nie wspomagają się ofertą reklamową proponowaną przez FB. Czyżby? Przecież, gdy treść jest wybitnie dobra to naturalne jest, że przebije się przez ten rzekomy administracyjny „firewall”. Inaczej Facebook musiałby zakazać interakcji, a to jest aspołeczne i całkowicie zaprzeczyłby idei social networkingu. (Tu wtręt dla mniej wtajemniczonych - rozróżniamy zasięg organiczny „naturalny” i reklamowy „wspomagany”.)
Jedyne, co gigant może redukować to widoczność treści w strumieniu. I to właśnie czyni. Robi to po to, by zasugerować zakup reklamy według prostego mechanizmu „chcesz więcej - płać”. Prowadzenie marki na Facebooku przypomina dziś prowadzenie auta. Najmniejsza nierówność na drodze jest wyczuwalna, więc należy szybko reagować i dopasować jazdę do terenu… albo wynająć szofera, który zrobi to za nas.
Komunikacja poprzez memy i wszystkie niskich lotów treści na dłuższą metę męczy użytkowników. Pytanie, skąd FB będzie wiedział o tym zmęczeniu? Brak interakcji z daną treścią? A może ktoś ją tylko widzi i przyjmuje do wiadomości, ale nie chce klikać, by inni widzieli? Zgłoszenie „treść jest nieciekawa” także wydaje się kuriozalnym wskaźnikiem, chociażby z uwagi na szczególną aktywność grup wzajemnej adoracji / bojkotu, np. partii politycznych i ich zaangażowanych zwolenników.
Internauta intuicyjnie wymaga dziś czegoś więcej, bo internet coraz częściej jest jego drugim domem, lub alter ego, a nie tylko źródłem rozrywki. Facebook o tym doskonale wie i stara się działać hybrydowo: zmusić marki do serwowania treści lepszej jakości, by znajomi chętniej polecali je sobie. Tylko dalej nie ma na to recepty i nie będzie jej miał, bo społeczność wirtualna zawsze odzwierciedla tę realną. Zmienną i ulegającą dziesiątkom bodźców.
___
Dla WirtualneMedia.pl,
Mikołaj Nowak

BRIEF: #EMOCJE: Czujesz magię tych świąt?



Media społecznościowe zawsze ukażą prawdę o społeczeństwie. Obserwuję w nich ludzi od dziesięciu lat. Z roku na rok pozostawiamy coraz mniej emocji. Bo coraz mniej ich mamy.


Pamiętacie euforię, która jeszcze kilka lat temu towarzyszyła wszystkim przed świętami? Ludzie składali sobie życzenia wklejając kolorowe grafiki na facebookowe ściany. Było niesamowicie, bo te aktywności to wirtualna odmiana pisanek.
Dziś od kilku osób usłyszałem, że nie czują "tych" świąt. Ale jak i kiedy mieli je poczuć, skoro nawet chwili nie poświęcili na przygotowania? Wrośli w swoje korporacje i realizację ich planów, a pomysł pomalowania pisanki by wyśmiali. To jak mają poczuć święta? 


Ilustracja: Darek Pala PAINtings / Darek Pala wspiera graficznie moje artykuły

Większość z moich znajomych wyjedzie dziś z Warszawy. Przyjadą do domów rodzinnych na gotowe i będą udawać jak bardzo czują magię świąt. Opowiedzą o tym, jaką wielką karierę robią w stolicy, dostaną pochwały za to, że ich podkład matujący wygląda świetnie na ich twarzach, a na włosach lśni olejek arganowy z popularnej drogerii.
Później, wyraźnie znudzeni, wsłuchają się w rytm politycznej kłótni wujka A z wujkiem B i zapragną powrotu. A stolica czeka.

Ludzie już na dworcach napiszą pierwsze statusy, jak bardzo są objedzeni i przytyli 5 kg w dwa dni. Nieradosne tyrady znów zawładną mediami społecznościowymi. Jak wiadomo najlepszą dietą okaże się codzienne latte ze Starbucksa i pakowana sałatka grecka. To oczywisty pastisz, ale rozejrzyj się teraz... obserwuj bacznie swój newsfeed na Facebooku. 

Właśnie tak będzie.
Słyszałem ostatnio, że empatia to choroba, której musisz się wyzbyć, aby przetrwać w tych szalonych czasach. Emocjonalnej próżni.

Zatem zamiast "Wesołych Świąt" po prostu "Świąt".
Mikołaj Nowak


środa, 9 kwietnia 2014

Powstanie Era Blogera cz. 2 i 3! [NIEBAWEM]

W odpowiedzi na ogromne zainteresowanie moim pierwszym artykułem opublikowanym na łamach Brief.pl pt. "Era Blogera - co może zrobić bloger by pisać lepiej" postanowiłem stworzyć trylogię zawierającą w sobie porady dla sieciowych twórców. 

Po "Erze Blogera" otrzymałem mnóstwo pozytywnych wiadomości od firm, agencji zajmujących się współpracą z blogerami oraz samych blogerów. To motywuje do pisania. Dziękuję. 
Dostałem też zwrotki od niezadowolonych, którzy są meritum artykułu.

Część druga, pt. "Era Blogera - co powinien zrobić bloger, by traktowano go poważnie?" będzie zbiorem porad dla sieciowego twórcy, który wkroczył w przestrzeń publiczną. Dla wielu z nich będzie to sygnał "pull up, pull up". Obecność w strefie publicznej i treści niskich lotów mogą skończyć się wizerunkową katastrofą. Stworzony przeze mnie zbiór sugestii (popartych przykładami i opartych na konkretach) ma pomagać. Często blogerzy nie traktują poważnie innych, ale sami oczekują przyjaznego im gestu. 

Część trzecia zostanie zapoczątkowana słowem "triumf" bądź "schyłek" Ery Blogera. Oczywiście w zależności od reakcji samozwańczych reprezentantów blogosfery na poprzednie części. To oni kreują popyt i są często wzorem do naśladowania dla początkujących. 

Powyższe artykuły zobaczycie u dużych wydawców. Szczegóły wkrótce!


Mikołaj Nowak



niedziela, 6 kwietnia 2014

10/10: Mikołaj Nowak rozmawia z Moniką Czaplicką, autorką "Zarządzania kryzysem w social mediach"

10 dni, 10 pytań. Bez retuszu: Monika Czaplicka "kryzysowa narzeczona"

Jesteśmy w sieci i nie mamy żadnych ograniczeń.
Monika już pierwszą odpowiedzią pokazała mi, że to nie będzie szybki wywiad.
Będzie obszerny. I bardzo szczery, pełen emocji, odmienności... Nalej sobie dobrej whisky. Zapraszam. 


- - - 

Dzień 1.
Mikołaj Nowak: Dlaczego wydałaś książkę akurat o kryzysach w mediach społecznościowych ("Zarządzanie kryzysem w Social Media") i czy jesteś z niej zadowolona? Chcesz być prekursorem?

Monika Czaplicka:  Na początku zeszłego roku pracowałam jeszcze w agencji interaktywnej i w lutym gruchnęła wiadomość, że Nestlé ma "kryzys" ze szczurem w kaszce. Zaczęliśmy się śmiać, że powinniśmy założyć fanpage o takich kryzysach i zgłaszać się do klientów, że im pomożemy.
Żarty żartami, ale pomyślałam, że to dobry pomysł - jest wiele rzeczy, których ludzie nie wiedzą, popełniają wiele błędów i często słyszymy o różnych kryzysikach i wpadkach. Tak się zaczął fanpage Kryzysy w social media wybuchają w weekendy.
Zaczęłam tam opisywać niektóre case study, które znajdowałam w sieci - wrzucałam je jako zdjęcia do albumu z opisem - ale pomyślałam, że warto przygotować jakiś whitepaper czy coś. Zaczęłam pisać. Sto stron później uznałam, że to będzie naprawdę słaby ebook ;) 
Zawsze chciałam wydać książkę, a ponieważ moja beletrystyka dopiero się pisze (proces wymyślania fantasy jest trochę bardziej czasochłonne) lub czeka aż Polacy dojrzeją (do opowiadań o lesbijkach), postanowiłam, że skorzystam z okazji i wydam poradnik - one się zawsze sprzedają.
Zapytałam Michała Sadowskiego jak wyglądała sprawa z jego książką. Kiedy dowiedział się o co chodzi powiedział, że da znać wydawcy. Dwa dni później dostałam maila z Helionu, że chce się spotkać. Spotkaliśmy się w maju, przejrzeli książkę, zdecydowali się wydać. W lipcu oddałam ją do druku, a 25 listopada miała premierę.
Jej napisanie zajęło mi dokładnie trzy tygodnie - potrafiłam pisać nawet 50 stron dziennie. Potem komentarze ekspertów, zgody na wykorzystanie grafik, schematy, poprawki - trwało,to więcej niż samo pisanie...
Ale myślę, że efekt jest niezły. Jasne, że zawsze mogę wskazać co bym poprawiła - jestem typem krytykantki, dlatego tak świetnie odnajduje się w wytykaniu błędów sobie i innym ;) - ale myślę, że jak na pierwszą książkę, tak moją jak i dotyczącą tego tematu, wyszło całkiem przyzwoicie. 
Nie widzę siebie jako prekursorki - w końcu nie tworzę czegoś nowego i wyjątkowego. Na zachodzie jest wielu ekspertów w tym temacie, nie bardzo jestem też w stanie stworzyć jakieś nowe teorie, które nie byłyby już wymyślone w zarządzeniu kryzysowym np. w public relations. Mam przyjemność, być pierwszą, które pozbierała pewne rzeczy w jedna publikacje. Na szczęście tłoku w tej branży nie ma, więc ciesze się z mojej niszy - szczególnie, że udało mi się znaleźć sympatyczna koncepcję na ten, mimo wszystko przykry temat. Nikt nie lubi rozmawiać o błędach i porażkach, ale staram się nadać temu trochę zabawniejszy ton i zwrócić uwagę na szanse, która za kryzysem stoi. Stąd też tytuł książki to zarządzanie, a nie same kryzysy.
Zdradzę, że moja kolejna książka o social media też nie będzie wyjątkowa. Widzę ja bardziej jako ciekawa kompilacje pewnych trendów, informacji i spojrzenia na social media trochę szerzej niż tylko kotki i piąteczki. Ale na razie nie chce mówić za dużo, bo koncepcja się dopiero krystalizuje (mimo napisania już 140 stron tekstu). W produkcji są tez kolejne kryzysy - tym razem bardziej z osobistego punktu widzenia.
Ja chyba po prostu lubię dużo pisać ;)


Poprosiłem Monikę o coś specjalnego dla siebie i dla Was.
Dzień 2.
MN: Według mnie nie jest tak źle z Twoim pisaniem, ale nie myli się tylko ten, co nic nie robi. Monika, poruszyłaś ważną kwestię - równości. Walczyłaś o nią. Walczysz dalej? Równość istnieje?

MC: Mam nadzieję, że nie jest tak źle z pisaniem, bo inaczej byłoby mi bardzo przykro ;)
"Walka o równość" jak to nazwałeś, to jest po prostu codzienna rutyna. To, że kiedy piszę albo robię to w stylu neutralnym albo dodaję oba rodzaje. To, że nie zakładam, że jeśli widzę ciało mężczyzny, to na pewno ta osoba się nim czuje. To, że staram się uważać na to co mówię i zwracać uwagę na różnorodność: pomagam starszym ludziom, wczoraj kupiłam bezdomnej bułkę...
Wiem, że kiedy zaczynasz myśleć, że jest rasizm, seksizm, homofobia, transfobia, ageizm, wykluczanie ze względu na stan posiadania, nieludzkie traktowanie zwierząt... mogłabym tak wymieniać długo, to myślisz sobie - a na co mi to wszystko. Ale jak raz się nauczysz, to łatwo to przychodzi, żeby zauważać tych wykluczonych. Myślisz, że jako lesbijka mam jakiś specjalny radar? Nie. Tak samo nie widziałam osób niepełnosprawnych, mojego białego koloru skóry i wynikających z tego przywilejów... Fakt, że bywam dyskryminowana nie powoduje, że jest mi dużo łatwiej - po prostu mogę zrozumieć pewne mechanizmy i wczuć się w jakieś sytuacje, bo znam je z autopsji.
Myślę, że najbardziej dało mi do myślenia kiedyś ćwiczenie, które mieliśmy na pewnych warsztatach równościowych w Szwecji. Każde z nas wcielało się w jakąś rolę mieszkańca naszego kraju: białego, heteroseksualnego biznesmana, czarnej emigrantki z Somalii, niepełnosprawnej kobiety na wózku itd. Prowadząca czytała potem różne zdania i mieliśmy iść o krok w przód, kiedy zgadzaliśmy się z danym zdaniem. Na przykład: Mogę wziąć ślub z kim chcę. Wiele osób zrobiło krok, ale w miejscu stały osoby nieheteronormatywne (chociaż w Szwecji akurat można zawierać małżeństwa jednopłciowe), również emigrantka, która przecież musi spełnić wiele wymagań, żeby móc stanąć na ślubnym kobiercu. Były pytania o ubezpieczenie, o możliwość dotarcia do urzędu, poczucie bezpieczeństwa i wiele innych kwestii, włącznie z pytaniem czy nasza postać może iść do kina raz na jakiś czas. Były osoby, które doszły aż do ściany - tak się nachodziły. A były takie, które praktycznie nie ruszyły się z miejsca.
Z resztą wierzę w teorię intersekcjonalności, która mówi o tym, że walcząc z jednym typem dyskryminacji, wspierasz walkę z innymi, bo ktoś, kto jest mizoginem często jest homofobem, rasistą itd. Nie na darmo mówi się, że homofob to facet, który nie lubi gejów, bo boi się, że będą go traktować jak on traktuje kobiety. Ale oczywiście homofobia to nie tylko domena męska.
Czy równość istnieje? Nie. Ale jest szacunek, otwartość na różnorodność, akceptowanie różnic. Nie da się traktować wszystkich tak samo, bo jesteśmy inni, ale można nie krzywdzić innych.
Dostaję szewskiej pasji, kiedy czytam, że ach ta straszna poprawność polityczna, że zabijamy wolność słowa, że nawet już pożartować nie można. Nie, uważam, że żartowanie z kogoś, kto sobie tego nie życzy nie jest dobrym dowcipem. Nie uważam, że każdy powinien mówić co mu ślina na język przyniesie. Wolność słowa nie oznacza wolności do obrażania, poniżania i szydzenia. A poprawność polityczna (debilny termin swoją drogą), nie oznacza końca humoru i dowcipu. Serio znam wiele śmiesznych historii, gdzie nikogo nie trzeba poniżać. A brak stosownych przepisów prawnych, żeby egzekwować swoje prawo każdego człowieka do godności uważam za karygodne. Mogę wyjść na ulicę, obrażać ludzi i dopóki, ktoś nie udowodni mi, że mam kogoś konkretnego na myśli i nie obrażam go ze względu na pewne określone cechy (które jednak są chronione prawnie), to mogę wyzywać ludzi od czego mi się żywnie podoba.
I rozumiem, że są osoby mające różne poglądy polityczne, na życie i tradycje. Ale skoro ja się mam nie pchać nikomu z moim łóżkiem przed oczy (afiszować, jak to się ładnie mówi), to nie chcę, żeby ktokolwiek zaglądał mi do łóżka i decydował za mnie z kim mogę np. adoptować dzieci, zawierać związek małżeński czy inne tego typu kwestie. I nie chcę, żeby ktokolwiek oceniał czy mój związek jest normalny/naturalny/grzeszny/wstaw dowolne, bo to moja sprawa i mojej biologii, religii i sumienia. Dopóki nikomu nie dzieje się krzywda i decyzje podejmują dwie, świadome dorosłe osoby (co nie występuje w przypadku zoofilii, nekrofilii czy pedofilii), to fakt, że każdy chce decydować o moim życiu uważam za naprawdę wkurzający.
Kocham różnorodność. Jest trudna i może być przerażająca. Są nieporozumienia i trudności. Ale to właśnie różnorodność sprawia, że się rozwijamy i zmieniamy. Gdzie się najbardziej rozwijały państwa? Przy granicach i na traktach, gdzie pojawiali się obcy. Kiedy jesteś w związku masz szansę uczyć się nowych rzeczy od tej drugiej strony, bo ona na czymś się zna, czego Ty nie umiesz. Podróże kształcą, rutyna zabija, a jednomyślność jest nudna.
Jestem za tym, żeby nie mówić o walce o równość, może ewentualnie o walce z dyskryminacją, ale o celebrowaniu różnorodności. I tak, staram się codziennie, żeby szanować innych, nawet jeśli ich nie rozumiem.

Z resztą pomyśl - jak wyglądałaby tęcza, gdyby miała tylko jeden kolor? Też uważam, że bardzo, bardzo smutno...

Dzień 3.
MN: Bardzo, bardzo smutno, zgadzam się. A smutny związek wg Ciebie to jaki? Bo Ty w swoim jesteś raczej szczęśliwa. Mimo reperkusji, które sytuacja niesie. 

MC: Jestem szczęśliwa, bo mam przy sobie kogoś kto jest niesamowity. Kasia mnie wspiera w moim niestandardowym trybie pracy - nie jest łatwo zrozumieć komuś, kto pracuje w korporacji, że siedzenie cały dzień w łóżku to też praca - dopinguje mnie w pisaniu i szkoleniach, pomaga mi jak może. Wiele nas różni - muzyka, której słuchamy, nasze doświadczenia, poglądy na pewne sprawy, a nawet podejście do życia - ja jestem wiecznym planerem, ona spontaniczna - ale właśnie te różnice nas rozwijają. Dzielimy się tym, co nas łączy, uczymy od siebie tego, co nas dzieli.
Smutny związek to taki, w którym trwamy mimo, że nie powinniśmy. Bo boimy się samotności, bo boimy się skrzywdzić drugiej osoby swoim odejściem i przez to krzywdzimy codziennie swoją obecnością. To taki, który niczego nie wnosi i jesteśmy ze sobą z przyzwyczajenia. Albo taki, gdzie dwie osoby rozwijają się, że w różnych kierunkach.
To strasznie trudne dorastać, zmieniać się, dojrzewać razem - i nie rozdzielić się podczas tej drogi. Na razie, mimo dużych zmian w życiu Kasi udaje się nam być blisko. Oby jak najdłużej.
Oczywiście, że trudno trwać w zakazanej relacji. Dużo mówi się o tym, że geje i lesbijki są promiskuityczni, ale trochę (statystycznie) krótsza długość trwania naszych związków wynika z tej presji. Wyobraź sobie, że musisz ukrywać swój związek przed całym światem. Albo nawet tylko jego częścią. Kiedy ludzie opowiadają co robili w weekend, Ty musisz kłamać. Przecież nie powiesz, że spędziłeś go ze swoim chłopakiem. Musisz uważać, żeby się nie plątać w zeznaniach, żeby nikt Cię nie przyłapał na kłamstwie. Przecież na niewinne pytanie jak spędziłeś wieczór nie powiesz, że to nie Twój interes czy, że układałeś pasjansa ;) Kiedy wychodzisz na miasto drżysz czy ktoś was nie spotka. Nie ma przestrzeni na czułości poza 4 ścianami, które są waszym powiernikiem. Z czasem pojawia się też oczywiście kwestia, że trzeba znaleźć rozwiązanie na palący problem - nie możesz być ciągle singem, bo ludzie pomyślą, że coś z Tobą nie halo. Szukasz koleżanki, która z Tobą odegra związek, zaczynasz opowiadać o jakieś Ani, znowu plączesz się w zeznaniach. Nie pójdziecie do przyjaciół na kolację, nie spędzicie świąt razem.
My mamy ten luksus, że u nas wszyscy wiedzą, więc jest dużo łatwiej. Ale to nie wyklucza tego, że zdarzają się nieprzyjemne komentarze, że ludzie głośno mówią co sądzą o dwóch lesbach, że wieczorem na Muranowie w Warszawie szedł za nami nawalony pan, który do nas krzyczał i zachowywał się dość agresywnie.
Ciężko jest być szczęśliwym w związku, w którym niekoniecznie czujesz się bezpiecznie. O kwestiach religijnych czy ideologicznych nie wspomnę.
Ile razy słyszałam, że grzeszę - a jestem katoliczką - że jestem nienormalna, nienaturalna, że to na pewno kwestia tego, że nienawidzę mężczyzn albo, że ktoś mnie musi puknąć i pokazać dobre ruchańsko.
Wtedy nagle okazuje się, że nie tylko starasz się utrzymać związek, co jest trudne samo w sobie, bo ludzie mają tendencje do wylewania frustracji na tą drugą osobę, którą mają przy sobie, ludzie popadają w rutynę, wreszcie to po prostu trudne być przy kimś i z kimś żyć, i na to wszystko masz jeszcze stresy, presję, krytykę, brak normalnego funkcjonowania.
To są smutne związki, ale nie ze względu na same związki, tylko smutne jest to, co dzieje się dookoła. Niektórzy mają po prostu potrzebę krzywdzenia innych. Wyobrażasz sobie, że ktoś będzie szedł ulica i komentował, że ta dziunia to na pewno jest z tym kolesiem, bo nikt jej jeszcze dobrze nie puknął? Albo żeby twierdzić, że na pewno żyją ze sobą przed ślubem i to grzech i sczezną w piekle brzydząc Boga?
Some people are gay, get over it i przestańcie mi się pakować do związku. Bo to bardzo smutne, kiedy z pary robi się przedstawienie publiczne (co dzieje się również np. u celebrytów czasem). Nie jestem zwolenniczką ukrywania i odcinania innych ludzi, ale jest granica między obserwatorami, a uczestnikami.

Na szczęście - na razie dajemy sobie radę z Kasią i mimo niełatwej drogi jesteśmy razem - w połowie kwietnia minie rok - i jesteśmy szczęśliwe. Mówię też za nią, bo zapytałam i mi przytaknęła ;) Ona jest dla mnie wsparciem i zaspokajaczem moich tulanych potrzeb, ja też jej pomagam i wspieram w wielu trudnych decyzjach i staram się, żeby się często uśmiechała, bo bywa smuteczkiem, ale na szczęście mam magiczne zdolności do wydurniania się - to zawsze działa... Wspomniałam, że się ślicznie uśmiecha? :)

Dzień 4.
MN: Teraz tak :) Co do ordynarnych komentarzy - nie wyobrażam sobie takich. Ale widziałem Twoje zdjęcia z siekierą. Jest moc. Manifestujesz siłę? Czy to po prostu przeszłość? Przecież odpowiadasz mi w delikatny i kobiecy sposób, a tam widzę wręcz agresję i manifest. 
MC: Kobieta zmienną jest Mikołaj ;)
Ale na poważnie. Sesja z siekierą, którą ze resztą bardzo lubię - sesję, siekiera pożyczona od sąsiada - była mini manifestem branżowym, czyli LGBTQ. Istnieje stereotyp, że lesbijki muszą być babochłopami. W amerykańskiej wersji to jest właśnie coś takiego - drwalka. Dziewczyna w bojówkach, koszuli w kratę, krótkich włosach i agresywna. Ta sesja wpadła mi do głowy, kiedy udzielałam wywiadu o swojej orientacji i tłumaczyłam się z tego, że nie jestem drwalką (taki z resztą tytuł ma ten tekst). Zadzwoniłam to mojej znajomej, świetnej fotografki - Joanny Froty Kurkowskiej - i poprosiłam, żeby mi zrobiła takie zdjęcie do tekstu. Frota namalowała mi moje tatuaże i oto jest sesja. Jak wiesz z innych zdjęć - nie jest to do końca stylówa, którą nosze na co dzień. Ale ja i tak jestem tym "męskim typem" jak to się paskudnie mówi. Dlatego zawsze mam ubaw, kiedy ludzie odkrywają, że Kasia jest ze mną - kobieca, delikatna (ale silna), często w sukienkach i spódnicach, tańcząca burleskę (o ironio ja się angażuję w scenę drag kingową, czyli Kasia pokazuje swoje ciało i kręci cyckami i sypie brokatem, a ja domalowuję sobie brodę i udaję facetów). Znam z resztą masę dziewczyn, które "nie wyglądają" na bycie z innymi kobietami.
Nie lubię tego podejścia, bo fakt, że czuję się dobrze w spodniach, marynarkach i z krótkimi włosami - również ze względu na moją posturę - nie ma nic wspólnego z moją orientacją. Ale pod powłoką chłopcyczy jest wrażliwa kobieta, która lubi romanse Jane Austin, płakała na trzeciej części Toy Story, lubi być często tulana i głaskana i docenia swoje kobiece ciało. Myślę, że każda kobieta jest silna, bo w ten sposób jesteśmy wychowywane. Socjalizacja pierwotna przygotowuje nas do zajmowania się domem, pracowania, dbania o naszego mężczyznę i dzieci, załatwiania wielu rzeczy od zakupów przez biurokrację na sprawach społecznych kończąc, dbania o siebie i swój wygląd, a na koniec dnia mamy być ciepłe, uśmiechnięte i spełnić małżeński obowiązek w łóżku. To wymaga dużo siły, samozaparcia i kosmicznej energii, żeby udźwignąć.
Ale jeszcze silniejszą trzeba być, kiedy wyznaczasz własną drogę. Kiedy pozwalasz sobie na odkrycie siebie i nagle dochodzisz do wniosku, że niekoniecznie jesteś heteronormatywna, że nie musisz być szczęśliwa z mężem i dziećmi, a może z żoną, albo żoną i dziećmi, że praca w korporacji czy biurze nie jest dla Ciebie i wyrażasz siebie ze swojego łóżka, że trzeba oznajmić rodzinie i przyjaciołom i walczyć z przeciwnościami, z problemami, z brakami stałej pensji. A już spełnianie się w czymś takim jak pisanie - ani pieniędzy, ani prestiżu, pełno pracy, której nikt nie rozumie i nie docenia - to już w ogóle wymaga pełno samozaparcia.
Generalnie kobiety pełne są sprzeczności ;) więc jestem silna i delikatna zarazem. Potrzebuję dużo miłości i mogę dać w mordę. Ot, taka do tańca i do różańca ;)
Chyba to też powoduje, że nam tak dobrze z Kasią - często zamieniamy się rolami i czasem ona jest silna i mnie zbiera, pociesza i wspiera, a czasem to ja jestem "ogarniaczką", a ona może być bezbronną istotką.


Oblicza Czaplickiej
Dzień 5.
MN: Czyli pełna kontrastów... Dobrze, teraz wyobraźmy sobie, że żyjemy w wiosce Smerfów... Którym (albo którą) byłabyś i dlaczego? 

MC: OH serio? Smerfem? Byłabym sobą, bo nie jestem żadnym ze Smerfow, tylko jestem Moniką. Czasem bardzo wesoła, czasem mającą doła. Z otwartym sercem. Z ciętym językiem i tendencją do przemądrzania się, jak Waźniak. Bywam siłaczem, kiedy otwieram zassany słoik z ogorkami. Jestem Smerfetką jak się umaluję i idę odstawiona na randkę z Kasią. Jak mam okres mam wielkie pryszcze jak Hogata - mam wrażenie, że Matka Natura dba, żebyśmy nie miały szans na sex w te dni. Bywam Pracusiem, kiedy piszę książkę albo robię coś, na co mam zajawkę. Mój tata jest jak Papcio Smerf :)

W przeciwieństwie do Smerfów nie lubię szukać przygód, bo jestem domatorka i chętnie zostanę w łóżku oglądać dobry film, przeczytać fajna lekturę, a najlepiej po prostu być blisko i pogadać. Jestem gadułą, jeśli ktoś by przypadkiem tego nie zauważył ;)

Mój dziadek fajnie udaje Gargamela, kiedy mówi, że nie cierpi Smerfów. Ale to jakoś nie była moja ulubiona bajka. Jestem dzieckiem bardziej wychowanym na Cartoon Network, więc mam sentyment do Atomówek i Dextera. Z resztą zawsze miałam z tym ostatnim serialem problem, ponieważ mam starszego brata, który jest bardzo, bardzo mądry. Najlepszy student SGH, ukończy dwa kierunki jednocześnie, pracował w Senacie,ma teraz zajmuje się dyplomacją w Europarlamencie. Ja zawsze byłam raczej jak Dee-Dee: co prawda nie tańczę i nie bawiłam się kucykami (raczej bronią palną i samochodzikami), ale byłam głupiutka, miałam tendencje do psucia różnych rzeczy i bałam się, że tak już zostanie. Nawet nie wiesz jak się ciesze, źe wyrosłam! Bo wyrosłam, prawda?

Do teraz lubię oglądać filmy animowane - uważam, że mają wszystko, co powinien mieć dobry film: prostą historię, mocne postacie, dobrą muzykę, humor, akcję i puentę. Zdecydowanie wolę animacje niż 5 warstw komputerowych efektów specjalnych w filmach "dla dorosłych".

W ogóle muszę się wyoutować, że bardzo lubię musicale. Chyba był Smerf od muzyki? Jak nie, to zawsze był bard z Asterixa i Obeliksa. Jestem muzykalna po mamie, która ma słuch absolutny i grała wiele lat na fortepianie - włącznie z tym, ze zdała maturę muzyczną na ten instrument. Sama nie bardzo gram - trochę podstawowych rzeczy na pianino, ale komponuje muzykę. Wszelaką, bo nie ograniczam się do jednego gatunku. Słucham głównie muzyki klasycznej i filmowej (RMF Classic), ale moje twory to raczej pop, hip-hop i elektro. Co jest jedną z tych rzeczy, które nas dzielą z Kasią, bo ona słucha jakiś podstarzałych rockmanow czy czego tam. Dużym wyzwaniem było dla mnie chodzenie z nią na Openera, ponieważ nie znoszę dużych spędów ludzi - możliwe, że czułabym się źle w wiosce Smerfów, chociaż kocham metropolie - ani tego typu muzyki, a jednak miłość robi swoje i dzielnie chodziłam z nią po tym klepisku i słuchałam muzyki, której nie rozumiem. Ale dzięki temu po pierwsze dużo bardziej odkryłam Marię Peszek, której wcześniej za bardzo nie słuchałam, a po drugie zakochałam się w Disclosure, co połączyło nas z Kasią :) Jeden z wielu przykładów jak nasze różnice nas rozwijają. Myślę więc, że jakbym trafiła do wioski Smerfów, to chciałabym się dowiedzieć czy są w okolicy inne plemiona. Nie, to się wcale nie kłóci z moim domatorstwem. No dobra, może troszeczkę. Ale od tego mam social media :) mogę zostać w łóżku, głaskać Kasie po głowie, a zarazem odkrywać nowe, nieznane przestrzenie, informacje i ludzi. Ale spokojnie. Potem i tak muszę wyjść z domu - zakupy same się nie zrobią. Poza tym nie da się pisać, jeśli się nie wychodzi i nie ma swojego życia poza światem wirtualnym. No i czasem jest miło iść na spacer za rękę z ukochaną. W wiosce Smerfów miałabym przerąbane - przecież tam jest tylko Smerfetka! #foreveralone ;(

Dzień 6.
MN: Smerfetko, czy ukończenie studiów dziś gwarantuje sukces? Czy może wręcz przeciwnie - jest stratą czasu? 
MC: Napisz elaborat czemu nie jesteś Smerfetką, to i tak zostaniesz prowadzona do swojej płci. Ech.
Kasia, jak jej powiedziałam jakie miałam ostatnie pytanie powiedziała, że kategorycznie muszę dodać, że jestem też Marudą - toteż czynię.
Co do studiów - trudne pytanie. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że w tej kwestii jest kilka obszarów, na które trzeba zwrócić uwagę:
Po pierwsze mamy jakieś kilkanaście procent społeczeństwa z wyższym wykształceniem, co jest całkiem przyzwoitym wynikiem, ale bardzo nam to wzrosło ostatnimi czasy.
Po drugie, nie każdy musi i powinien studiować. W tej chwili jest to dziwne parcie, że studia to jedyne rozwiązanie. Bzdura. Jest wiele bardziej praktycznych i kierunkowych sposobów na edukację od zawodówek przez technika, szkoły policealne, kursy podyplomówki itd. 
Po trzecie, i pewnie dużo osób się zdenerwuje, ale uważam, że poziom studiów leci na łeb na szyję i dlatego powinny być studia płatne. Kredyty studenckie, stypendia, spłacanie tego w wolontariacie studenckim - różne rozwiązania, które pozwolą uniwersytetom i politechnikom zacząć wreszcie prosperować, a nie tylko łatać i markować.
Po czwarte wiele osób nie rozumie idei studiów. To nie jest liceum bis, gdzie Ci się każą nauczyć i będziesz taki mądry z tytułem naukowym, tylko to pewien inkubator: z jednej strony towarzyski - bardzo wiele znajomości z tego okresu ma wpływ na Twoje dalsze życie, z drugiej strony życia - imprezy, problemy, samodzielność (jestem gorącą zwolenniczką, żeby przestać mieszkać z rodzicami na studiach), z trzeciej inkubator intelektualny. Na studiach się nie uczysz. Poznajesz pewne podstawy, a potem się rozwijasz w obranym przez siebie kierunku. To się dotyczy zarówno medycyny, prawa, polonistyki, matematyki, asp, kulturoznawstwa czy biotechnologii. Studia nie przygotowują do zawodu i ktokolwiek to wymyślił zrobił wielu osobom dużą krzywdę.
Znasz jakiegoś lekarz po studiach? Nie. Masz praktyki, specjalizację i różne inne formy praktykowania zawodu. Prawnicy mają aplikacje i też różne staże. Osoba po studiach posiada pewną wiedzę w wybranym przez siebie obszarze. Powinna wiedzieć czego szukać, gdzie, w jaki sposób dawać sobie radę, mieć stosowny kontekst - tego typu rzeczy. Zawód to jest praktyka. Żadne studia nie nauczą Cię jak być dziennikarzem w redakcji, adwokatem czy chirurgiem.
Z resztą kolejny problem to to, że mając lat 18/19 kiedy wybieramy studia zdecydowana większość ludzi nie ma pojęcia co chce w życiu robić. Ja wybrałam metodą wykreślania, czyli czego na pewno nie mogę robić i została mi europeistyka, dziennikarstwo i socjologia. Uznałam, że ta środkowa opcja jest głupia, bo dobry autor posiada wiedzę wykraczającą sztukę pisania, którą ćwiczy się w praktyce, a historia dziennikarstwa nie jest dla mnie, europeistyka była byt blisko nauk politycznych, a to nie moja bajka, więc wygrała socjologia, o której nic, naprawdę NIC, nie wiedziałam i okazało się, że trafiłam. Ale masa ludzi nie trafia.
Co mam Ci napisać? Że znam wiele wartościowych osób, które się nie obroniły? Że znam nawet dużo inteligentnych bestii bez studiów? Jasne, że tak.
Co kieruje moje myśli w stronę idei CV. Jest to jedna z najgłupszych rzeczy jakie znam. Jak ktoś, na podstawie nie tylko dość standardowej formułki, ale kilku punktów typu pracowała w x, ma ocenić czy jestem odpowiednim pracownikiem? Nie da się. Uważam, że rekrutacja powinna odbywać się na podstawie zindywidualizowanych kryteriów: nagrywanie filmików o sobie, jakaś grywalizacja, specjalne kwestionariusze czy zadania, portfolia projektów przy których się pracowało... dlaczego filmom wystarczy informacja, że pracowałam w agencji X? Nazwy stanowisk są takie, że nigdy nie wiesz czy pracownik parzył kawę czy zajmował się reaktorem jądrowym. Moim dzisiejszym hitem był Performance Specialist, który okazał się po prostu analitykiem SEM.
Wtedy okazałoby się, że nie studia, wpisane w górnej części CV byłyby ważne, tylko konkrety - umiejętności, projekty, doświadczenie, charakter. To ma znaczenie w pracy. Z resztą to, jak nikt nie zwraca uwagę na studia wskazuje fakt, że nigdy nie pyta się o to jak ktoś sobie dawał radę. Fakt skończenia studiów na 3 jest tak samo "wartościowy" jak skończenie na 5. Ewentualnie liczy się uczelnia, ale wszyscy sobie zdajemy sprawę, że bywa i tak, że wyższa szkoła lansu i bansu ma przyzwoity poziom, a uczelnia ĘĄ ze stuletnią czy ilu tam tradycją jest po prostu żenbudą, w której studenci są traktowani jak przeszkadzajki.
Mam ochotę zrobić dygresję o tym jak wkurza mnie, że zmusza się ludzi do robienia doktoratu, żeby mogli prowadzić zajęcia przez co ludzie, którzy chcą robić karierę naukową muszą uczyć i mamy słabych wykładowców, a ci, którzy są w tym dobrzy muszą męczyć się pisząc jakieś naukowe gnioty. Ale nie będę o tym, bo szkoda czasu.
Nie żałuję moich studiów, bardzo dużo mi dały przydatnych narzędzi i wiedzy do rozumienia social media, ale cieszę się, że zaczęłam pracować na pierwszym roku. Bo rozwój rozwojem, ale praktyka przede wszystkim.
Tylko też nie chodzi o to, żebyśmy mieli tylko wyrobników, którzy klepią posty i kampanie od lat - wiedza i rozwój tez są potrzebne, żeby przejść na wyższy level. Taka symbioza.
A co Cię tak naszło to pytanie o studia? Różne dyskusje o potrzebie studiów z social media i blogowania? Nie widzę tego. Z jednej strony za wąsko, z drugiej zbyt zmienne, z trzeciej dopiero to się niedawno zaczęło, a my już chcemy robić z tego magistrów? Podyplomowe, kursy, szkolenia - jasne. Ale 3 lata studiów to moim zdaniem nie najlepsze rozwiązanie. Widzę to jako studia socjologiczne ze specjalizacją social media.
Ale to ja i mój idealny świat ;)

Dzień 7.
MN: Może smerfetka to "wisienka na torcie", może to po prostu komplement? Zarówno pytanie o wioskę smerfów, jak i o studia jest celowe. Wg mnie odpowiedzi na takie pytania mocno ukazują osobowość. Odpowiadając na poprzednie pytanie dałaś upust pozytywom; jest tam sporo szczęścia, zadowolenia. A co wkurza Monikę Czaplicką? Co jest w stanie doprowadzić Cię do szału i wyprowadzić z równowagi?
 

MC: Wisienki, to akurat lubię. Obłędnie :)
Jestem pozytywnym człowiekiem, bo nie lubię się denerwować. Dużo częściej się stresuję, boję i źle czuję niż reaguję złością czy agresją. Ten model tak ma.
Co mnie może zdenerwować? Bezsilność. Pewnie jak każdego. Nie przepadam za głupotą, ale zdaję sobie sprawę z tego, że ciężko ją ocenić. Dla mnie coś może być głupotą, ale ktoś inny ma swoje poglądy, doświadczenie i spojrzenie na sprawę. W ogóle mam straszną tendencję do roztrząsania wszystkiego i empatycznego podejścia do tematu. W ten sposób nie jestem w stanie się na kogoś wkurzyć, bo zawsze rozumiem skąd ktoś coś czuje czy coś powiedział.
Mnie się rani, a nie wkurza. Chociaż czasem mogę reagować agresją na zranienie. Ale to muszę się bardzo bać.
W jakimś wymiarze denerwuje mnie homofobia, rasizm itd., ale znów - rozumiem skąd u ludzi takie podejście i mimo, że się nie zgadzam, to szanuję. Więc ciężko mi się denerwować.
Może denerwuję się, kiedy ktoś usilnie nie rozumie co do niego mówię/piszę. Wkurza mnie brak sprawiedliwości. Jasne, że czasem przechodzą na czerwonym świetle i robię inne straszne nielegalne rzeczy, ale wpienia mnie, kiedy zgłaszam fanpage Jebać wegetarian i wegan po raz kolejny, a Facebook uważa, że wszystko jest ok.
Ale raczej się nie denerwuję, bo to nic nie daje - ja się pieklę i z tego nie wychodzi nic dobrego. Zamiast tego staram się odczuwać inne emocje. Nie jest to łatwe, ale praktyka czyni mistrza.
Staram się myśleć pozytywnie, bo słowa mają siłę. Nauczyłam się, że to, o czy mi jak myślimy ma bardzo duże znaczenie na to, jak postrzegamy świat.
Byłam bardzo pesymistyczną osobą. Aż przeczytałam książkę o optymizmie i nagle do mnie wiele rzeczy dotarło. Poczynając od tego, że zawsze uważałam, że porażki są moją winą, a sukcesy zdarzają mi się, bez mojego udziału. Przez to, że często myślałam o sobie i tym co robię albo negatywnie albo "mogę lepiej". Teraz od czasu do czasu siadam i przyznaję sama przed sobą: to mi się udało, to osiągnęłam, to jest wartościowe. Zupełnie inaczej się z tym czuję. Aż po to, że codziennie staram się myśleć coś dobrego. Że ładna pogoda, zjadłam coś fajnego, Kasia mnie tuliła, napisałam posta na bloga albo po prostu to, że czuję się dobrze - przecież to nie takie oczywiste.
Mam tendencje do martwienia się - zamartwiania się - i tego też próbuję się oduczyć. Bardzo często nie mam wpływu na jakieś rzeczy czy sytuacje, a jednak się męczę - kompletnie bez sensu.
Chcę myśleć pozytywnie, bo mam tendencje do wpadania w doły - kilka lat temu cierpiałam na depresję i stany lękowe - muszę więc uważać na to co czuję. To trochę jak z ex-alkoholikiem - zawsze może wrócić.
Ale nie narzekam. Odkąd jestem z Kasią jest mi dużo lepiej, mimo, że nasz związek nie należał do łatwych - stawiamy czoło wielu przeszkodom poczynając od odległości - mieszkam w Warszawie, Kasia w Trójmieście. Ale moja romantyczna dusza wierzy, że prawdziwa miłość przezwycięży wszelkie przeszkody, więc dajemy sobie radę i czuję się dużo bezpieczniej i spokojniej. I w razie czego mam kogoś, kto mnie ogarnie albo kogo ja muszę ogarnąć - to też ułatwia zarządzanie emocjami.
Wolę się wycofać niż bić, czego pewnie nie widać po tym co robię w sieci, czyli zwracaniu uwagi na nieprawidłowości i błędy. Ale to wynika z mojej tendencji do pedantyzmu z jednej, a zdolności do krytyki z drugiej. Staram się jednak zawsze robić to konstruktywnie i przedstawić jakieś rozwiązanie. Co przy okazji przypomniało mi, że może nie tyle denerwuję się, ile nie rozumiem i robię facepalm na reakcje ludzi na im zwracanie uwagi na błędy, które popełniają. Kiedy napiszę komuś, że robi nielegalny konkurs, to większość na mnie nakrzyczy albo zablokuje. Tylko jedna na kilkanaście osób napisze do mnie z pytaniem co można z tym zrobić i bardzo chętnie im pomagam.
Żeby nie było, że nie stosuję - napisała do mnie dziewczyna na Wykopie, że nie powinnam czegoś dodawać jako znaleziska tylko korzystać z mikroblog. Porozmawiałyśmy i teraz odkryłam nowe połacie Wykopu, dzięki temu, że zamiast uznać, że jestem social media ninją i wiem wszystko, zaczęłam zadawać pytania.
Może się nie denerwuję, bo jestem zodiakalną wagą? Może po prostu taki typ... 

Dzień 8.
MN: Kiedyś Elisabeth Bumiller w "New York Timesie" analizowała odpowiedź George W. Busha na pytanie "co masz na swoim iPodzie?" Dziś ja poproszę Cię o to, byś wymieniła pięć najważniejszych dla Ciebie utworów i powiedziała dlaczego. Krótko. 
MC: Wait! Jak to krótko? I jak to 5 utworów? To jakbyś mnie poprosił o 5 ulubionych filmów albo książek. Nie da się!

Nasz utwór z Kasią. Po raz pierwszy usłyszałam tą piosenkę jak byłam u Edie w kuchni i aż odpaliłam Shezam, żeby sprawdzić co to. Później odkryłam, że teledysk do tego utworu jest przeuroczy z trzema całującymi się parami - w tym jedną parą dziewczyn ;) - a ja coraz bardziej lubię ten kawałek. A kiedy usłyszałam go na Openerze na żywo, była ze mną Kasia i miałyśmy... bardzo miły wieczór... no cóż. Dość powiedzieć, że jest to utwór, który i się bardzo dobrze kojarzy.
Z innych utworów w tej kategorii mamy I melt with you Nouvelle vague, The XX, Sex on fire King of Leons, muzyka z Gatsbiego, Blue Jeans Lana Del Rey, Marysia Peszek, Get Lucky Daft Punk

Czyli muzyka związana z moimi kobietami. Sama book of love jest bardzo pięknym utworem, ze świetnym tekstem i będzie mi się zawsze kojarzył z magdą.
W ogóle muzyka jest czymś, co współdzielę. W samochodzie zawsze mam playlistę Rodzinną, czyli stworzoną przez muzykę moich dziewczyn. 
Noah and the Whale - 5 Years Time, Patrick Woolf, Gentelman, The Streets, Dumb ways to die, Hey i Lao Che, FISZ, Paktofonika, Linking Park, Madonna... mogłabym długo wymieniać.

3. Toccata i fuga Bacha - różne wykonania
Mam dwie płyty z różnymi wykonaniami toccaty i fugi Bacha. Moja muzyka, czyli muzyka filmowa i klasyczna. Musicale - strasznie lubię. Filmy animowane z dobrą ścieżką dźwiękową. Ciekawe utwory X Muzy. Na Spotify można znaleźć 8 godzin playlisty filmowej, którą stworzyłam. Najwięcej tam utworów Disneya, ale klasycznych soudtracków też. Muzyką klasyczną zaraził mnie dziadek, ale trochę też mama. Posłuchajcie sobie: Sound of Noise - Music for One Apartment and Six Drummers - jest ciekawe z filmu Sound of Noise.

Utwory, które wzmacniają, wzruszają i były przy mnie w wielu momentach mojego życia. Swoją drogą Sarę uwielbiam (King of Anything!), a ten utwór pojawił się w kilku produkcjach o tematyce lesbijskiej. Mam słabość do muzyki kobiecej. Kiedyś słuchałam Kayah, Reni Jusis i Anny Marii Jopek - mam słabość do lekkiego jazzu, ale teraz chyba bliżej mi do popu i r'n'b. Tracy Bonham - Wheter you fall, Anna Maria Jopek - Niebo, Marysia Peszek - Moje iasto, Marika - Widok...

Klasyka rocka i nie tylko. Tata mnie zaraził. Elvis, Rock around the clock, twist, jazz. Początkowo nie byłam przekonana, ale z czasem jakoś uległam urokowi - wiesz, takich wspomnień czar... ;) Mam kolekcję muzyki z Dziennika i chętnie wrzucam sobie płyty z lat 50/60/70. To też zawsze killer na imprezach. Ludzie zawsze się dobrze bawią przy starociach...

jeszcze jest tyle utworów, którymi chciałabym się podzielić. Ale jak pięć, to pięć, chociaż się czuję oburzona :P
MN: Zasady to zasady :) 

Dzień 9.
MN: Rozmawialiśmy już o emocjach, homofobii, ludziach. Wznieśmy się wyżej - pomówmy o gwiazdach. Swoimi aktywnościami ściągasz uwagę. Jesteś rozpoznawalna. Czy znanym ludziom popularność przeszkadza, czy wręcz odwrotnie? 

MC: Rozpoznawalna? Bo parę osób z branżuni wie kim jestem? Rozpoznawalna byłabym gdybyś wyszedł na ulicę i byłaby szansa, że jedna na kilkadziesiąt osób wie kim jestem. Mam podstawy wątpić, żeby tak było ;)

Poza tym bycie rozpoznawalnym, to niekoniecznie bycie gwiazdą. Zdaje mi się, że Trynkiewicz jest rozpoznawalny, ale chyba nie nazwałabym go gwiazdą.

Ciężko mi więc wypowiedzieć się na temat rozpoznawalności i popularności, bo mnie to nie dotyczy. Ale mogę ująć to trochę socjologicznie.

Bauman przekształcił znany cytat Kanta na "Widzą mnie, więc jestem". Wszyscy mamy potrzebę być zauważani. W końcu od czego są te wszystkie profile w social media? Utrzymywanie kontaktu przez telefon i maila wystarczy. Po co robimy zdjęcie temu co jemy? Dlaczego tak chętnie dzielimy się informacjami z naszego życia prywatnego? Chcemy być gwiazdami na kilka chwil. Kolekcjonujemy znajomych, cieszymy się z kolejnych lajków, czy w bardziej zaawansowanej wersji z rosnącego Klouta, staramy się pokazać z jak najlepszej strony - wybieramy odpowiednie kadry, decydujemy co opublikować, wybieramy stosowne treści.

Chcemy być popularni. To znaczy fajni. Żeby nas lubili. Żeby cenili nasze zdanie. Żeby dostawać promki i dobre oferty.
Śmieję się, że prawdziwym testem na popularność jest atak trolli / hejterów. Trzeba się napracować, żeby popchnąć kogoś do takiej krytyki. Rzeczywiście ktoś musi wiedzieć o tym co robisz i musi być wystarczająco np. zazdrosny o Twoje efekty, żeby coś z tym zrobić. Jak Ci już pisałam nie mam problemu z hejtem, bo jestem do niego przyzwyczajona: moja orientacja, mój wygląd, mój charakter, a czasem nawet praca są obiektem żartów i negatywnych komentarzy. Ale wierzę, że dla wielu osób to może być bardzo ciemna strona popularności. Trzeba nauczyć się radzić sobie z nieuzasadnioną krytyką, dziwnym zachowaniem ludzi. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie jestem zupą pomidorową, że muszę się wszystkim podobać i jest w tym dużo racji. Jeśli nauczymy się radzić sobie z tym, że popularność to też te negatywne zjawiska mamy możliwość cieszyć się z tego co mamy.
A to naprawdę niesamowite. Nie twierdzę, że ludzie nie pomagają innym ludziom, jak nie są bardziej kojarzeni z tego, czy innego powodu, ale wiadomo, że komuś, kogo więcej osób zna jest łatwiej. Z mojego podwórka: Krzysiu Kotkowicz udostępnia mi za darmo swoje serwery - Angry Bytes opiekuje się czaplicka.eu. Brand24, Sentione, Newspoint, Instytut Monitorowania Mediów, Sentione oraz Press-Service pozwalają mi korzystać ze swoich zasobów do analizowania kryzysów. Ania Roszman za dobre słowo robi korektę moich wpisów na bloga. Tomek Jeziorski z Adencji zobaczył, że moja tabela o aplikacjach konkursowych jest niemobilna i zaproponował, że przygotuje responsywną* wersję. Piotrek Malinowski z Sixboxes zaprojektował mi logotyp, Góralski, Bastardo - marki, które obdarowały mnie darami losu. Ale najbardziej, najbardziej się cieszę, kiedy utrzymuję kontakt z osobami, które szkoliłam. Objechałam kawał Polski, więc tych niesamowitych ludzi bym musiała wymieniać przez następnych paręnaście linijek tekstu. Muszę jednak stwierdzić, ze najbardziej zaskoczyli mnie absolwenci Akademii Socjomanii. Na święta dostałam naprawdę dużo prezentów - słodycze od Puffins, kalendarz i płytę od lasów Państwowych, darmowe pizze od Telepizza - a są to przecież ludzie, którzy normalnie przychodzą na płatny kurs, spędzamy ze sobą kilka godzin, a potem rozchodzimy się. Ale okazuje się, że te relacje, podtrzymywane przez media społecznościowe, żyją.
Myślę, że to jest dużo fajniejsze - nie to, czy ludzie mnie rozpoznają, czy jestem popularna, ale czy jestem w stanie nawiązać fajne relacje z mieszkańcami internetu. Że mogę z nimi porozmawiać, możemy sobie pomóc - żeby nie było, ja też coś od siebie daje innym. Strasznie to lubię, że mogę poznać tyle osób, wymienić się wiedzą i doświadczeniem, czegoś nauczyć. To jest chyba najfajniejsza część popularności.
Strasznie się cieszę, że mogę Ci tyle opowiadać o pozytywnych doświadczeniach i o tym jak ludzie fajnie przyjmują mnie i książkę, a tych sytuacji, że ktoś narzeka, marudzi albo krytykuje bezsensu jest dużo, dużo mniej.
Ale kto wie co będzie jak wystąpię w jakimś tańcu z pisarzami albo innym jak oni nie umieją śpiewać ;)

*MN: wersja responsywna to taka, która dopasowuje automatycznie rozdzielczość strony do urządzenia. 

Dzień 10.
MN: Monika, nasza rozmowa dobiegła końca. Była niezwykła i pozytywnie mnie zaskoczyłaś. Teraz ja - zgodnie z umową - powinienem zaskoczyć Cię ostatnim pytaniem, tak? Ok. Gdybyś miała JEDNYM SŁOWEM podsumować to wszystko, co wyżej napisałaś, ten wywiad, rozmowę emocje i prawdę... Jakiego wyrazu byś użyła?
MC: Jak to jednym słowem? Czuję się jak Schakespearowski Henryk V, który przynajmniej 3 strony tekstu tłumaczy Katarzynie jak bardzo nie potrafi powiedzieć jej co czuje! Ale ok - wyzwania są po to, żeby przyjmować je na klatę. Jak widać po mojej dorodnej klacie idzie mi to dobrze ;)
Pozwolę sobie zacytować kobietę, którą podziwiam - Mery Poppins - i słowem na podsumowanie naszego wywiadu byłoby: supercalifragilisticexpialidocious. Słowo, które może zmienić życie. Moje zmieniło się, kiedy spotkałam Kasię. A mogłam ją poznać, bo pojechałam występować na festiwalu teatralnym, bo rzuciłam pracę, a zrobiłam to, bo postanowiłam pisać. Co też czynię :)

MN: Bardzo Ci dziękuję za czas i chęci!
MC: Ja też Ci dziękuję za ciekawą przygodę przez 10 dni. Zmusiłeś mnie do pisania i do przemyślenia pewnych rzeczy. I zdradzę Ci w tajemnicy, że dzięki Tobie zdałam sobie sprawę jaką drogę przeszłam przez ostatni rok. Teraz nie wiem czy to dorosłość, miłość, szczęście czy wszystko na raz. Ale po raz kolejny przekonałam się, że rozmowa i interakcje z innymi ludźmi to jest to, co najbardziej mnie rozwija. Dziękuję :)
- - -

Realizowany w okresie od 24 marca do 2 kwietnia 2014. 

Mikołaj Nowak i Monika Czaplicka