środa, 8 stycznia 2014

Warszawa przed inwazją "Słoików"


Warszawa, jak każda inna stolica, uwielbiana jest przez osoby pragnące szybko zrobić karierę i zarobić duże pieniądze. W tych czasach nawet bohaterki "Sexu w wielkim mieście" są "słoikami".

 fot. Mikołaj Nowak


Warszawa jak Ameryka.

Aktualnie jej społeczność jest w większości napływowa; zlepek wielu kultur, tradycji, zwyczajów tworzy ciekawy melanż socjologiczny. To nasza własna - narodowa - odmiana Ameryki, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi.

Nienawidzę agresywnych podziałów społeczeństwa na lepsze i gorsze, ale mam wrażenie, że w moim mieście od kilku lat trwa "zimna wojna" między rodowitymi Warszawiakami - takimi jak ja - a tzw. "Słoikami". Ależ chętnie zaznaczyłem "takimi jak ja" lecz po co to zrobiłem? Bo jestem Warszawiakiem, a my jesteśmy dumni z pochodzenia, butni i czasem aroganccy. Ale i waleczni. Czy z dziada - pradziada? A czy to ważne?
Urodziliśmy się tu, a Wy nie (najczęstszy argument) więc mamy przewagę. Często to jeden wielki bullshit, bo właśnie w tym - moim - mieście większe sukcesy osiągają przyjezdni. Mają silniejszą motywację, jasno określone cele w życiu i są zdeterminowani.

Czytam mnóstwo artykułów na przeróżnych serwisach skoncentrowanych o Warszawie i widzę jątrzenie Słoików na Warszawiaków i odwrotnie. Ale coś się dziwić, temat chodliwy i budzi: emocje, odsłony, zyski.

"Słoiki" to określenie... 

  • Pejoratywne?
  • Sympatyczne?
Społeczności określa się różnie, ale "Słoiki"? Nie kupuję.
Zgadzam się, że te szklane naczynia są znakiem rozpoznawczym przyjezdnych jednak irytuje mnie NOTORYCZNE określanie innych i sprowadzanie ich na równi z towarem sklepowym.
Być może jestem przewrażliwiony, być może nie mam dystansu, ale ponad połowa moich znajomych to właśnie ambitni ludzie, którzy osiedlili się w Warszawie. Są niezwykle pomocni, są ciepli i wychowani w dobrych domach, w których do dziś przetrwały wartości; w których m.in. nie bojkotuje się świąt za wydatki, ale docenia się je za możliwość spędzenia czasu z bliskimi.
Praktycznie zawsze mogę na nich liczyć, jednak co roku wyjeżdżają minimum dwa razy (Święta) do swoich domów i wtedy zostaję z moimi przyjaciółmi - także Warszawiakami.

Miasto pustoszeje, a my czujemy się w nim jak na wymarłym terenie; często jeździmy komunikacją, aby poczuć większą niż zwykle swobodę. A gdy siedzimy w domu - nieważne czyim - i upijamy się kupionymi wcześniej zapasami wytrawnego wina to zastanawiam się nad tym dlaczego zostało nas tak niewielu. Czasem mam wrażenie, że ubolewamy nad tym.

Warszawiacy są niecierpliwi. Bardzo. Jesteśmy też nadpobudliwi, często się obrażamy i łatwo wyprowadzić nad z równowagi. Tak, to moje obserwacje.
Moja mama i ojciec. Rodziny moich przyjaciół i oni - wszyscy są niecierpliwi i szybko się irytują. Ale są konkretni, zaradni... często jednak bardziej niż ludzie, którzy przyjechali do Warszawy. To może być psychologiczne zjawisko - po prostu czujemy się "u siebie" bardziej niż Ci, którzy do nas dołączyli.


 fot. Mikołaj Nowak


Różne społeczności - Warszawa, jako miasto kontrastów.
Tak było ponad 10 lat temu; tak było przed nazwaniem ludzi "słoikami".

Stolica i bez "Słoików" zawsze była kolorowa i zróżnicowana w swoim przekroju społecznym. Był dumny Mokotów, niepokorna biedna Wola, sympatycznie brzmiąca Ochota, żoliborskie elity, nowobogacki Ursynów i niemal paryska elegancja zamieszkująca kamienice w Centrum miasta. Do tego praski folklor - chyba jeden z najbardziej oryginalnych w Europie. Były i slamsy, patologie oraz osiedla podwyższonego ryzyka, gdzie dominowało prawo pięści, a język nienawiści dyktował każdy gest. Były i subkultury oraz ustawki przypominające walki terytorialne. Wychowałem się na jednym z szarych blokowisk, do którego trafiliśmy z eleganckiej willi, więc już w dzieciństwie poznawałem kontrasty miejskiego folkloru, wybitności i typowości, skrajnej elegancji i skrajnego chamstwa.
Jako nastolatek zacząłem wsłuchiwać się w ton swojego osiedla, więc moją muzyką były jego opowieści zawarte na Hip-Hopowych taśmach. Do ich autorów miałem naprawdę blisko. Po sąsiedzku. Lecz koncentrowanie się na jednym nie leży w mojej naturze - zaprzyjaźniłem się z fanem muzyki ciężkiej - metalowej, tzw. "Metalem". I uwierz - wyglądaliśmy komicznie. Ja w szerokich bluzach i spodniach, które moja ciotka podsumowała zwinnym "wyglądasz jakbyś się zesrał", a on z długimi włosami, w czarnej skórzanej kurtce i z wyrytym "fuck the system" na czole. Tworzyliśmy niesamowity duet, który był nieczytelny dla innych; idąc Alejami Jerozolimskimi w Centrum zaczepiali mnie Hip-Hopowcy i pytali dlaczego mu nie przywalę, "przecież to brudas". Z kolei jego towarzystwo patrzyło się na mnie sceptycznie, ale przyjmowało mnie do swojej społeczności i nawet chciało dzieli się winem potocznie zwanym "jabolem". Spróbowałem i dziękowałem, aż tak kontrastowy nie jestem :-) Potem poszliśmy do liceum, gdzie wszystko się wymieszało, a kulturowy mix nie miał najmniejszego znaczenia.

Mój przyjaciel Metal - i jego świta - zajmowali terytorium Pola Mokotowskiego. W każde słoneczne popołudnie niczym wataha zjeżdżali w to samo miejsce - pod pomnik - i rozkładali się absorbując na swoich czarnych ubraniach zdwojone dawki słońca. Byli cholernie pijani, cholernie najarani i tak samo szczęśliwi.

W tym samym czasie Hip-Hopowcy z Mokotowa i Ursynowa oraz "dzieci ulicy" ich "młodzi gniewni" zajmowali swoje miejscówki - przeważnie parkowe ławki. Pili browary, jarali zioło i kotłowali się w nagromadzonym buncie. I w tym byli niesamowici. Potrafili zjednoczyć się tworząc supermocną społeczność zwolenników muzyki ulicy, oddającej jej realia mieszanki bitów i słów, które stawały się ich myślodsiewnią. Warszawscy MC byli prawdziwymi autorytetami dla młodych wkur*ionych dzieciaków prześladowanych przez Policję.


Miałem 16 lat i pamiętam jak dziś. Zimny dzień, przystanek autobusowy i mnóstwo ludzi dookoła. Mnóstwo młodzieży. Do kogo podejdzie patrol policyjny? Oczywiście, że do gościa, który nosi się szeroko, bo na pewno on - akurat on z dziesiątek innych w tym miejscu - ma zioło. Przez ponad 40 minut nie dawali mi spokoju; a to sprawdzali czy komórka legalna, skąd jestem, po co tu jestem i gdzie będę zaraz. I tak kilka razy w roku, choć w przeciwieństwie do moich ówczesnych znajomych wyglądałem pozornie. To zachowanie nasiliło nienawiść tzw. "blokersów" do wszelkich organizacji pilnujących porządku.

Znacznie wcześniej nie było takich miejsc jak centra handlowe, więc gdzie cała Warszawa i okolice się ubierały? Oczywiście na Jarmarku Europa, czyli ówczesnym Stadionie X-lecia, dzisiejszym Stadionie Narodowym. Jeden wielki burdel, epicentrum złodziejstwa i machloi. Mnóstwo Rosjan i skośnookich. Można było tam kupić dosłownie wszystko... czasem nie chciałem słuchać co konkretnie, ale wiedziałem jedno - jarmark ten to zintegrowana społeczność i ogromny łańcuch zależności. Wystarczyło wejść na tzw. koronę i zobaczyć patrol Policji, który sunie wzdłuż alejki pełnej pirackich kaset i CD. Handlarze musieli wykonać prosty gest - zasłonić stoisko na czas patrolu. I już. Oczywiste jest, że za tym stało coś, co w tym miejscu było na porządku dziennym, czyli coś po prostu nielegalnego.
Jedno było pewne - nie było w Europie drugiego takiego agregatu piractwa i podróbek, gdzie z praktycznie każdego stoiska wołały do nas filmy i płyty z często niedziałającym zapisem. Buty Adidos, Nikei, szeleszczące dresy, czy tenisówki na WF - wszystko w jednym miejscu. Oczywiście były Domy Towarowe Centrum i jakieś szemrane hale pod Pałacem Kultury, ale Warszawiak i tak wybierał to, gdzie najtaniej nosząc jeszcze w sercu wspomnienia jak stał na mrozie w kolejce do Pewexu.

Subkultury - wpady i ustawki, dzielnie i rewiry.

Miejska dżungla w stolicy. Nie wiem, jakie dziś subkultury dominują w stolicy; słyszałem coś o EMO-dzieciakach, ale od 10 lat jestem "na swoim" i nie interesuję się społeczeństwem tak jak kiedyś.
Jednak pamięć mam dobrą. Siedzieliśmy kiedyś na Polu Mokotowskim ja i bractwo Metali.
Zaakceptowali mnie, choć wyglądałem wśród nich jak zaadoptowana małpka przez stado bizonów. I nagle krzyk, alert. "Spier*alamy! Wpad!" - wszyscy podrywają się i zaczynają uciekać. Rozpraszają się, ale pokaźna grupa biegnie do najbliższej stacji metra. A wejścia zablokowane przez grupę zamaskowanych reprezentantów innej - wrogiej - subkultury. I walka.
Bili wszystkich - nieważne, czy dziewczyny, czy chłopaków. Glanowali jak leci, tłukli pałkami.
Mnie oszczędzili, bo mimochodem obronił mnie dziś tzw. outfit, czyli to, w co byłem ubrany.
Byłem przerażony. Więcej na Pole nie pojechałem, choć wiedziałem, że wpady to nie nowość dla Metali.

Ustawki.
Czasem wystarczyło, aby dwie osoby pokłóciły się o bzdurę, po alkoholu przeważnie; Albo w szkole; Albo gdziekolwiek... Ekipa była jak rodzina i tu Warszawiacy z biednych dzielnic doskonale znali sens powiedzenia "jeden za wszystkich - wszyscy za jednego", choć z Muszkieterami mieli niewiele wspólnego...
Ustawiali się o konkretnej porze w mało uczęszczanych miejscach takich jak Las Kabacki i jazda. Tak, to była ich własna odmiana Bitwy pod Grunwaldem. Jestem pewny, że dziś się z tego śmieją.

Dzielnie.
Każda była tak charakterystyczna, jak jej społeczność. Często bywam na swojej "dzielni", bo tam mieszkają moi rodzice i przyjaciele. Ale nie ma już śladu po charakterystycznej społeczności za to jest mnóstwo ludzi wynajmujących mieszkania, na osiedlu zainstalowany został monitoring. Nie ma śladu po blokowiskach, które "jakby miały kółka to by odjechały", bo tak się kiedyś o nich mówiło. Nie ma śladu po mafijnych strzelaninach, żulach i patologii. Ale też nie jest tak krystalicznie jak się wydawać mogło. Blizny przeszłości widać gołym okiem i dostrzeże je tylko ten, kto się tam wychował. Czyli na przykład ja.
Dzielni było mnóstwo i każda inna mimo schematów - blok, klatki, coś obok.

Grzyby i żule, czyli chamstwo z udawaną elokwencją...
Jestem nieznośnym hipokrytą; wściekam się na to, że mówimy na ludzi "słoiki", a sam mówiłem - jak i cała W-wa - "grzyby" na zaczepnych łobuziaków i urwisów osiedlowych. Po każdym deszczu pojawiali się na podwórku jak grzyby po deszczu i siali psocili dalej. Nie bawili się kijkiem i kółkiem jak chłopcy kiedyś lecz woleli zrywać znaczki z samochodów, kraść ze skrzynek zniżki do pierwszych McDonald's-ów czy palić papierosy za murkami.
W tym samym czasie roiło się w Warszawie od żulerii. Na Saskiej Kępie było zawsze klimatycznie, jednak była ona monitorowana przez okolicznych władców ulic zwracających się do Ciebie zawsze Panie Prezesie, Szefie... Bez obaw - żaden z nich by do Ciebie "CEO" nie powiedział, bo ówczesna WaWa nie była tak nasiąknięta modnymi amerykańskimi zwrotami jak dziś. Jedynym notorycznym słowem był "weekend".

Warto było takiemu "elementowi" odpalić coś w starej walucie, czy później 5zł na browarka -uwierz. Chociażby po to, by spokojnie odjechać autem, bo jak powszechnie wiadomo samochód z oponami bez powietrza daleko nie zajedzie, a naprawa rys na karoserii także tania nie jest.

To wszystko pewność siebie;
To wszystko to Warszawa.



fot. Mikołaj Nowak

Małomiasteczkowość. 

Czyli wracając do "Słoików".
Bliski jestem umniejszaniu ludziom, których określam, jako kretynów, pozerów i półgłówków. Ale nie lubię wypominania pochodzenia, bo jako dziecko często podróżowałem z ojcem po Polsce, jak długa i szeroka. Stąd wiem, że jest wspaniała.
Potrafię jednak wprost powiedzieć komuś, że za nim nie przepadam i zawsze tego oczekuję w zamian - ale ludzie, z którymi obcuję na co dzień tacy nie są. Lubią dusić w sobie problem i wolą włączyć wymuszony uśmiech sprzedawcy niż walczyć o swoje. Czasem mam wrażenie, że "Słoiki" nie czują się w Warszawie swobodnie, że boją się tu zadomowić, więc wyjmują z miasta to co najlepsze dla nich i transferują dalej - do swoich domów. Sprytniejsi lokują te środki w siebie. Ale właśnie dzięki nim stolica także się rozwija i stale powiększa, staje się silniejsza i prężnie działa.
Uwierz, że przyjezdni, których znam to ludzie na bardzo wysokim poziomie i naprawdę kompletnie gdzieś mają te Karty Warszawiaka oraz płynące z nich profity.
Zapewne dlatego, że bardzo intensywnie pracowali na swój sukces i w firmowym aucie nie muszą się zastanawiać, do kiedy ich Karta Miejska jest ważna?

Jednak mają bazowy problem - nie są pewni siebie. I nie dziwię się - ja także nie czułbym się pewnie w mieście, w którym w/w "zimna wojna" zatacza coraz szersze kręgi, a zirytowani Warszawiacy traktują przyjezdnych jak intruzów. Bo depczą ich chodniki i nie płacą za nie tu, gdzie depczą; bo jeżdżą po stołecznych drogach, a rozliczają się w swojej miejscowości.

Ale nadają też miastu rytm i stymulują je. Jako społeczność miejska kreujemy potrzeby! Im jesteśmy więksi - tym mamy ich więcej!

To dzięki temu rytmowi mamy w stolicy nowoczesne autobusy i drugą linię metra w budowie, jesteśmy miejską przestrzenią atrakcyjną dla zagranicy oraz społecznie ciekawi dla światowych marek.

Jako Warszawiak ubolewam nad zamknięciem naprawdę kultowych lokalizacji i coraz to nowym otwieraniem się bankowych filii, czy sieciówek. Ubolewam nad tym, że coraz mniej jest miejsc, w których czuć domowy klimat, a nie powiew franczyzy. Choć miałem swoje ulubione miejsca takie jak klimatyczna restauracja Żywiciel przy pl. Inwalidów, czy bar mleczny przy ZOO. Gdziekolwiek bym w stolicy mieszkał to zawsze do nich trafię, ale przykre jest to, że im bardziej Warszawa zyskuje na populacji - tym gorszy ma gust i swoją energię lokuje w tym co masowe. Bo czasem to wystarczy by zadowolić mniej wymagających. Dla jednych niewiele znaczy dla innych wszystko. I takim miastem pozostaniemy, bo to my - ludzie - niezależnie od pochodzenia, jego znaczenia, płci, przekonań, orientacji i wiary - to my tworzymy miasto.

Bez nas byłoby ono pustynią. 




fot. Mikołaj Nowak