piątek, 31 stycznia 2014

Be Younger

Jesteś zadowolony ze swojego życia?
Czy przeceniasz tę radość?

Gdy pracujesz w newsroomie, masz styczność z dziesiątkami informacji dziennie. Nie zawsze są to wiadomości optymistyczne; powiedziałbym, że w większości pesymistyczne. To wszystko powoduje, że zaczynasz inaczej postrzegać swoje życie. Zaczynasz je doceniać. 

Przychodzi depesza... - katastrofa lotnicza, 120 osób nie żyje. Ale Ty żyjesz i zaraz podasz tę informację dalej;
- wypadek autokaru - 12 osób rannych - Tobie jednak nic nie jest;
- Polityk oblany kwasem - już ustalasz szczegóły, ale nawet jeśli to "tylko" celebryta to też zaczynasz tę pracę, bo ludzi to interesuje. A dla ludzi pracujesz. Dziś medium musi być kompleksowe i wychodzić poza ramy, by się utrzymać. 

Czasami ilość informacji na jeden temat jest przytłaczająca lecz uczy cierpliwości i pokory. Przynajmniej mnie. Chcąc rozwijać się przeszedłem z Internetu do TV. Paradoks? Zmieniłem branżę i nie żałuję; dziś jestem pewny, że Internet jest pełen skrajnie monotematycznych zjawisk i tych samych - zapętlonych - zachowań społecznych. Newsroom jest bezwzględny i tam nikt nie będzie na mnie czekał. To nie korporacyjne pitu-pitu od 9 do 17, czy wyjeżdżanie do klienta o 14:00 bez zamiaru powrotu do firmy. 

Ale wracając do spływających informacji;
Niestety na te wszystkie - zwłaszcza negatywne - zdarzenia trzeba się jakoś uodpornić. To w połączeniu z moim naturalnie szorstkim charakterem sprawia, że uwielbiam ten chaos. Bo codziennie mam w nim wszystko na raz. W pigułce. 

Ostatnio miałem chwilę dla siebie i wszedłem do Super Pharm na drobne zakupy. - "Uzupełnię witaminy" - pomyślałem i zacząłem rozglądać się za działem suplementów. To wskazane zimą, kiedy jesteśmy naturalnie osłabieni i narażeni na zarazki. Zobaczyłem promocję - witaminy jakiejś renomowanej marki przecenione aż o 40zł! Niestety mam typowo konsumencką słabość do takich chwytów, więc z półki szybko znalazły się w koszyku. Pudełko składników nazywanych pompatycznie "Be Younger" miało od dziś dostarczać mojemu organizmowi wszysto co niezbędne. W pigułce. 

Ostatnio wracałem codziennie późnym wieczorem do domu z pracy. W cichym salonie, w którym od czasu do czasu usłyszeć można tylko koci szelest, układałem sobie dzień. Myślałem co mogłem zrobić / napisać lepiej, co będzie jutro i jaki mogę mieć na to wpływ. I wiesz co? Żaden. 
Ale myślałem też o tym co mnie ominęło dziś i ominie jutro oraz jaki mam na to wpływ. Żaden. 
Bo to ja wybrałem właśnie taką drogę i mam zamiar ją realizować dalej. Bo codziennie moja praca jest elementem "pigułki", którą dostają ludzie i to dla mnie nobilitacja. Kilkaset tysięcy ludzi widzi formę, w której materializuje się także moja praca. 

Widzę sens, więc idę w kierunku mojego przecenionego opakowania markowych witamin i zgodnie z napisem na etykiecie "łykać przed snem" biorę tabletkę "Be Younger". 
I cenię najbardziej to, że nauczyłem się doceniać swoje życie w rzeczywistości, w której jako pierwszy dowiaduję się, że ktoś je traci. 


Mikołaj Nowak

środa, 29 stycznia 2014

Jesteś AŻ moderatorem - Część I

Jeżeli myślisz, że masz władzę to mylisz się; jeśli termin "władza" materializuje się w tym, jak definiujesz funkcję moderatora to ta notka jest po to, by wyprowadzić Cię z błędu.

W funkcji admina materializują się tylko większe możliwości - nie władza. Brzmi paradoksalnie? Będzie i o tym, gdyż chciałbym abyś zaczął zauważać więcej. Poszerz perspektywę.

Władzę mają dyktatorzy, a Ty masz wyjątkowe zadanie, jako User Care musisz dbać o porządek dyskusji.
Bo dialog to podstawa
.


Do całości dochodzi możliwość kreowania przekazu, współtworzenia contentu i realizacji,
bo nikt lepiej nie zna potrzeb społeczności, jak osoba będąca jej integralną częścią... czyli TY.

Cała prawda o działaniach w Social Media "po drugiej stronie".

Dostęp do panelu admina to olbrzymia odpowiedzialność, znasz jej wagę?

Wg wielu laików "moderator" to termin odnoszący się do odtwórczej pracy polegającej na kasowaniu wulgarnych treści i pilnowaniu porządku. Sieciowy dozorca, czyli nic specjalnego.
Ile razy słyszałeś, że "skoro siedzisz stale na fejsie to pewnie nic szczególnego nie robisz"?

Bzdura! Moderator przede wszystkim ocenia; można powiedzieć, że działa jak sędzia.
Jest jednocześnie administratorem konkretnego miejsca, a jak powszechnie wiadomo - zdanie admina jest ostateczne, więc warto zadbać o to, by Twoje decyzje nie przynosiły przykrych konsekwencji marce, miejscu, chwili. Uważam, że dobry admin nie dyskutuje, gdy jest absolutnie pewny, ze ma rację i wskazują na to fakty.
Jednak kluczową umiejętnością jest rozpoznanie środowiska i wyczucie chwili.
Nie każdy ma predyspozycje do bycia sprawiedliwym sędzią, ale większość z nas rozróżni dobro od zła.
Jednak poza odruchem kompulsywnym - strzałem w "kasuj" na widok przekleństwa - powinno także wiedzieć się, co w konkretnej chwili odpisać oraz jak zażegnać - nie rozpalać - sieciowy spór. To sztuka komunikacji i opanujesz ją tylko praktykując.

Nie zapominaj także o koncentracji.
Jesteś w stanie czytać pięć książek na raz?
Podobnie jest z prowadzeniem kilku klientów - na raz - w agencjach Social Media.
Zadania te trzeba optymalizować, byś nie pogubił się w ich realizacji i mógł skupić się.
Skupienie oznacza jakość, sprzyja temu koncentracja.

Pracuję w Mediach Społecznościowych na długo przed pojawieniem się jakiejkolwiek agencji działającej w tym zakresie. 


Ale pieprzenie. Przeczytaj powyższe zdanie raz jeszcze. Jest prawdziwe, ale brzmi durnie. Autolans. Samochwała. Próżność. I w taką pułapkę możesz wpaść i Ty, bo rola, jaką pełnisz daje poczucie spełnienia, energię i przywraca wiarę w siebie. Czasem za bardzo.
Masz codzienny kontakt z mnóstwem odbiorców; jesteś odpowiedzialny za to co wchłoną via prowadzony przez Ciebie kanał. Jednak gdy spectrum tego działania się powiększa musisz nałożyć sobie pewne bariery. Pamiętaj, że mózg masz pojemny. Ale nie świruj. Funkcja, którą pełnisz to wielka sprawa, ale i wielkie ryzyko.

Uwierz w moc paradoksów.

Olej chęć bycia Social Media Geekiem. Zaufaj, że to zwykła nobilitacja; tak - paradoks, ale zacznij doceniać moc paradoksów, a zrozumiesz lepiej społeczność, którą się zajmujesz.
Bo szczerość to też kontrasty, one szlifują porozumienie.

Olej chęć bycia kimś. Jesteś już kimś - nie jesteś kimkolwiek. Teraz udoskonalaj warsztat.


Zrozumiesz dlaczego introwertycy w realu są ekstrawertykami w sieci - i odwrotnie - ; zrozumiesz dlaczego ludzie łatwiej wyrażają krytyczne opinie via Internet niż wprost.
Im więcej pojmujesz tym lepszym jesteś specjalistą; im bardziej otworzysz się na wiedzę tym lepiej wsłuchasz się w rytm powierzonej Ci społeczności. Staraj się być burmistrzem jej nastroju, a nie dyktatorem. Najgorsze co może spotkać ludzi w Social Mediach to apodyktyczny, chamski i opryskliwy admin. Pamiętaj, że jeżeli reprezentujesz markę to nie ma mowy o tych pejoratywnych zjawiskach.
Pamiętaj też, że dzięki Mediom Społecznościowym możesz zdobyć opinię, która jest w stanie przełożyć się na realne korzyści. I tu stosuj strategię "grejpfruta"; wyciskaj z ludzi co się da - zadawaj im pytania, czy są zadowoleni, co by zmienili? Angażuj, nie bój się tego, bo czasem lepiej zapytać pierwszy niż otrzymać niespodziewaną lawinę krytyki. Kombinuj, ale nie przekombinuj.

Lata 2004 - 2006 plus, narodziny polskich Mediów Społecznościowych.


W połowie pierwszej dekady nie było wytycznych, bo nie było komu ich wykreować.
Rynek dopiero powstawał, Gdzieś rodził się Facebook, a lokalne społeczności tkwiły w zarodkach. 
W Grono.net zauważyłem , że społeczność zaangażuje się w przekaz tak, jak ja sam się zaangażowałem w przygotowanie tego przekazu. Upraszczając: dialog wychodzi od Ciebie i jego jakość ma wpływ na percepcję odbiorcy.
w/w lata były fundamentalne dla społeczności internetowych w Polsce, gdyż wszyscy się ich uczyliśmy. To była nowość - mogliśmy stanąć na internetowym podium i mówić bez limitu, wchodzić w interakcje, odnajdywać znajomych, krytykować - wszystko do woli.
Definitywnie zakończyła się era internetu odczytywanego i rozpoczęła się epoka cyfrowych ludzi. Emocje nabrały nowego wyrazu, dialog zmutował niebezpiecznie wzmacniając nieporozumienia, ale było też mnóstwo odkrywanych plusów - każdy z nas miał swój wirtualny kawałek - niczym sieciowy dom - i był to unikatowy profil w serwisie społecznościowym. Tak wyjątkowy jak my, bo odzwierciedlający nas. Była to era avatarów. 


Choć w Gronie.net zaczynałem pracę od moderatora to nigdy nie straciłem szacunku do tego fachu. Kiedyś myślałem, że to nic prestiżowego. Nieprawda. Dziś wiem, że to kolejna bzdura, bo moderator to ktoś mający realny wpływ na wirtualne zdarzenia. 

Teraz czytaj uważnie, jeżeli jesteś młodym Social Media "Managerem" z agencji SM, czy bezpośrednio po stronie Klienta:


Być moderatorem to coś. Wbij to sobie do głowy. To wysoka funkcja w sieciowej hierarchii społecznej. 

Po pierwsze - to rola służebna społeczności; 

Po drugie - narażasz się na reperkusje wyłączając maskowanie panelem admina; 
Po trzecie - stale robisz coś dla innych;
Po czwarte - realizujesz się;
Po piąte - kształtujesz swój charakter i zdolności społeczne.



Kiedyś mój ówczesny szef powiedział mi, że "moderator jest jak dobry duch forum, który swoją miotełką sprawia, że życie innych jest lepsze w miejscu, w którym chcą być"
Uwielbiam to przytaczać. Takie proste a zarazem prawdziwe.

I tylko człowiek prymitywny pomyli tak ważna funkcję z cieciem. 




Część II - piątek 3 lutego, 20:00.



Mikołaj Nowak 

wtorek, 28 stycznia 2014

Raczkująca Swoboda Wypowiedzi

Uczymy się jej. Upadamy i wstajemy - jak dziecko, które zaczyna stawiać pierwsze kroki.
Co łączy niektóre dzieci i niektórych blogerów?

Zabawa w dorosłych.

Za wolnością słowa, którą mamy w Polsce od 1347 roku, idzie swoboda wypowiedzi.
Choć wielokrotnie wartości te były zakłócane tak dzisiejsze jątrzenie innym - w sposób jawny - pokazuje, że od nadmiaru komfortu niektórym uderza "sodówka" do mózgu.
Dojrzałość na to nie pozwala, ale jest jeden warunek - trzeba ją osiągnąć.


W Polsce istnieje wiele środowisk, ale tylko kilka z nich nadaktywnie wykorzystuje w/w.
Są to m.in.: politycy, dziennikarze i ... blogerzy. Oczywiście obowiązują pewne restrykcje takie jak ograniczenia konstytucyjne, czy Kodeks Karny, ale to ostateczność. Ograniczenia te powinny istnieć w umyśle każdego z nas. A tak nie jest.
 

Codzienność, odmienność.

To właśnie wolność słowa uformowała Blogosferę; to ona jest motorem napędowym sensu jej istnienia. Jednak, mimo wielu reperkusji zapisanych w historii, jakbyśmy dopiero uczyli się pojmować sens wolności w ogóle. I tak - jako społeczeństwo - jesteśmy zniewoleni; praca, kredyty, obawa przed represjami. To zaburzenie wolności, która sensu stricto jest w tych czasach paradoksem. Dopasowaliśmy się do ery Mediów Społecznościowych i to właśnie w nich wyrzucamy nadmiar emocji powodowany dynamiką codzienności.
Miliony statusów, komentarzy i notek to efekt tego, że zbieramy multum informacji i kreujemy na tej podstawie. Niegdyś było to zarezerwowane dla wybitnych umysłów, które miały szersze niż lud spektrum działania. Dziś zostało to przykryte kurzem możliwości i inspiracji. Jednak wszystko w nadmiarze szkodzi.


Sens ma myślenie dla myślenia, jednak pisanie dla pisania nie ma sensu najmniejszego.
Wielu blogerów stara się pouczać nas w kwestii najprostszych czynności życiowych; niebawem spodziewaj się gdzieś notki "jak dobrze podcierać tyłek?", bo tylko bloger może się odważyć taką napisać. Przeważnie z braku weny, której wcześniej szuka jawnie via Media Społecznościowe. 


Jedno jest zastanawiające - porównajmy teraz blogowanie do fotografii.Mawia się, by zostać dobrym fotografem należy stale robić zdjęcia, a każde kolejne będzie lepsze. Tak kształtuje się warsztat. Jednak pokora nakazuje aby nie nazywać się profesjonalnym fotografem wiedząc, że jesteś amatorem.


Odwrotnie jest z blogerami. 

Wielu z nich to amatorzy treści, a mimo wszystko uważają się za profesjonalistów i mistrzów słowa. Kupują domeny, dobierają profesjonalne szablony, piszą notki, które stylizują na niezbędniki i poradniki; tworzą rankingi, w których operują ludźmi, niczym handlarze - ten lepszy, a ten gorszy, więc ten znajdzie się na wyżej - inny niżej.
Co to ma być? Mnie w Blogerze najbardziej irytuje uzurpowanie sobie postawy obiektywnej, gdy pozostaje subiektywny.
Wg mnie Blogosfera z założenia powinna być pozbawiona podziałów, a każdy w niej możliwościami jest sobie równy. 



Zwrot akcji. 

Czasem wolność słowa coś oddaje, tj. zwraca w formie niezdatnej do jakiegokolwiek spożycia. W formie sieciowego kału, czyli komentarzy hejterów, które próżno nazwać opinią. Nie mają one wartości nikogo, nie są merytoryczne, ich jedyny cel to osłabić.
Paradoksalnie tu mogłaby przydać się notka "jak podcierać sobie tyłek?", ale tylko tematycznie.
Wg mnie od tandetnego hejterstwa istnieje rzecz gorsza - sprytna blogerska manipulacja.
Blog dla niektórych jest tym, czym szpinak dla Popey'a - piszą i rosną w siłę. I to wszystko ma sens dopóki nie przerastają samych siebie. A często właśnie to robią. 


To smutne, że niektórzy Blogerzy, wykorzystując wolność słowa, uzurpują sobie możliwość rozdawania kart przez tworzenie subiektywnych rankingów, gierek słownych i manipulacji tekstowych. Slogan firewall'a "jestem blogerem - nic mi nie możesz zrobić" działa, ale zmienił się po 2013 roku na "jestem blogerem - NIEWIELE możesz mi zrobić". To już coś. Dzięki. Tatarze. 

Pisałem kiedyś, że blogerzy manifestujący swoje blogowanie są jak mniejszości seksualne na Paradach Równości. Przebierają się w jaskrawe stroje i za wszelką cenę starają zwrócić na siebie uwagę reszty świata. Efekt? Jedni cieszą się z nimi - inni się odwracają - to normalny mechanizm wchłaniania dawki przejaskrawionej, przekolorowanej, czasem groteskowej. Stajesz się w końcu napromieniowany i zaczyna Cię to prześladować. 

I tu polega fundamentalny problem - w 2014 roku możemy powiedzieć, że "rasowy bloger" to taki, który kompletnie nie przyjmuje krytyki siebie, ale chętnie krytykuje oraz ocenia innych.
Na szczęście nie ma sensu - drogi Mikołaju* - wrzucać wszystkich do jednego worka, bo jest mnóstwo bardziej wartościowych blogów, niż te mniej wartościowe. A te drugie to takie, które budowane były na wzór fabryki, aczkolwiek taśma jedzie pusta a ich właściciele desperacko walczą o jej wypełnienie. Blogerze, nie masz być przedsiębiorcą, ale dystrybutorem myśli.
Twoim punktem B jest odbiorca, nie cholerny kontrakt reklamowy! To opcja, więc po co opcję traktujesz jak sens blogowania?! To zaburzona hierarchia wartości. 


Drodzy blogerzy będą musieli uświadomić sobie wreszcie, że ich przejaskrawione zachowanie będzie krytykowane, bo swoboda wypowiedzi - choć intensywniejsza w Internecie - nie jest zjawiskiem wirtualnym. Istnieje i czytelnicy także mają do niej prawo. Realnie.



Mikołaj Nowak
- - -



*Kim jestem, aby krytykować blogosferę i dawać jej wytyczne?
Współpracowałem z osobami, które dziś są uchodzą za prekursorów tego nurtu; współuczestniczyłem w tworzeniu Blogów Roku Onetu; prowadziłem regularnie blog od 2005 roku. (Mamy 2014)
Aktualnie współpracuję ściśle z zespołem reporterskim (dziennikarze) i stale uczę się czegoś nowego.

Nie ma mnie w rankingach, bo...

Pieprzę rankingi. 

niedziela, 26 stycznia 2014

Recenzja: "Nimfomanka - cześć I"

To nie będzie trudne. 
Tak jak przypadkowy seks. 
Ewidentnie dramat zamknięty w bezpośrednim skojarzeniu: "seks". 
Tytuł to filtr. 

Obraz pełen kontrastów, w którym próżność miesza się z fantazją, a nawet nauką, znajdując sens. Może i odzwierciedlenie. 
To obraz, w którym nauki ścisłe miksują się z humanistycznymi. Nie, to nie pornol.
To hybryda humoru i powagi; koloru i jego braku; szarości i jaskrawości. 

Konsekwencja i szyk, z jakimi "uszyto" ten film przywołuje mi porównanie z niedogaszonym ogniskiem; "Nimfomanka" sączy się, jednak gdy powieje wiatr - rozpala do czerwoności. Stymuluje emocje widza. Inteligentnie. 

To smaczne. 
Film jest inteligentny i przez cały seans miałem wrazenie, że reżyser flirtuje ze mną. Tytuł myli - seks w "Nimfomance" jest jak liść laurowy w zupie; jeżeli chcesz możesz go wyjąc ale wiesz, że nadaje on smak. 

Liść, liście, drzewa. 
To piękny motyw tego filmu. Zwykły delikatny liść w kontekście rozpusty. Jak listek broniący cnoty, której bohaterka filmu tak chętnie się pozbyła. Metafory w tym filmie są przystępnie podane. Być może po to, by burak, który myślał, że idzie do zwykłego kina - na niezwykłego pornola - jednak coś zapamiętał z odmienności zdarzenia. 

To wywiad. 
Pieprzyć zwykły gatunek. 
Pieprzyć konwenanse. 
Pieprzyć styl. 

Dorzuć liść laurowy i zaserwuj sobie to danie. Warto. 
"Zapomnisz o miłości" po to, żeby sobie o niej przypomnieć. 


Mikołaj Nowak
---

P.S. To... 
Akapit uzupełnię po obejrzeniu części II. 



wtorek, 21 stycznia 2014

"Sorry, ale taki mamy klimat"

Riposta Internautów:


"Sorry, takich mamy ministrów"

Nie cichnie burza w szklance wody po wczorajszych słowach Minister Infrastruktury i Rozwoju - Elżbiety Bieńkowskiej w Faktach po Faktach.
Szczera Wicepremier wypowiada się szorstko, idzie pod prąd, jest pewna siebie. Zwlekałbym jeszcze z porównywaniem jej do Margaret Thatcher ale tak silny charakter może dokonać wielkich rzeczy. A wielkie rzeczy wymagają niekiedy najwyższej ceny.

Jednak można pewne kwestie wypowiedzieć w bardziej neutralny sposób.
Logiczne, że ludzie spędzający nie ze swojej winy ponad 10 godzin w niesprawnych pociągu będą tą wypowiedzą rozczarowani.


Co byłoby gdyby rząd kraju zniszczonego przez tsunami powiedział:


Sorry, ale taki mamy klimat


?


Mróz zatrzymał pociągi.


Raptem dwa z czterech tysięcy innych pociągów, które wyjechały tego dnia.
W tej chwili nie powinniśmy się zastanawiać nad statystyką, ale pochylić nad tym, że jeśli chociażby jeden pociąg zatrzymuje niewielki mróz to chyba coś jest nie tak. Awarie się zdarzają, ale czy to był okres trzaskającego mrozu, niemal kataklizmu, zamkniętych szkół oraz miejsc pracy?



W PKP materializują się problemy.

Albo same problemy. Podróżowałem wielokrotnie pociągami: wiem czym są zamarznięte toalety, nagłe zmiany temperatury w wagonach o podwyższonym standardzie, niedziałające gniazdka i to, co drażni najbardziej - spóźnienia.

Zatem może lepiej byłoby, gdybyśmy poszli o krok dalej ze szczerością i powiedzieli:

Sorry, takie mamy koleje



?
I póki co, lepszych nie będzie. Brak perspektyw.
Przypomnę Wam raz jeszcze, że mówimy o PKP. 



PKP! 


Mikołaj Nowak

sobota, 18 stycznia 2014

[EKSPERYMENT] M jak mistyfikacja, M jak Marek...

Lubię sieciowe dyskusje.
Konfrontacje - to jest to. Często angażuję obserwującą mnie społeczność tematami, które akurat są na topie. Tym razem było inaczej.

18 stycznia sprowokowałem na swoim facebookowym profilu dyskusję o utrudnianiu komentowania via blokowanie (banowanie).
Wiele słynnych internetowych postaci (wyjątkowo nie ja) stosuje taktykę kneblowania ust, gdy tylko ktoś odważy się ich skrytykować. PROBLEM ten dotyczy blogerów, influencerów, celebrytów oraz innych person operujących słowem do swoich społeczności.

Natomiast w mojej dyskusji "pojawił się" tajemniczy dla innych Marek.

Szybko: jak działa blokowanie? 

Akurat system w Facebooku blokuje całkowicie dostęp zbanowanemu internaucie. Jeżeli ktokolwiek Cię irytuje możesz go zablokować i masz gwarancję, że nie zobaczysz już jego treści, nie będziesz nękany oraz druga strona także nie dowie się co u Ciebie.
I tak było.

Marek wchodzi do akcji.

Zacząłem dyskutować de facto sam ze sobą odpowiadając Markowi na komentarze. Czułem się z tym niekomfortowo, ale tego typu akcje wymagają poświęceń:

początek dyskusji z "Markiem" na moim facebookowym profilu


Zaczęliśmy się spierać. Starałem się być wiarygodny tak, aby osoba, która widzi tę dyskusję pomyślała, że jest przez wspomnianego dyskutanta zablokowana. I konsternacja - co teraz? Dlaczego? Kim jest Marek? Co oni bredzą?
Jednak sam mogłem nie dać rady, więc szybko z odsieczą przyszedł Artur Roguski, potem inni.

Interakcja. 

Do udziału w eksperymencie zaprosiłem także inne osoby, by uczynić akcję bardziej wiarygodną dla nowych czytelników.
Ola, Artur, Damian i Łukasz (dziękuję!) pomogli mi udając, że odpowiadają na komentarze tajemniczego Marka. Robili to tak realistycznie, że gdybym był celem tej mistyfikacji to nabrałbym się. Weszli w interakcję z nicością. Mistrzowski trolling uwypuklający ludzkie obawy i słabości w kwestii wizerunku.

Przyjęliśmy postawę "najlepszą obroną jest atak" sugerując, że Marek jest mocnym dyskutantem o skrajnych poglądach. Nacechowaliśmy go modną agresją słowną.
Do tego on jest sam na nas wielu, co podsycało zainteresowanie odbiorców. Wtedy zaczęły do mnie przychodzić pierwsze wiadomości prywatne. Nie chciałem ich screenować (to też notka nie screenbook), gdyż większość z adresatów znam, więc zacytuję:
"Kim jest ten Marek? Zastanawiam się za co mnie zablokował..."


"Mikołaj, ale o co chodzi z Markiem? Nie widzę go... jak się nazywa?"


"Co to za frajer?! Chciałem mu odpisać, bo wygląda, że ostro rozmawiacie ale nie widzę postów!!! Co za lamus blokuje na starcie?!"

"Wystarczy, że podasz mi jak się nazywa... sprawdzę sobie w google za co mógł mi dać bana... 

uwaga, hit:
"Ja kojarzę tego Marka, to na 100% ten sam typ, który ostatnio dyskutował u mnie... nie znosi krytyki - odpuść sobie. Marnujcie czas"

(w tym momencie warto jest dodać, że ŻADEN Z W/W nadawców nie wiedział, o czym tak naprawdę "rozmawiamy" z Markiem. Nie mógł wiedzieć, bo my sami nie mieliśmy o tym pojęcia... imprezowaliśmy)
"Ale beka, odpisujecie komuś, kogo totalnie nikt nie widzi... to na pewno jakiś intrygant z kolejnej grupy branżowej. Chyba nawet wiem kto..."

"Mnóstwo złej energii jest w tym Marku... ja widzę te komentarze i jestem w szoku. O co mu tak naprawdę chodzi.... ???" - tak, ten ktoś pod tym podpisał się imieniem i nazwiskiem. Oczywiście w PW :)

Ale tego typu "perełek" było więcej, wybrane:
"Kojarzę, szkoda czasu. Jego opinie są bez sensu, on w ogóle jest bez sensu... Nawet twazr ma niesympatyczną" - ok...

"To chyba ten gość, z którym ja kiedyś pracowałam... ale wywalili go. Mikołaj, podziwiam, że chce Ci się dyskutować z hejterami!" 

Wykreowana rzeczywistość. 

Pewna grupa ludzi nabrała się do tego stopnia, że chcąc się przypodobać twierdziła, iż widzi komentarze wirtualnego Marka, a nawet go kojarzy / zna. Doceniam szczerą chęć przestrzeżenia mnie przed innymi; doceniam, gdyż to dbanie odbiorcy o komfort i swobodę myśli influencera. To także lojalność i ten eksperyment ukazuje także pozytywy - kosztem kłamstwa jesteśmy w stanie pokazać komuś, że nie ma sensu się męczyć. To efekt uboczny eksperymentu.

Nie mogę nazwać tego kompromitacją, bo wkręciłem tych ludzi - mimochodem aktywowałem w nich mechanizm odpowiedzialny za chęć wykorzystania chwili, pamiętasz?
Pisałem w poprzedniej notce o Wielkiej Orkiestrze Zawistnych Hejterów o strategii "fali i deski".
Zawsze, gdy dzieje się coś dziwnego pojawi się grupa osób, która będzie chciała wykorzystać ten stan, by się wyróżnić. To jest zagranie va banque - albo zgarniesz całą pulę, albo stracisz twarz. O ile umiesz sytuację obrócić w żart - może i stracisz niewiele. 

To nic spektakularnego - boimy się.

Nie odkryłem niczego nowego, jedynie utwierdziłem się w przekonaniu, że w trosce o swój sieciowy wizerunek większość z nas nie napisze, że coś jest w tej sytuacji nie tak.
Powód jest prosty - publiczne ukazanie, że zostaliśmy zablokowani powoduje, że czujemy się gorzej. Zgodnie z definicją banowania (od "banicji") czujemy się wygnani z konkretnego miejsca; pozbawieni prawa do kontynuowania relacji z kimś / czymś. W dyskusji, którą zobaczysz poniżej bierze udział raptem 20% odbiorców, którzy widzieli ten status. 80% napisała do mnie osobiście, by:

  • upewnić się, że to nie błąd facebooka,
  • po cichu upewnić się, że mogli zostać zablokowani przez Marka,
  • doradzić mi co zrobić z agresywnym oponentem (syndrom eksperta) twierdząc, że widzą komentarze, ale nie chce im się marnować czasu na "hejtera Marka".
Ale byli i tacy, którzy nabrać się nie dali i mocno to manifestowali. Powstała dyskusja kontrastów - intrygująca ale i nieczytelna.

To nic odmiennego - oceniamy, ale nie lubimy być oceniani. 

To nasza narodowa przywara. Ile razy - oceniając - mówimy "ja bym zrobił to inaczej" (sugerując po prostu "lepiej"), "gdyby powiedział to i to" (= wiem, co należało w tej sytuacji powiedzieć "lepiej") - jesteśmy ekspertami od tego, co inni powinni a czego nie.

Internet obnażył nasze narodowe słabości i demaskuje próżność.
Bloger pisząc kolejną notkę ma przeświadczenie o tym, że to co robi jest rozpatrywane w aspektach sztuki, co najmniej literatury. Poza tym jest ojcem / matką dzieła, więc krytyka wymierzona w jego "dziecko" dotyka go i przeszywa. Umiejętność poradzenia sobie z falą krytyki to jedna z najrzadszych i najcenniejszych zdolności na świecie.

Potrafisz oddzielić żółtko od białka? To dziecinnie proste.
Jeżeli tak, to dlaczego odróżnienie żółci (hejtu) od czystej krytyki jest takie trudne?
Wniosek ten mogło ukazać tylko medium silnie angażujące; medium, które współtworzysz i dlatego wkładasz w to aż tyle emocji.


Dziękuję, za poświęcony czas.
Teraz przeczytaj wspomnianą wyżej dyskusję w pełni na Facebooku.

Mikołaj Nowak

środa, 15 stycznia 2014

Oto powód, dla którego warto czytać komercyjne blogi:


Gratulacje! 

Jesteś sprytniejszy niż myślałeś! Tak własnie jest z ukrytym sensem komercyjnego blogowania. Często po prostu go nie ma lub jest zamaskowany. Na blogu powinny dominować szczere emocje - nie kontrakty reklamowe i mus napisania czegoś pod dyktando Klienta. Zastanów się nad tym. 

Włącz szczerość.


Mikołaj Nowak 









:) 

użyj sprytu.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Wielka Orkiestra Zawistnych Hejterów

Orkiestra Jurka Owsiaka zagrała już po raz 22. W chwili pisania tej notki (poranek 13 stycznia, dzień po Finale) WOŚP zebrała ponad 35 milionów złotych. A będzie więcej.

Zestawienie z ostatnich lat:

2013 - ponad 50 mln zł;
2012 - ponad 50 mln zł;
2011 - ponad 48 mln zł.

To nie jest meritum, bo Twoją uwagę chciałbym skupić na czymś innym -
na nienawiści oraz nieudanych próbach imputowania oszustwa.

Niektórzy mimo dojrzałości wiekowej do dziś nie pojęli, że uderzając w Owsiaka i WOŚP rykoszetem trafiają także w potrzebujących, którym Orkiestra pomogła, pomaga, lub pomoże.

Nadeszły ciężkie czasy (nawet) dla WOŚP.

Czytałem spekulacje m.in. portalu Fronda.pl, jako by połowa zbieranej kwoty szła nie dla potrzebujących, ale na inne - mniej szczytne - cele. 
"WOŚP przeznacza 54 proc. zebranych pieniędzy na cele charytatywne" - Philo na Fronda.pl
Nawet gdyby tak było - hipotetycznie - to zwróć uwagę na ważny aspekt - skuteczność i umiejętność stworzenia czegoś z niczego.

W ostatnich latach WOŚP zbierał ok 50 milionów złotych co roku.
Nawet gdyby "tylko" 25 milionów złotych - co roku - szło na szczytne cele to jest to i tak gigantyczna kwota zebrana w większości jednego dnia i - procentowo - znacznie większa niż kiedykolwiek KTOKOLWIEK byłby w stanie zebrać sam.


W ostatnich latach obserwuję wzrost arogancji i nonszalancji względem tego, co ktoś robi dla innych. Wszelkie nośne i skuteczne inicjatywy są automatycznie podważane, a ich inicjatorzy mieszani z błotem bez użycia konkretnych argumentów. Prawdopodobnie dzieje się tak dlatego, że Polacy odkryli złoty środek, by się wypromować na fali sukcesów innych. Ten sposób to "wypatruj fali, łap deskę i biegnij!".

Efekty są - media mówią, w sieci wrze. Strategia rozpychania się łokciami i zwracania na siebie uwagi przez krzyk oraz jątrzenie inicjatywie przynosi popularność. Niestety.

To strategia surfera - widzisz dużą falę i reagujesz. Często kompulsywnie, bez zastanowienia.
I tak też jest w przypadku ataków na WOŚP oraz to, co się w nim materializuje, czyli Jurka Owsiaka. Jakże istotny aspekt tego, że jego fundacja JEDNAK pomaga, wydaje się spychany na margines. A to zakrzywianie rzeczywistości.

Słynąca z bezkompromisowych poglądów i agresywnej formy ich wyrazu, poseł Krystyna Pawłowicz nazywa publicznie wolontariuszy WOŚP "antykatolicką gwardią", a Owsiaka porównuje do Michnika:

Jerzy Owsiak nie jest świeckim bożkiem, którego nie można krytykować. Można to robić, ale ta krytyka spotyka się z groźbami pozwów z jego strony. Pan Owsiak chyba przyjął metodę Adama  Michnika, który nie mając argumentów, próbuje zamykać usta i terroryzować pozwami sądowymi ludzi, którzy mają inne zdanie - mówi Pawłowicz na portalu fronda.pl. 
Terroryzować pozwami sądowymi? Jak można stosować taką formę strachu w odpowiedzi na ataki osób, które są przekonane, że mówią prawdę? Chodzi o obawę zdemaskowania manipulacji i kłamstwa przez sąd oraz konsekwencje tego działania. Jurku, w pełni popieram ten wymiar terroru! 
Niektórzy potrafią tylko formować oskarżenia, ale zapytani o dowody powiedzą, że zostawili im je sympatyczni znajomi na wycieraczce, których personaliów nie są w stanie zdradzić.

Nie tylko wspomniana posłanka starała się zniechęcić naród do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy; Prawica wyjątkowo w tym roku mocno bojkotowała fundację Owsiaka, a "media partyjne" (tak m.in Tomasz Lis określa niektóre tytuły) podejmowały próby osłabienia pozycji fundacji. Zobacz i oceń obiektywizm tego materiału telewizji, której slogan brzmi "Włącz prawdę":




W tym przypadku prawda jest jedna - Owsiak co roku gra na nosie tym, którzy by chcieli mu dorównać skutecznością, ale marnują czas na tanią medialną nienawiść. 
Doskonale wiedzą, że to co mówią ma mniejsze znaczenie od efektu medialnego, jaki chcą osiągnąć. 


Zrobiłem coś banalnego - na stronie głównej Fronda.pl włączyłem wyszukiwanie fraz w przeglądarce (Ctrl + F) i wpisałem "WOŚP". Wynik: 15 razy (!)
"Owsiak": 18 wyników. Strona główna TV Republika - mimo w/w materiału - wydaje się być bardziej łaskawa; dwie w/w frazy pojawiają się na niej dziś tylko dwa razy.
Na strony wSumie, wSieci, itd. nie chcę już wchodzić. 



Owsiak a PR.

Ataki na "dyrygenta" Orkiestry nie słabną i nic nie wskazuje na to, by w okolicach 23. Finału w 2015 roku zmalały. Natomiast prezes WOŚP sam w sobie jest marką tak silną, jak jego fundacja; to dwa integralne - przenikające się stale - elementy. Mówisz "Owsiak", myślisz "WOŚP" i odwrotnie. Nawet jeżeli medialne ataki na Owsiaka będą coraz częstsze to i tak pozostaje jeszcze czysta i etyczna energia samej WOŚP, bo szczytny cel obroni się sam.

Owsiak to hipisowska dusza. Jedni patrzą się na niego jak na krzykliwego wariata, inni widzą w nim człowieka niosącego pomoc i pełnego szczerych chęci. O ile odczucia co do tej postaci mogą być ambiwalentne tak do samej Orkiestry nie powinno się mieć zarzutów, gdyż ta regularnie publikuje sprawozdania finansowe zgodne z obowiązującym prawem.
Nie na darmo mówiono też o wyższej skuteczności działań Owsiaka nad systemem zdrowia. Już sama obecność takiej inicjatywy wydaje się być kuriozalna, bo to wszystko, co robi fundacja Owsiaka powinno zapewnić państwo.



Wielka Orkiestra Świątecznej Przemocy.

Za konkretnymi słowami powinny iść konkretne dowody. A najlepiej, gdy idą w parze.
Zamiast tego mamy lawinę spekulacji, czyli kolejny festiwal tego, w czym, jako naród jesteśmy najlepsi - szerzeniu nienawiści, zazdrości i agresji słownej.
Jeżeli przeszkadza Ci aktywność WOŚP jedź do najbliższego szpitala, w któremu fundacja podarowała sprzęt; zobacz podłączone do niego dzieci, jeżeli starczy Ci odwagi - spójrz im w oczy i znów postaraj się negować.



Mikołaj Nowak



- - -
Twojej uwadze polecam tekst Gazety.pl ukazujący niekompetencję autora publikującego dla portalu Fronda.pl.
Dodatkowo materiał z TV Republika udostępnił via Twitter m.in. Krzysztof Bosak. To silny system relacji, który surfuje na mocnej fali - popularności najpotężniejszej polskiej marki, czyli WOŚP. 

piątek, 10 stycznia 2014

Samorodny talent marketingowy


Co łączy: Lady Gagę, Steve'a Jobsa, Nataszę Urbańską, Michała Szpaka, Miley Cyrus, papieża Franciszka i Jezusa?

Potrafią wykreować potrzebę i stymulować ludzi odpowiadając na nią. To rzadka umiejętność.
Nie oszukujmy się - stara prawda mówi, że skoro jest popyt to jest podaż.

To, co robią celebryci, gwiazdy i top biznesmeni jednych zachwyca, innych przeraża.
Ale jednego nie można im odmówić - predyspozycji autopromocyjnych.
Choć rzadko idą w parze z respektowaniem żelaznych zasad PR, to marketingowo wygrywają media - mówi się w kółko o tych samych postaciach.

Piar jest czysty i etyczny, czyli paradoks tego, co sprzedaje show business. Naprawdę przyzwoitość często jest na ostatnim miejscu, o ile w ogóle jakiekolwiek miejsce się dla niej znajdzie.

To wina mediów?
Jest popyt, to i jest podaż.

Mawia się, że niektóre postaci są wykreowane przez specjalistów od wizerunku, ale często to nieprawda - są ludzie, który kreują się sami; potem - ewentualnie - wspierają specjalistami.



Są ludzie, którzy potrafią porwać masy.


Bo mają niezwykły - samorodny - talent marketingowy. To cecha absolutnie unikatowa; zespolona z typem charakteru, który w tym przypadku może okazać się integralnym elementem sukcesu jednostki. Efektem dobrych działań marketingowych jest dobra sprzedaż.
Czytałem wiele biografii, ale publikacja Waltera Isaacsona* o szalenie złożonej i skomplikowanej osobowości, jaką był Steve Jobs ukazuje tajniki kształtowania się samorodnego talentu marketingowego. Często przez manipulację. Jednak podobne historie były już ujawniane na świecie; wspomniana Lady Gaga poświęciła mnóstwo energii by samej wykreować markę, a nie zostać wykreowaną, jak wcześniej Britney Spears, Justin Bieber i wielu innych.
Często powtarzam, że Internauci szybko diagnozują ściemę, a jednak mimo nagminnych metamorfoz kontrowersyjnej gwiazdy nagrodzili LG za autentyczność (paradoks?) windując jej albumy na szczyty list przebojów; swoją ciekawością jej osoby sprawili, że była tematem #1 zostawiając w tyle gwiazdy bardziej utalentowane i z nieporównywalnie obszerniejszym dorobkiem artystycznym. To postać kontrastów - autentyczny charakter zamknięty w do granic sztucznych i dziwacznych kreacjach.


W temacie Jezusa krąży wiele kontrowersji, ale do dziś nikt - poza widownią iluzjonistów - nie widział na żywo zamiany wody w wino. Co jeśli Jezus był prekursorem motywacji, był idolem, który słowami niósł nadzieję i zyskiwał zaufanie po to, by zostać uciszonym w brutalny sposób?
Wyobraźnia ludzka ma charakter nieskończony i towarzyszy nam od początku istnienia. Przez wieki dochodzi do szumów komunikacyjnych w przekazach; zainteresuj się historią Kościoła, a zrozumiesz o czym piszę.

Papież Franciszek odniósł błyskawiczny sukces dzięki wypunktowaniu błędów Kościoła i deklaracjach ich naprawy. Nie zamiatał pod dywan watykańskich brudów - działa i wykonuje gesty, które zawstydzają innych duchownych. Być może tym działaniem jedynie maskuje, problemy transferując pozytywną energię do negatywnie nastawionych wiernych. Naturalnie zagrał va banque i zgarnął całą pulę. Popularności. A to przy funkcji, którą pełni najcenniejsze. Ze swoimi cechami ma szansę powtórzyć sukces pontyfikatu Jana Pawła II.

Charyzma.


Można ćwiczyć przed lustrem, praktykować w gronie znajomych lecz nie oszukujmy się - z predyspozycjami i talentem trzeba się urodzić. Potem można go szlifować do perfekcji.
I właśnie taką perfekcję w generowaniu plotek na swój temat opanowała Miley Cyrus, która z pozoru jest androidalnie wyglądającą postacią. Jej mimika, jej irytujący język i wulgarna prezencja są elementami dzisiejszego sukcesu. To, co jest dla niej bardzo łatwe do wykonania, okazuje się bramą do niebios zwanych szczyt Billboard.com. To odzwierciedlenie ogromnego sukcesu komercyjnego.
Jednak nadzieja nie gaśnie - raptem dwa lata wcześniej muzycznie bardziej utalentowana Adele pokazała, że nie sam negliż jest gwarantem sukcesu. To także artystka posiadająca "wbudowany" talent marketingowy, ale nadaje na innych falach - prawdziwej miłości do muzyki, nieskomputeryzowanej dźwiękowo i nieskomplikowanej wokalnie. Po prostu muzyki, której wyrażaniu towarzyszą szczere emocje.

Polski samorodny talent marketingowy:


czyli wydarzenia ostatnich miesięcy, dni. Z cyklu "jak o sobie przypomnieć?"

Michał Wiśniewski, choć w jego przypadku wystarczyła zmiana fryzury, by zdominować portale plotkarskie, to jednak poszedł o krok dalej. Strategia "jak słoń w stadzie porcelany" okazuje się hitem - o "filiżance" lidera Ich Troje mówiła polska sieć:





Pozostając w temacie słoni, czyli z cyklu "słoń nadepnął na ucho" - Natasza Urbańska totalnie wyrolowała innych. Mówią o niej absolutnie wszyscy, i choć piszą, że jest tylko wytworem wyobraźni swojego sławnego męża to w scenerii rodem z horrorów "Piła" wije się całkiem autentycznie:





Poszerzając spectrum ze słoni o dzicz w ogóle - prawdziwy generator emocji, dla którego żyją hejterzy - Michał Szpak i jego "birthday dance". Zobaczcie ten spontan, ten ruch, tę dzikość, te "kocie ruchy":





Co łączy trzy wyżej wspomniane postaci?
Prędkość, z jaką przypomnieli Wam o swoim istnieniu. Podchwyciliście błyskawicznie i zalaliście nimi inne treści na kanałach społecznościowych jak betonem.
W większości krytycznie, w większości tylko o nich. To gwiazdy sezonu, które za chwilę - na chwilę (!) - znikną.

Tylko Show Business? 

Absolutnie! Wspomniany wcześniej Steve Jobs - jak wielu innych prekursorów gatunku - wyróżniali się niezwykłą intuicją. Najwięksi na świecie projektanci dyktują trendy często bazując tylko na kaprysie, a politycy... uwielbiana przeze mnie grupa, zobaczcie sami:

Źródło: Twitter.com
Burmistrz Ursynowa ma talent do bycia na językach. Do kariery skandalisty wystarczy jeden tweet, o czym Piotr Guział wie dokonale; co jakiś czas nie pozwala o sobie zapomnieć.

Twitter buduje, Twitter rujnuje, czyli jak stracić pracę (Piarowca!) via 140 znaków pokazała nam Justine Sacco:


Źródło: Twitter.com
Justine i jej "just kidding" nie rozśmieszyło ani pracodawcy, ani świata, który plotkuje o niej do dziś. Jednak tzw. kij w mrowisko włożony w odpowiednim momencie może przynieść korzyści. Autorka kontrowersyjnego tweeta poznała drugą stronę medalu.


Hejterzy? To najlepsza agencja promocyjna!Bo darmowa, a niezwykle skuteczna...

Mówi się, że nie ma nic za darmo... Bzdura. Wystarczy spojrzeć na w/w przykłady - często spontaniczne, często kompulsywne i kompletnie niezwiązane z płatem mózgowym odpowiedzialnym za konsekwencje. Jednak "hejter" to specyficzny gatunek internauty; niezdający sobie kompletnie sprawy, że jego negatywna energia przekłada się często na pozytywy dla ofiary. Na sławę. To tzw. Social Media Karate - zasadę tę praktykuję w swoich działaniach. Nigdy nie marnuj szczerej energii hejterów! Zamień wodę w wino :) 


Jeżeli już masz popularność w garści to możesz ją swobodnie modelować;
Jeżeli masz samorodny talent marketingowy i odkryjesz go, to popularność pozostaje kwestią czasu. Sztuką jest rozpalić ognisko emocji z iskry.
 



Mikołaj Nowak



- - -
*Walter Isaacson - Walter Isaacson (ur. 1952) - dyrektor generalny Aspen Institute, były szef CNN i redaktor naczelny magazynu „Time”. Autor książek Einstein. Jego życie, jego wszechświat; Benjamin Franklin: An American Life; Kissinger: A Biography oraz The Wise Men: Six Friends and the World They Made (wspólnie z Evanem Tomasem). Mieszka wraz z żoną w Waszyngtonie. 


źródło opisu: Wydawnictwo Insignis

środa, 8 stycznia 2014

Warszawa przed inwazją "Słoików"


Warszawa, jak każda inna stolica, uwielbiana jest przez osoby pragnące szybko zrobić karierę i zarobić duże pieniądze. W tych czasach nawet bohaterki "Sexu w wielkim mieście" są "słoikami".

 fot. Mikołaj Nowak


Warszawa jak Ameryka.

Aktualnie jej społeczność jest w większości napływowa; zlepek wielu kultur, tradycji, zwyczajów tworzy ciekawy melanż socjologiczny. To nasza własna - narodowa - odmiana Ameryki, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi.

Nienawidzę agresywnych podziałów społeczeństwa na lepsze i gorsze, ale mam wrażenie, że w moim mieście od kilku lat trwa "zimna wojna" między rodowitymi Warszawiakami - takimi jak ja - a tzw. "Słoikami". Ależ chętnie zaznaczyłem "takimi jak ja" lecz po co to zrobiłem? Bo jestem Warszawiakiem, a my jesteśmy dumni z pochodzenia, butni i czasem aroganccy. Ale i waleczni. Czy z dziada - pradziada? A czy to ważne?
Urodziliśmy się tu, a Wy nie (najczęstszy argument) więc mamy przewagę. Często to jeden wielki bullshit, bo właśnie w tym - moim - mieście większe sukcesy osiągają przyjezdni. Mają silniejszą motywację, jasno określone cele w życiu i są zdeterminowani.

Czytam mnóstwo artykułów na przeróżnych serwisach skoncentrowanych o Warszawie i widzę jątrzenie Słoików na Warszawiaków i odwrotnie. Ale coś się dziwić, temat chodliwy i budzi: emocje, odsłony, zyski.

"Słoiki" to określenie... 

  • Pejoratywne?
  • Sympatyczne?
Społeczności określa się różnie, ale "Słoiki"? Nie kupuję.
Zgadzam się, że te szklane naczynia są znakiem rozpoznawczym przyjezdnych jednak irytuje mnie NOTORYCZNE określanie innych i sprowadzanie ich na równi z towarem sklepowym.
Być może jestem przewrażliwiony, być może nie mam dystansu, ale ponad połowa moich znajomych to właśnie ambitni ludzie, którzy osiedlili się w Warszawie. Są niezwykle pomocni, są ciepli i wychowani w dobrych domach, w których do dziś przetrwały wartości; w których m.in. nie bojkotuje się świąt za wydatki, ale docenia się je za możliwość spędzenia czasu z bliskimi.
Praktycznie zawsze mogę na nich liczyć, jednak co roku wyjeżdżają minimum dwa razy (Święta) do swoich domów i wtedy zostaję z moimi przyjaciółmi - także Warszawiakami.

Miasto pustoszeje, a my czujemy się w nim jak na wymarłym terenie; często jeździmy komunikacją, aby poczuć większą niż zwykle swobodę. A gdy siedzimy w domu - nieważne czyim - i upijamy się kupionymi wcześniej zapasami wytrawnego wina to zastanawiam się nad tym dlaczego zostało nas tak niewielu. Czasem mam wrażenie, że ubolewamy nad tym.

Warszawiacy są niecierpliwi. Bardzo. Jesteśmy też nadpobudliwi, często się obrażamy i łatwo wyprowadzić nad z równowagi. Tak, to moje obserwacje.
Moja mama i ojciec. Rodziny moich przyjaciół i oni - wszyscy są niecierpliwi i szybko się irytują. Ale są konkretni, zaradni... często jednak bardziej niż ludzie, którzy przyjechali do Warszawy. To może być psychologiczne zjawisko - po prostu czujemy się "u siebie" bardziej niż Ci, którzy do nas dołączyli.


 fot. Mikołaj Nowak


Różne społeczności - Warszawa, jako miasto kontrastów.
Tak było ponad 10 lat temu; tak było przed nazwaniem ludzi "słoikami".

Stolica i bez "Słoików" zawsze była kolorowa i zróżnicowana w swoim przekroju społecznym. Był dumny Mokotów, niepokorna biedna Wola, sympatycznie brzmiąca Ochota, żoliborskie elity, nowobogacki Ursynów i niemal paryska elegancja zamieszkująca kamienice w Centrum miasta. Do tego praski folklor - chyba jeden z najbardziej oryginalnych w Europie. Były i slamsy, patologie oraz osiedla podwyższonego ryzyka, gdzie dominowało prawo pięści, a język nienawiści dyktował każdy gest. Były i subkultury oraz ustawki przypominające walki terytorialne. Wychowałem się na jednym z szarych blokowisk, do którego trafiliśmy z eleganckiej willi, więc już w dzieciństwie poznawałem kontrasty miejskiego folkloru, wybitności i typowości, skrajnej elegancji i skrajnego chamstwa.
Jako nastolatek zacząłem wsłuchiwać się w ton swojego osiedla, więc moją muzyką były jego opowieści zawarte na Hip-Hopowych taśmach. Do ich autorów miałem naprawdę blisko. Po sąsiedzku. Lecz koncentrowanie się na jednym nie leży w mojej naturze - zaprzyjaźniłem się z fanem muzyki ciężkiej - metalowej, tzw. "Metalem". I uwierz - wyglądaliśmy komicznie. Ja w szerokich bluzach i spodniach, które moja ciotka podsumowała zwinnym "wyglądasz jakbyś się zesrał", a on z długimi włosami, w czarnej skórzanej kurtce i z wyrytym "fuck the system" na czole. Tworzyliśmy niesamowity duet, który był nieczytelny dla innych; idąc Alejami Jerozolimskimi w Centrum zaczepiali mnie Hip-Hopowcy i pytali dlaczego mu nie przywalę, "przecież to brudas". Z kolei jego towarzystwo patrzyło się na mnie sceptycznie, ale przyjmowało mnie do swojej społeczności i nawet chciało dzieli się winem potocznie zwanym "jabolem". Spróbowałem i dziękowałem, aż tak kontrastowy nie jestem :-) Potem poszliśmy do liceum, gdzie wszystko się wymieszało, a kulturowy mix nie miał najmniejszego znaczenia.

Mój przyjaciel Metal - i jego świta - zajmowali terytorium Pola Mokotowskiego. W każde słoneczne popołudnie niczym wataha zjeżdżali w to samo miejsce - pod pomnik - i rozkładali się absorbując na swoich czarnych ubraniach zdwojone dawki słońca. Byli cholernie pijani, cholernie najarani i tak samo szczęśliwi.

W tym samym czasie Hip-Hopowcy z Mokotowa i Ursynowa oraz "dzieci ulicy" ich "młodzi gniewni" zajmowali swoje miejscówki - przeważnie parkowe ławki. Pili browary, jarali zioło i kotłowali się w nagromadzonym buncie. I w tym byli niesamowici. Potrafili zjednoczyć się tworząc supermocną społeczność zwolenników muzyki ulicy, oddającej jej realia mieszanki bitów i słów, które stawały się ich myślodsiewnią. Warszawscy MC byli prawdziwymi autorytetami dla młodych wkur*ionych dzieciaków prześladowanych przez Policję.


Miałem 16 lat i pamiętam jak dziś. Zimny dzień, przystanek autobusowy i mnóstwo ludzi dookoła. Mnóstwo młodzieży. Do kogo podejdzie patrol policyjny? Oczywiście, że do gościa, który nosi się szeroko, bo na pewno on - akurat on z dziesiątek innych w tym miejscu - ma zioło. Przez ponad 40 minut nie dawali mi spokoju; a to sprawdzali czy komórka legalna, skąd jestem, po co tu jestem i gdzie będę zaraz. I tak kilka razy w roku, choć w przeciwieństwie do moich ówczesnych znajomych wyglądałem pozornie. To zachowanie nasiliło nienawiść tzw. "blokersów" do wszelkich organizacji pilnujących porządku.

Znacznie wcześniej nie było takich miejsc jak centra handlowe, więc gdzie cała Warszawa i okolice się ubierały? Oczywiście na Jarmarku Europa, czyli ówczesnym Stadionie X-lecia, dzisiejszym Stadionie Narodowym. Jeden wielki burdel, epicentrum złodziejstwa i machloi. Mnóstwo Rosjan i skośnookich. Można było tam kupić dosłownie wszystko... czasem nie chciałem słuchać co konkretnie, ale wiedziałem jedno - jarmark ten to zintegrowana społeczność i ogromny łańcuch zależności. Wystarczyło wejść na tzw. koronę i zobaczyć patrol Policji, który sunie wzdłuż alejki pełnej pirackich kaset i CD. Handlarze musieli wykonać prosty gest - zasłonić stoisko na czas patrolu. I już. Oczywiste jest, że za tym stało coś, co w tym miejscu było na porządku dziennym, czyli coś po prostu nielegalnego.
Jedno było pewne - nie było w Europie drugiego takiego agregatu piractwa i podróbek, gdzie z praktycznie każdego stoiska wołały do nas filmy i płyty z często niedziałającym zapisem. Buty Adidos, Nikei, szeleszczące dresy, czy tenisówki na WF - wszystko w jednym miejscu. Oczywiście były Domy Towarowe Centrum i jakieś szemrane hale pod Pałacem Kultury, ale Warszawiak i tak wybierał to, gdzie najtaniej nosząc jeszcze w sercu wspomnienia jak stał na mrozie w kolejce do Pewexu.

Subkultury - wpady i ustawki, dzielnie i rewiry.

Miejska dżungla w stolicy. Nie wiem, jakie dziś subkultury dominują w stolicy; słyszałem coś o EMO-dzieciakach, ale od 10 lat jestem "na swoim" i nie interesuję się społeczeństwem tak jak kiedyś.
Jednak pamięć mam dobrą. Siedzieliśmy kiedyś na Polu Mokotowskim ja i bractwo Metali.
Zaakceptowali mnie, choć wyglądałem wśród nich jak zaadoptowana małpka przez stado bizonów. I nagle krzyk, alert. "Spier*alamy! Wpad!" - wszyscy podrywają się i zaczynają uciekać. Rozpraszają się, ale pokaźna grupa biegnie do najbliższej stacji metra. A wejścia zablokowane przez grupę zamaskowanych reprezentantów innej - wrogiej - subkultury. I walka.
Bili wszystkich - nieważne, czy dziewczyny, czy chłopaków. Glanowali jak leci, tłukli pałkami.
Mnie oszczędzili, bo mimochodem obronił mnie dziś tzw. outfit, czyli to, w co byłem ubrany.
Byłem przerażony. Więcej na Pole nie pojechałem, choć wiedziałem, że wpady to nie nowość dla Metali.

Ustawki.
Czasem wystarczyło, aby dwie osoby pokłóciły się o bzdurę, po alkoholu przeważnie; Albo w szkole; Albo gdziekolwiek... Ekipa była jak rodzina i tu Warszawiacy z biednych dzielnic doskonale znali sens powiedzenia "jeden za wszystkich - wszyscy za jednego", choć z Muszkieterami mieli niewiele wspólnego...
Ustawiali się o konkretnej porze w mało uczęszczanych miejscach takich jak Las Kabacki i jazda. Tak, to była ich własna odmiana Bitwy pod Grunwaldem. Jestem pewny, że dziś się z tego śmieją.

Dzielnie.
Każda była tak charakterystyczna, jak jej społeczność. Często bywam na swojej "dzielni", bo tam mieszkają moi rodzice i przyjaciele. Ale nie ma już śladu po charakterystycznej społeczności za to jest mnóstwo ludzi wynajmujących mieszkania, na osiedlu zainstalowany został monitoring. Nie ma śladu po blokowiskach, które "jakby miały kółka to by odjechały", bo tak się kiedyś o nich mówiło. Nie ma śladu po mafijnych strzelaninach, żulach i patologii. Ale też nie jest tak krystalicznie jak się wydawać mogło. Blizny przeszłości widać gołym okiem i dostrzeże je tylko ten, kto się tam wychował. Czyli na przykład ja.
Dzielni było mnóstwo i każda inna mimo schematów - blok, klatki, coś obok.

Grzyby i żule, czyli chamstwo z udawaną elokwencją...
Jestem nieznośnym hipokrytą; wściekam się na to, że mówimy na ludzi "słoiki", a sam mówiłem - jak i cała W-wa - "grzyby" na zaczepnych łobuziaków i urwisów osiedlowych. Po każdym deszczu pojawiali się na podwórku jak grzyby po deszczu i siali psocili dalej. Nie bawili się kijkiem i kółkiem jak chłopcy kiedyś lecz woleli zrywać znaczki z samochodów, kraść ze skrzynek zniżki do pierwszych McDonald's-ów czy palić papierosy za murkami.
W tym samym czasie roiło się w Warszawie od żulerii. Na Saskiej Kępie było zawsze klimatycznie, jednak była ona monitorowana przez okolicznych władców ulic zwracających się do Ciebie zawsze Panie Prezesie, Szefie... Bez obaw - żaden z nich by do Ciebie "CEO" nie powiedział, bo ówczesna WaWa nie była tak nasiąknięta modnymi amerykańskimi zwrotami jak dziś. Jedynym notorycznym słowem był "weekend".

Warto było takiemu "elementowi" odpalić coś w starej walucie, czy później 5zł na browarka -uwierz. Chociażby po to, by spokojnie odjechać autem, bo jak powszechnie wiadomo samochód z oponami bez powietrza daleko nie zajedzie, a naprawa rys na karoserii także tania nie jest.

To wszystko pewność siebie;
To wszystko to Warszawa.



fot. Mikołaj Nowak

Małomiasteczkowość. 

Czyli wracając do "Słoików".
Bliski jestem umniejszaniu ludziom, których określam, jako kretynów, pozerów i półgłówków. Ale nie lubię wypominania pochodzenia, bo jako dziecko często podróżowałem z ojcem po Polsce, jak długa i szeroka. Stąd wiem, że jest wspaniała.
Potrafię jednak wprost powiedzieć komuś, że za nim nie przepadam i zawsze tego oczekuję w zamian - ale ludzie, z którymi obcuję na co dzień tacy nie są. Lubią dusić w sobie problem i wolą włączyć wymuszony uśmiech sprzedawcy niż walczyć o swoje. Czasem mam wrażenie, że "Słoiki" nie czują się w Warszawie swobodnie, że boją się tu zadomowić, więc wyjmują z miasta to co najlepsze dla nich i transferują dalej - do swoich domów. Sprytniejsi lokują te środki w siebie. Ale właśnie dzięki nim stolica także się rozwija i stale powiększa, staje się silniejsza i prężnie działa.
Uwierz, że przyjezdni, których znam to ludzie na bardzo wysokim poziomie i naprawdę kompletnie gdzieś mają te Karty Warszawiaka oraz płynące z nich profity.
Zapewne dlatego, że bardzo intensywnie pracowali na swój sukces i w firmowym aucie nie muszą się zastanawiać, do kiedy ich Karta Miejska jest ważna?

Jednak mają bazowy problem - nie są pewni siebie. I nie dziwię się - ja także nie czułbym się pewnie w mieście, w którym w/w "zimna wojna" zatacza coraz szersze kręgi, a zirytowani Warszawiacy traktują przyjezdnych jak intruzów. Bo depczą ich chodniki i nie płacą za nie tu, gdzie depczą; bo jeżdżą po stołecznych drogach, a rozliczają się w swojej miejscowości.

Ale nadają też miastu rytm i stymulują je. Jako społeczność miejska kreujemy potrzeby! Im jesteśmy więksi - tym mamy ich więcej!

To dzięki temu rytmowi mamy w stolicy nowoczesne autobusy i drugą linię metra w budowie, jesteśmy miejską przestrzenią atrakcyjną dla zagranicy oraz społecznie ciekawi dla światowych marek.

Jako Warszawiak ubolewam nad zamknięciem naprawdę kultowych lokalizacji i coraz to nowym otwieraniem się bankowych filii, czy sieciówek. Ubolewam nad tym, że coraz mniej jest miejsc, w których czuć domowy klimat, a nie powiew franczyzy. Choć miałem swoje ulubione miejsca takie jak klimatyczna restauracja Żywiciel przy pl. Inwalidów, czy bar mleczny przy ZOO. Gdziekolwiek bym w stolicy mieszkał to zawsze do nich trafię, ale przykre jest to, że im bardziej Warszawa zyskuje na populacji - tym gorszy ma gust i swoją energię lokuje w tym co masowe. Bo czasem to wystarczy by zadowolić mniej wymagających. Dla jednych niewiele znaczy dla innych wszystko. I takim miastem pozostaniemy, bo to my - ludzie - niezależnie od pochodzenia, jego znaczenia, płci, przekonań, orientacji i wiary - to my tworzymy miasto.

Bez nas byłoby ono pustynią. 




fot. Mikołaj Nowak

Do bojkotujących media tradycyjne - hipokryci

Dzięki serwisom społecznościowym obserwuję mnóstwo osób hejtujących media tradycyjne i wywyższających media społecznościowe (oraz inne interaktywne) ponad wszystko. W sumie to nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że tak płytkich argumentów używają ludzie, których mam za inteligentnych... i związanych zawodowo z nowymi mediami.


Rzetelność vs Blogosfera.

Bloger napisze co tylko chce, bo korzysta ze swojego prawa i stanu umysłu, czyli "bycia blogerem". Swoboda działania nie pozwala na superpoważne traktowanie treści na blogach, jakkolwiek szeroko by się rozpowiadało plotki o profesjonalizacji (a tak naprawdę po prostu nieuniknionej komercjalizacji...) blogów. 

Z kolei redakcja zobowiązana jest zweryfikować informacje przed udostępnieniem.
Skutki braku takiej weryfikacji mogą być katastrofalne. Często zarzuca się jakość tego działania, ale nie można zarzucić jego braku. Do tego dochodzi presja społeczna i możliwe reperkusje wynikające z nieprzestrzegania standardów.

Jakie reperkusje towarzyszą blogerowi w przypadku wykrycia u niego braku rzetelności? 


Irytować może absurdalne porównywanie blogerów do dziennikarzy, gdyż to dwa kompletnie inne światy. Informacje, jakie przekazują blogerzy w większości ograniczają się do ich aktualnego stanu umysłu możliwie w konkretnej tematyce. Bo to misja bloga - być myślodsiewnią. Trzeba niepoważnie traktować swoich odbiorców, aby porównywać publicznie profesję (dziennikarstwo) do hobby (blogowania).
Oczywiście są wyjątki od reguły; są osoby, które z blogowania żyją, ale zaufaj mi - starczy Ci palców, aby je policzyć w Polsce.

Wychowani na telewizji.

"Teleranek", "Dobranocka", "Dziennik"... "Rykowisko", potem prosta rozrywka typu "Świat wg Kiepskich", czy "Miodowych Lat", czy "13. Posterunek". Głupota, która śmieszy, a dziś narzekasz na Warsaw Shore?!
Mawia się, że dzieciństwo to najpiękniejszy okres w życiu jednak dzisiejsi 30-latkowie+ , pracujący w Interactive, wolą o tym zapomnieć i każdą wpadkę reprezentanta mediów tradycyjnych wykorzystywać, jako gwóźdź do jego trumny.


A co z wpadkami w mediach społecznościowych, co z notorycznymi wpadkami portali i serwisów quasi-dziennikarskich uzurpujących sobie bycie nowoczesnymi newsroomami?

Mawia się na nie od razu szumnie "kryzysy". I wszystko drży. Branża interaktywna ma szczególny talent do wyolbrzymiania i umniejszania. Nie ma czemu się dziwić - szczególnie w działce Social Media panuje przekonanie o niskiej barierze wejścia. Skoro absolutnie każdy może od tak do niej dołączyć to naturalnym odruchem jest chęć rozpychania się łokciami - w tym przypadku statusami i notkami. Niektórzy eksperci są jak miss na scenie: niby wszystko wygląda dobrze, a gdy się odezwie... no właśnie.
Jednak powiedz blogerowi, że jest na jutro rano zaproszony do studia DD TVN, a podnieci się jak zwierzę podczas godów i automatycznie poinformuje o tym swoją społeczność. Bo być w TV to coś, a być na blogu może każdy. Telewizja zawsze była dla wybranych i być może za to nienawidzą jej dziś Ci, którzy nie zainwestowali w telewizor w domu.



Magia TV działa. I jest mocniejsza niż przedtem! 

Prawdopodobnie to jest powodem do tak wzmożonych ataków młodej branży na tę starszą.
W ogóle media tradycyjne mają wokół siebie niezwykłą aurę, ale Ci umniejszający im bytu nie zauważają, jakimi są hipokrytami; zasiadając przez meczem w TV, czy codziennie jadąc do swojej agencji, DM, portalu wsłuchując się w radio. 



Media tradycyjne słabną.

Ale nie zniknęły jeszcze, aby pisać o nich jak o chorym na raka krewnym. Zanikanie atrakcyjności to ewolucja mediów. Podobnie jest z zasadą cyklu życia produktu. Natomiast ja widzę coś innego - dostrzegam rewolucję w chęci współpracy mediów tradycyjnych z nowymi. I to od nas - zarówno od tych po jednej, jak i po drugiej stronie barykady zależy jak sytuacja będzie wyglądać w ciągu najbliższych pięciu lat.

Jako reprezentanci nowych mediów nie powinniśmy umniejszać tradycyjnym, ale starać się z nimi współpracować. Mamy wspólny cel - odbiorcę i zapewnienie mu najwyższej jakości treści.
Nie dokładajmy swojej cegiełki do tzw. Zjawiska Wrogich Mediów.

Fanatyzm.

Pamiętasz uczucie, które towarzyszyło Ci, gdy podłączali w domu Internet?
Być może była to ekscytacja, która trwa w Tobie dalej i działa jak klapki na oczach. Nie narkotyzuj się tą chwilą, dziś to już absolutny standard.
Tylko Internet i Internet, liczy się tylko on. Przez prawie 10 lat pracy w branży interaktywnej nauczyłem się już podchodzić z dystansem i pokorą do mediów. Dzięki pracy w newsroomie nauczyłem się bardziej szanować telewizję, gdyż pracuję przy produkcji i widzę ile energii trzeba poświęcić w stworzenie czegoś, co trwa raptem ponad 20 minut. A Ty tak sobie krzyczysz sobie w sieci, że "TV to gówno i ogłupia ludzi" - serio? Co Tobą kieruje? Narodowość?
To fanatyzm gubi ludzi, czyni ich słabszymi i bardziej drażliwymi. Może dlatego aż tak bardzo irytują Cię - o ile - media tradycyjne, których byłeś odbiorcą mimochodem? Myślisz, że w Internecie jest wszystko, czego potrzebujesz? Zatem życzę Ci aby w słabszych chwilach podszedł do Ciebie Twój avatar, czyli facebookowy profil i przytulił Cię, powiedział co dzieje się na świecie oraz dlaczego to takie ważne, abyś wstał i uniósł głowę ku górze. Media tradycyjne także tego nie zrobią, ale zaufaj mi - prawdziwsze emocje towarzyszyły Ci, gdy beztrosko cieszyłeś się komiksami, kolorowymi bajkami na Cartoon Network, czy zwyczajną wieczorynką; gdy w radiu nagle usłyszałeś ulubioną piosenkę, a w gazecie ojca wpisywałeś bzdury w pola krzyżówki.

A jakie emocje towarzyszą Ci teraz - w mediach społecznościowych?
Nie narzekasz na przeładowanie informacjami i nadmiarem tego, co u Twoich znajomych?

Zastanów się, co było szczere w Twoim życiu i jaką dziś wystawiasz opinię. 

A co jest tylko iluzorycznym wrażeniem emocji i swoistego cyrku, który budujesz via negowanie sensu tego, w czym kiedyś aktywnie uczestniczyłeś.

Hipokryto.



- - -
Mikołaj Nowak

piątek, 3 stycznia 2014

Warsaw Shore - syndrom Disco-Polo?

Nikt nie zna - każdy wie o co chodzi.

Którejś niedzieli świetnie bawiliśmy się w gronie znajomych.
Było wino (dużo wina) i jakiś śmieszny quiz na PlayStation (dużo pytań).
W tzw. przerwie na papierosa gospodarz włączył Warsaw Shore...


Niedziela, 23:00 - MTV.
Tego wieczora "Ekipę z Warszawy" widziałem po raz pierwszy. Był to odcinek 6.

Piski, krzyki, seks, przekleństwa i głupoty. Mnóstwo głupot, i...?
Taka jest Polska własnie! Notorycznie.

Oglądałem z lekkim uśmiechem w kąciku ust. To fenomenalna retrospekcja, bo właśnie tak samo zachowywały się niektóre jednostki w późniejszych klasach szkoły podstawowej, do której uczęszczałem.
Podobnie zachowują się gimnazjaliści - w szkole - i już nawet nie chowający się za kioskiem z papierosem. (Widok nastolatka z papierosem do dziś budzi u mnie odruch wymiotny - szczególnie z samego rana)



Szok i niedowierzanie! Nie.

Raczej standard i polska mentalność. Warsaw Shore - Ekipa z Warszawy tylko i aż (!) obnaża to, jak zachowuje się spora grupa Polaków.
Pytanie - czy to, co widział nie raz każdy z nas było TABU skoro ekscytujemy się tym do skali orgazmu wyrazu naszego zażenowania?
Najbardziej dziwi mnie oburzenie i krytyka w/w reality show z ust moich kolegów-idiotów, którzy w podstawówce mieli jedną misję - upokorzyć jak największą ilość osób, aby zebrany tym sposobem 'score' zaimponować innym.

Nie rób z siebie kretyna, bo:

- zarzygane parapety po imprezach? Znasz to.
- zaliczone zgony / widziane "zgony"? Znasz to.
- przeklinanie czasem z prędkością karabinu maszynowego? Znasz to.
- palnięcie głupoty w towarzystwie? Znasz to.
- skrajne palnięcie głupoty w towarzystwie? Znasz to.
- piwo i papieros na ławce w parku? Znasz to.

To samo życie! Po co mamy udawać, że nagle zachowania prezentowane w tym programie są obsceniczne, chamskie, obce społeczeństwu? Po co mamy robić z siebie miejską bandę pozerów zachowującą się jak okupujący biblioteki studenci najlepszych uczelni, którzy i tak nie są święci?

A może właśnie tu Cię boli? Może chciałbyś - ale nie możesz - imprezować tak jak słynna ekipa, może nie masz ekipy, może nie masz tyle czasu i brak Ci odwagi?
Zgódźmy się - uczestnicy tego programu nie grzeszą inteligencją. Ale Ty też nią nie grzeszysz włączając telewizor z myślą, że po 23:00 ktokolwiek będzie recytował Ci Pana Tadeusza!

Po co masz krytykować Warsaw Shore - Ekipę z Warszawy tylko dlatego, że jest to modne wśród znajomych? Czy różnisz się od tych, którzy piętnują tylko dla 'score'a', by innym zaimponować? Różnisz się tylko formą, ale robisz to samo - oceniasz bez podstaw.



Rozejrzyj się, zmień pozycję. Patrz baczniej - zobacz, co się dzieje i wtedy staraj się oceniać innych.

Wychowałem się wśród osób prezentujących skrajne zachowania, ale nigdy nikt nie robił z tego sensacji i nie szukał oglądalności na tym gruncie. Kiedyś istniało coś takiego jak WSTYD i zachowania typowe - odstające od kultury - się maskowało. Rodzice wstydzili się za dzieci, nauczyciele za uczniów, a uczniowie za siebie. Istniał łańcuch zależności tego, co rodzi przykrość. Dlatego był sens zmieniać się i resocjalizowane były nawet najtrudniejsze przypadki. Znam osiedlowych agresorów, którzy dziś założyli rodziny i "wyszli na ludzi".

Wychowałem się na osiedlu, na którym hałas generowany przez tzw. "młodych gniewnych" czasami był nieznośny; na którym często wygrywała bezkompromisowość i brak tolerancji na jakąkolwiek odmienność - tych młodych i starych. Znam nieco inne "Warsaw Shore" i uwierz mi - to, które krytykujesz (a nawet niepotrzebnie bojkotujesz!) w TV to nic.



Warsaw Shore to nie iluzja.

Mówisz "ściema, podkręcają to producenci", a ja mówię, że nie - Ci ludzie są autentyczni. I po raz kolejny triumfuje szczerość w pokoleniu atakowanym plastykową kulturą. Wolę do przesady szczerego Trybsona,i jego niewyszukane metafory niż sztucznego prezentera w reklamie płynu do mycia naczyń, a Ty?

To nie jest show dla mnie, ale nie dopadł mnie syndrom Disco-Polo. Nie ukrywam też, że w dzieciństwie muzyka ta podobała mi się - później zacząłem doceniać mnogość detali i kulturę większego skomplikowania. Ale Ekipa z Warszawy to prosta rozrywka; prosta jak Fast Food, który jadłeś nie raz, prosta jak załatwianie codziennych potrzeb i otwarcie butelki piwa.
Po co mam pisać, że WS to rozrywka prostacka i tym samym upokarzać minimum połowę młodych rodaków? 


Przyznaj się, że lubisz.
Albo milcz - krzycząc promujesz;
Promując zaprzeczasz sam sobie. 

czwartek, 2 stycznia 2014

Brakuje mi szczerej blogosfery

Blogerzy manifestujący swoją "blogerskość" są jak mniejszości seksualne manifestujące swoją orientację. 
Ale należy ich cenić za to, że walczą. 


Blogosfera to kontrasty.
A blog to... ?

Znasz rosyjską grę, w której należy tak sterować wilkiem, aby do jego koszyka wpadło jak najwięcej jajek?



Wyobraź sobie, że sterujesz blogerem, a do koszyka musi wpaść jak najwięcej giftów.
 I tak to czasami wygląda z jedną różnicą - bloger jest sam sobie sterem.

Dla jednych blog jest koszykiem na gifty, dla innych myślodsiewnią.
Często jest zwykłym tanim lansem mającym na celu zrekompensowanie sobie nudniejszego życia sprzed okresu jego braku. Istnieje jednak coś gorszego - zachowywanie się JAKBY blog był już popularniejszy od muzyki POP; gwiazdorstwo w wykonaniu blogowej Whitney Houston może się skończyć tylko źle! Znarkotyzowani fenomenem blogów w 2013 roku i Ci dopiero narkotyzujący się nim - nie róbcie teatrzyku, bierzcie to w tajemnicy.

Blog = sława to absolutnie mylna interpretacja. Jeżeli na początku myślisz szablonem - przegrasz. Twój blog powinien wydobywać z ludzi emocje via Twoje emocje. Traktuj ludzi, jak złoża tych emocji i kop. Nie traktuj ludzi jak wariatów, których jedynym zadaniem jest wychwalanie Cię i udostępnianie dalej dla "fejmu".

Paradoksalnie nie mam nic przeciwko postaciom takim, jak Kominek, czy Maffashion choć to dwa różne światy i style komunikacji. Ci ludzie pracowali na swój sukces i minęły lata, by zaczęli odcinać kupony. Dziś ich blogi to prawdziwe marki, a oni są ikonami polskiego internetu, choć Kominek w kampanii przeciw hejterstwu rodził 'szok i niedowierzanie' na równi z "Człowiekiem Roku" podarowanym Maffashion. Ale Blogosfera to kontrasty.
Do sukcesu potrzeba determinacji - nie samego zakupu domeny i potem pisania pitu-pitu. Nawet "Szafiarki" wykonują większą pracę niż Ci po prostu lansujący się w sieci podając swoje subiektywne przemyślenia w eksperckiej formie! Blogerzy modowi muszą poświęcić mnóstwo pracy przed przygotowaniem kompletnej notki na blog. W 2013 nauczyłem się ich za to doceniać.

Sama sława nie czyni Cię odpornym na obowiązujące prawo, czy etykę słowa i czynu.
I naprawdę w 2013 roku musiał to udowodnić zwyczajny tatar?
Karma wróciła - mięso rzuciło człowiekiem za to, że człowiek rzucił mięsem.

Czymże nowym są notki na blogach, jak nie felietonami 2.0?
Blogerzy mogą się nieprzerwanie eksajtować tym, że są blogerami, ale prawda jest taka, że są elementem literackiej ewolucji. Jednak zaczynam mieć problem z nazywaniem ich prekursorami gatunku, bo niby jakiego gatunku? To, że piszą jest gatunkiem? Nie. Jest umiejętnością nabytą w szkole i wykorzystywaną w powszechnej dziś formie.



Irytujący blogowi aktywiści.

Buta i nadmierna pewność siebie via łącze.
Bunt i traktowanie jak wroga każdego, kto skrytykuje.

Bezrefleksyjność w otchłani refleksji; ciekawy paradoks, bo przecież blog jest myślodsiewnią, więc wydawać by się mogło, że gdy krytykujesz blogera napotkasz zrozumienie. W większości przypadków NIE.
Celowo piszę w większości, bo nie chcę wrzucać tych ciekawych blogerów do jednego worka z nieciekawymi celebrytami blogowymi. 

Zauważyłem, że większość blogerów alergicznie reaguje na wszelką krytykę swojej aktywności i siebie. Dodatkowo są apodyktyczni, lubią programować Cię na swój styl myślenia, a gdy coś idzie nie tak chętnie korzystają z funkcji "blokuj". Jeżeli zablokował Cię kiedyś nieznośny bloger to powinieneś się cieszyć! Wreszcie jakaś sensowna banicja w Twoim życiu; swoista izolacja od idiotycznego światka, do którego Twoje konstruktywne (o ile takie...) poglądy nie pasowały.
Blog nie jest państwem dyktatora! Jeżeli argumentem ma być "wolnoć Tomku w swoim domku" to po co osoby te pchają się do przestrzeni publicznej tam, gdzie panuje demokracja?

Czasy takie, że przed blogerami nie uciekniesz, więc argument "nie podoba Ci się to nie wchodź" wydaje się być nietrafiony; zewsząd blogerzy, ich notki i refleksje. Można podsłuchać, a można przecież tylko usłyszeć...


Notki? W większości to niekonstruktywne lamenty w marketingowej formie. Brakuje mi szczerej blogosfery - takiej, jak kiedyś - gdy się rozwijała. Była skromną materią, a dziś dąży nie do bogactwa treści, a przesytu treści o niczym.
Kiedyś nieskażona #daramilosu i nieafiszująca się swoją własną odmianą "parad równości". Była integralnym, ale nienarzucającym się najszczerszym elementem Internetu. Dziś to się zmienia - media tradycyjne zainteresowały się tym, co kiedyś dla nich było nieczytelne. Oczywistym jest, że zrobiły to by wesprzeć oglądalność i zainteresowanie sobą. Skoro ludzie blogi czytają to obejrzą / przeczytają coś o blogach oraz ich protoplastach. Nie pomaga mi ich iluzoryczne wrażenie bliskości via Facebook; właśnie im częściej widzę krótkie statusy blogerów w mediach społecznościowych tym rzadziej mam ochotę wchodzić na blogi.



Blogerem byłem.

Mało osób wie, że od 2006 roku do końca 2011 prowadziłem bloga. Na początku sam, później ze swoim ojcem. Za pomocą tego narzędzia szukaliśmy porozumienia i to się udało, gdy je osiągnęliśmy - przestaliśmy pisać, bo woleliśmy rozmawiać ze sobą w bardziej uniwersalny sposób. Niby to takie cyrkowe; wykonaliśmy razem trik i zeszliśmy ze sceny; projekt już nie istnieje, bo spełnił swój cel.. Ale był ciekawy, bo tworzył postać przez dwa niezależne mózgi. Dlatego wiele zawdzięczam blogosferze, lecz mało osób o tym wie; wielu blogerów przypisuje mi łatkę jej naczelnego krytyka. W całej rozciągłości tego, co krytykuję akurat środowisko blogowe jest na ostatnim miejscu! Wystarczy, że skrytykujesz cokolwiek częściej niż zwykle i już robią z Ciebie nieznośnego aktywistę. 
Nie uważam się za pierwszego hejtera poczynań blogerów, ale wiem jedno - mam alergię na sztuczność i pozerstwo.
Ustawiłem sobie cel i osiągnąłem go. Jeżeli miałbym kontynuować wtedy pisanie to wynajdując tematy, które mało mnie interesują i rozszerzać je. A ja nie chcę działać jak medium, często pod publikę tworząc sztukę dla sztuki.



Blogerem nie jestem.

Bo to nie narodowość.
Popularny Blogerze, to świetnie, że piszesz! Naprawdę cieszy mnie Twoja chęć.
Ale przestań mi do cholery wymachiwać swoim blogiem przez oczami! Nie mam nic przeciwko Twojemu hobby, czy nawet sensowi życia dopóty, dopóki nie stajesz się nadgorliwy;
Nie mam nic przeciwko Twojej fascynacji dopóki nie wymachujesz mi nią przed oczami jak penisem.


Jeszcze jedno - to, że kogoś cenię nie znaczy, że się z nim zawsze zgadzam.
Jako redaktor piszę mnóstwo tekstów, ale nie czuję się blogerem. Inni redaktorzy w mediach tradycyjnych także się nimi nie czują. I pierwszak piszący w elementarzu też nie.
Reasumując - nie każdy, kto pisze jest blogerem. Ja balansuję - jedną nogą jestem w świecie nowych mediów, drugą w mediach tradycyjnych. I uwielbiam ten stan, w którym mój horyzont jest naprawdę szeroki. Zaprawdę mówię Wam pompatyczni spuszczający ze smyczy swoje myśli - ich precyzowanie to szacunek do odbiorców.



Mikołaj Nowak