wtorek, 23 grudnia 2014

Przedświąteczna wtopa Kopacz

Jako naród szydziliśmy z "madryckiej trójki", która tuż przed wyborami wywołała wielki skandal. 
Tymczasem premier Polski daje się przerobić na format reklamowy na łamach pisma Viva!
Mimowolnie. Przed samymi świętami. 

Kto dołki Kopie...
Gigantyczna wpadka Ewy Kopacz i jej urzędników. 
To oni powinni dopilnować wszelkich formalności związanych z zakazem lokowania produktów - nawet nie przy a - NA pani premier. 
Tymczasem wydawca Vivy! przyznaje w oświadczeniu, że premier nic nie wiedziała o tym, że marki zostaną podpisane z cenami. To skandal wizerunkowy. Dla obydwu stron. 
Viva! wpadła. Pytanie, czy była to wpadka "planowana", mająca zwiekszyć zainteresowanie pismem  w dość martwym okresie przedświątecznym? Nic dziwnego, że KPRM zażądała wyjaśnień.

Jedi Mind Trick - marketingowe sztuczki "kontrolowane", czytaj więcej: bit.ly/PBvsJMT

Teraz pojawiają się otwarte pytania: czy Ewa Kopacz została wykorzystana? Czy wydawca wszystko zaplanował?
Z pewnością ta przedświąteczna sesja odbije się jej i im dużą czkawką. Z pewnością - w przyszłości - PEK dwa razy pomyśli, zanim zgodzi się wystąpić na okładce.

Innowacyjny format reklamowy 
W moim odczuciu zagranie wydawcy jest mało etyczne. Dodatkowo w oświadczeniu czytamy, że nie należy łączyć wizerunku pani premier z produktami opisanymi w gazecie. To jakiś żart?

Przerobiono polityka na format reklamowy i ludzie mają to oddzielać? 
Nie, to tak nie działa. Odbiorca intuicyjnie łączy fakty. Dlatego niektórym przeszkadza Nergal i Czubaszek w reklamach Empik. Dlatego napis Fu*ck Your X-mas na koszulkach młodzieżowej marki House wywołuje poruszenie. Dlatego premier mimochodem reklamująca produkty wypada źle. 
Przykra sprawa dla samej PEK i jej urzędu. Ogromna nauczka dla polityka, by na przyszłość nie wchodził jedną nogą do świata show biznesu. 

Nie tego oczekujemy od polityków. 
Chyba, że macie inne oczekiwania niż ja?

I znów PR-owcy będą mieli święta do kitu... Główkując jak by tu sytuację naprawić. 


Mikołaj Nowak

piątek, 19 grudnia 2014

#MikołajPromuje: Epicka Rozrywka - Patrycja Czubaj | Lewana.pl

Uwielbiam barwne postaci! Lewana urzekła mnie swoimi kontrastami. Mówi o sobie: "nieco cyniczna, nieco bardziej ironiczna" - poniekąd tak jest. W setkach maili jej słowa brzmiały epicko. Nie była cyniczna. Nie była ironiczna. Nie wychodziła z założenia, że ta akcja jej się należy. Pogratulowałem udziału, poprosiłem o teksty... Uwagi przekazałem.
Naniosła tylko te, które uznała za dobre dla siebie. Pozytywnie zaskoczyła mnie asertywnością. Dlatego - z przyjemnością - prezentuję Wam jej notkę:



Epicka Rozrywka
Patrycja Czubaj, autorka "lewana.pl"


Gdzie bawiliście się w weekend?
Jeżeli nigdzie to przeczytajcie co Was omija. Jeżeli w klubie, to też przeczytajcie. Nauczycie się czegoś nowego.

Nie. Absolutnie nie wyglądam tak jak miałam w planie, ale już wszystko jedno. Wychodzimy, będziemy się dobrze bawić, bo to jest w dobrym tonie. W domu zostają wszak tylko frajerzy.
Rzutem na taśmę kilka kwadratowych szklanek, z cieczą pocieszną o brunatnej barwie. Kostki lodu dla ozdoby. Już się troszeczkę pocieszyłam i bardziej skora jestem do szampańskiej zabawy, jaka w planie jest później. 
Wsiadamy więc do taksówki i musimy po stokroć, odbyć rozmowę z taksówkarzem. 
Choć nikt z zainteresowanych nie ma na to ochoty... A poza tym, mam delikatne wrażenie, że już ją odbyłam. Jakieś milion razy. Albo mi się zdaje?
Opętańcza kakofonia wpełzająca do taksówki, wraz z wysublimowanym pokazem świetlnym dają nam znać, że jesteśmy u celu podróży. Zostawiamy jakąś idiotycznie wysoką kwotę w pojeździe – to chyba z wdzięczności za tę ubogacającą duchowo pogawędkę w trakcie jazdy. Przedsmak zabawy już na starcie i wiemy, że możemy spodziewać się epickiego melanżu. Oto bowiem po chodniku sunie z gracją, ale bez butów, dziewoja nastoletnia wraz z oblubieńcem. On wspiera się na jej barkach. Z drugiej strony grupa toczy dyskusję... Na pierwszy rzut oka, podejmują ważne, palące wręcz problemy. Wywnioskować, możemy to po zaangażowaniu w postaci przekleństw, jak i po zaczątkach rękoczynów. Są też filozofowie, dla których dobra materialne, w postaci krzesła na przykład, są zupełnie zbędne. Strapieni wędrówką po ziemskim padole, siedzą wprost na uświnionych, zaplutych chodnikach, nic sobie z tego nie robiąc. Jedną ręką podpierają zmęczone życiem oblicze o zamkniętych oczach. W drugiej bez sensu tli się jeszcze papieros.
Z refleksem przeskakuję nad kimś, kto leży u progu klubu w akcie pokory, odkupując winę za nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, a tym drugim zwłaszcza. Już mogę się oddać wspaniałej zabawie. A nie, jeszcze przemili panowie, o niemiłym wejrzeniu i brzydkich łysych głowach upewnią się, że nie mam w torebce rozmiaru 15×15 cm na przykład AK47. Wyjątkowo, nie miałam.
Schodzimy po schodach, a epickość po prostu rozpływa się wokół. Podobnie jak wysublimowane makijaże mijających nas brzydkich kobiet. Musimy udać się do baru, bo czuję już, że zabawowość ulatnia się ze mnie. Naprawiam to, a tym razem płyn jest przezroczysty, za to pływa po nim smętna limonka, jarząca się na seledynowo w tym szalonym świetle. Odwiedzamy też toaletę, celem naprawienia, odmalowania i rekonstrukcji twarzy. Przy okazji poznając na nowo kilka uniwersalnych prawd życiowych:
  •         kiedy on nie chce, to ty go nie zmusisz (no raaaaaczej!),
  •         jak dziewczyna się puszcza to jest puszczalska, a jak facet to nie (ba!)
  •         oraz jak nie wiesz ile możesz wypić to nie pij wcale (powiedziała i upadła).

Podniesione na duchu chcemy zakosztować tego ubawu i udajemy się na parkiet. Bawiących można kategoryzować, by ułatwić wam imprezy w przyszłości.
Są dziwni panowie, którym parkiet pomylił się z wystawą żywego towaru... Zabawa nie dla nich, ale już niekomfortowe oblepianie wzrokiem i świdrowanie tymże w celu wyłowienia z tłumu najbardziej odpowiedniej ofiary-już jak najbardziej tak. Mamy też kobiety, które są ponadto, najczęściej tak jest w istocie, bo rozmiarem odbiegają od tych przeciętnych. Manifestują swą potęgę nie tylko objętością, ale też pogardliwym spojrzeniem rzucanym na kolejną grupę. Szalone. Te doskonale odnajdują się w imprezowej etykiecie: wiedzą jaka długość tipsów i jaka krótkość kiecki jest najbardziej odpowiednia, by trochę się komuś oddać… ale tak w granicach przyzwoitości. Granica jest cienka, czasem się przesuwa, ale mimo wszystko jest tam i warto o niej pamiętać. Zwłaszcza rano, kiedy zamazana i w potarganych rajstopach uciekasz od niego z domu, zanim się obudzi, i’m just saying. Są też "glonojady", najczęściej migrujące po parkiecie stadami. Czekają tylko, aż oddalisz się na niewielką odległość od koleżanki, by móc przyssać się znienacka. Zawsze od tyłu.
Wykonują jakiś dziwny pseudokopulacyjny ruch, który w niektórych sferach jak się dowiedziałam, uważany jest za taniec.

Zmęczona szaloną zabawą, ucieczkami i unikami ostrych, roztańczonych szpilek z bazaru idę zapalić. Wchodząc do tej szczególnej sali czuję, że właściwie już jest to zbędne, bo jednym haustem, niekoniecznie powietrza, wyrównuję poziom nikotyny. Na najbliższy rok.
Po raz kolejny zostaję uraczona konwersacją, inną niż wszystkie.

- A jak się bawisz, a czy sama, ano tak, też mam dziewczynę, ale teraz to mamy przerwę, fajnie jest nie? no ogólnie jestem z kolegami, ładnie wyglądasz, no idę po piwo. 

Dogaszam więc tego papierosa, którego wcale nie potrzebuję i uciekam. Tak z sali jak i na dobre stamtąd.
Było wspaniale, nic więc dziwnego, że z taką regularnością powtarzam ten błąd… ekhm… tę zabawę. Zabawę powtarzam.



Dla czytelników www.mikołajnowak.pl w ramach #MikołajPromuje,
Patrycja Czubaj "Lewana"


Zostaw jej komentarz na stronie bloga w Facebooku...
... oraz na blogu: www.lewana.pl 

- Co myślicie o stylu Patrycji? Komentujcie :)
Wasze zdanie bardzo się jej przyda. 

wtorek, 9 grudnia 2014

#MikołajPromuje: Niech żyje nasza Republika! - Agata Bartnicka

#MikołajPromuje: Agata jest jedną z pierwszych blogerek, które się do mnie zgłosiły.
W jej tekstach czuć pasję. Tworzy ciekawe opowieści, charakterystycznie podając introspekcje.
Problem tyczył się nazbyt długich zdań. To drobne - techniczne - detale. Dla mnie najważniejsze jest, że autorka przenosi mnie tekstem w miejsce akcji... 



Niech żyje nasza Republika!

Agata Bartnicka, autorka "AGT - Cholera cię wie, laleczko"


W sobotę miał miejsce najważniejszy koncert tego roku. Konkurencję miał sporą - był przecież cały OFF Festival, czy jesienny Babu Król w nowym składzie z Królową. Czasem wstrząsająco, innym razem zmysłowo. Niekiedy do utraty tchu. 
A w sobotę były „Nowe sytuacje” Republiki. Te sprzed trzydziestu lat. Trochę sobie nie radzę z tym, co tam zobaczyłam...

Ogień na scenie to wyłącznie ludzie
Scena może zachwycać dekoracjami. Muzycy – biegać po niej w niecodziennych strojach. Półnagie tancerki mogą oblewać publiczność szampanem. Oczywiście. Ale też…
Może nie mieć zbyt wiele świateł, kolorów i słupów ognia. Publiczność wcale nie musi być młoda i pijana. Wystarczy, że perkusista będzie wiedział, co robi. 
Że będzie dobrze widoczny na scenie. Sam jego widok w pracy jest przecież hipnotyzujący. Basista – będzie się doskonale bawił, zaciskał mocno powieki, bujał się, tupał, biegał. Wystarczy, że za mikrofonem będą się zmieniać faceci, którzy nie potrafią ustać. Że będą się miotać, trochę w rytm, a trochę w ogień. Wymachiwać rękami, odprawiać jakieś tajemnicze obrzędy. Rzucać wściekłe spojrzenia.

Oprawa sceniczna nie ma przecież znaczenia. Świetny koncert z bogatą oprawą będzie doskonały - złego nic nie uratuje.To raz. Ale jest jeszcze inna sprawa, bardzo prosta: im mniej, tym więcej. Kiedy stojąc tuż przy krawędzi sceny widzę każdy grymas czy drgnięcie kolan. Nic nie rozprasza, nie odwraca uwagi.
Kiedy jak na dłoni widać każde potknięcie i nie ma go jak zamaskować, ale oni… im to nie robi różnicy. Oni płoną, spalają się, oni po tym wszystkim ledwie żyją. A ja pod sceną stoję otępiała… I nie do końca wierzę w to, co się właśnie wydarzyło.

Nie jesteś prawdziwy, póki się przejmujesz
Że wyglądam nie tak, jak powinnam, że ludzie patrzą, jak tańczę, ktoś słyszy, że śpiewam na całe gardło. Choć nie potrafię. Że kogoś może boleć, że jestem od niego wyższa, a pcham się pod samą scenę.
Albo tym, co jeden z drugim na niej wyprawiają – a czemu brak ładu i składu. Taniec nie jest tak estetyczny, jak w wyobrażeniach, bardziej przypomina atak padaczki. Zdjęcia źle wyjdą, bo jak śpiewa, to robi specyficzny grymas.
Tymczasem na scenie tarza się Tymon Tymański, a Budyń przygrywa mu na flecie. Wszystko na zaproszenie artystów, którzy robią aferę z płyty wydanej lata temu, do tego pod Świętą Nieobecność i Niezastąpioność lidera. Tu nie ma miejsca na przejmowanie się tym, co powiedzą ludzie. Są emocje, boże szaleństwo, jest ważny, piękny tekst. Przepiękny spektakl: wszystko, co czuć może człowiek, na raz.
Nie myśli się, nie wpadłabym nawet na to, by pomyśleć, że w oryginale coś brzmiało lepiej, czy choćby inaczej. W relacji ja – scena nic nie zakłócało obrazu. Oni - skupieni i szaleni, ja - zasłuchana i z obolałym od zadzierania głowy karkiem. 
Zobaczyć więcej, dojrzeć detal, gest, sposób gry. Oni czasem uśmiechający się – do mnie, przecież nikogo innego tam nie było. Tylko koronkowa bluzka, tylko czerwone usta. Tylko, zamiennie, szeroko otwarte, lub przymknięte, by usłyszeć najmniejszy szmer, oczy.

Jak często możesz sobie pozwolić na to, by się nie przejmować? 

Ja wyłączam się właśnie na koncertach. Z przyjemnością chodzę na nie sama. W tłumie łatwiej jest się otworzyć – wszyscy przyszli po to samo. Każdy wie, czego się spodziewać, co wolno, czego nie i dlaczego. Nikt nikomu nie robi problemów. Każdy krzyczy najgłośniej, jak umie, każdy reaguje w sobie właściwy sposób. Póki tłum jest tylko tłumem, masą obcych ludzi, jest  bezpiecznie i komfortowo. Oni są, napierają, swoją obecnością katalizują reakcje… Ale można o nich zapomnieć. Z rozkoszą więc ich – i się – zapominam.

Muzyka nie ma terminu ważności
Album, który zagrali, jest niemal dekadę ode mnie starszy. Dzieci artystów mogą być co najmniej moimi rówieśnikami. Brzmi jak odgrzewanie kotletów, reaktywacja dla pieniędzy i Park Jurajski?
Przecież co jakiś czas pojawia się wzmianka o „Celebration Day” i ludzie wariują ze szczęścia. Albo o tegorocznych występach Monthy Pythona… Albo oni, Republika, grająca bez, wydawałoby się, najważniejszego i niezastąpionego, Grzegorza Ciechowskiego, w repertuarze sprzed trzydziestu lat. Wychodzi wspaniale. 
Teksty – bardzo osobiste – takimi pozostają, nie są wykonywane, stają się własnością, emocjami, doświadczeniami wokalistów. Muzyka brzmi wciąż świeżo, równie niepokojąco. I równie mocno uderza do głowy. Drażni, wierci dziury w rzeczywistości… Dokładnie tak, jak moje wyobrażenie o niej „z tamtych czasów”, to, co znam z płyty, z radia, opowieści i teledysków. Wszystko działa tak, jak powinno – to znaczy tu i teraz, bez zastanowienia. Staje się na chwilę jedyną prawdziwą rzeczywistością, w której to ja jestem poetką i muzykiem, to ja, moje i tylko moje przeżycie.
Wychodzi wspaniale i trzyma na długo po koncercie, powodując późniejsze ryzykowne decyzje. Przedłużyć choć o godzinę trwanie tego pięknego stanu. Od siódmej do północy byłam więc wyjęta ze świata. Bardzo niechętnie do niego wróciłam, bo kiedy najpierw śpiewa się na koncercie piosenkę, potem ogląda się ją na nagraniu, a potem ta piosenka się zdarza, ledwie godzinę po ostatnim bisie, to… To pozostaje mi stać i tajemniczo się uśmiechać. Duże dawki szczęścia dezorientują.

Warto dziękować
Mam w zwyczaju po dobrych koncertach dziękować. W ten sposób zaczęło się wiele ciekawych znajomości. Niewiele znaczący uścisk dłoni i kilka słów bywały bardzo brzemienne w skutki.
A przecież to tak niewiele – dać znać, że było wspaniale, w tym tłumie był ktoś, dla kogo to, co zaszło przed chwilą, było ważne. Piękne. Że coś się dzięki temu zmieniło.
W sobotę nie miałam tej śmiałości. Pięć lat pracy na festiwalach, z artystami, obserwowania, jak zwyczajnymi są ludźmi i jak ich cieszy osobisty kontakt… A jak przyjdzie co do czego, to mi głupio.
Tak więc głupio było mi podejść do Tymona, by przybić piątkę. Czułam się niezręcznie i nie odpowiadałam na uśmiechy muzyków na scenie. Te skierowane wprost do mnie. Nie wiedziałam, co miałabym powiedzieć, gdy, odczekawszy swoje w kolejce po autografy, podeszłabym do zespołu.

To tylko wierzchołek góry lodowej
Głupio mi było odpowiedzieć na zaczepkę jednego z muzyków: „widziałem cię, stałaś po lewej stronie”. Nie mogłam, całe szczęście, uciec, więc zaczęłam pytać.
Za tym wszystkim, co podziwiam, kryją się historie. Wrażenia dziesiątek ludzi. Za każdą decyzją: „gramy!” jest kilkanaście punktów widzenia, setki pytań.
Dlaczego zaprosili Tymona i Budynia? Sprawdzili się? Co będzie dalej? Kim w zespole był Ciechowski? Jak ważna jest poezja?

Ja to wszystko już wiem. Wy – znajdźcie okazję, by zapytać.
Zakochajcie się tak, jak ja (który to już raz?).

Dla czytelników www. mikołajnowak.pl w ramach #MikołajPromuje,
Agata Bartnicka


PS. Dobre koncerty powodują skutki uboczne w postaci: zdartego gardła, obolałych pleców i niemożności wyłączenia melodii z głowy. Na dwie pierwsze dolegliwości lekarstwo jest bardzo proste: herbata i masaż. Na trzecią nie ma żadnej skutecznej metody. I za to też dziękuję.
- - -



Serdecznie polecam blog Agaty! To unikatowa mieszanka pasji i refleksji.
Skromna dziewczyna brawurowo przekazująca myśli na blog. Będę czytał regularnie.

Zostawcie jej komentarz:

- blog www.agt.blog.pl 
- strona na FB - dołącz i dyskutuj 
- strona na FB Mikołaja Nowaka

czwartek, 4 grudnia 2014

#MikołajPromuje: Tamta Strona Lustra - Anika Werner

Jakiś czas temu uruchomiłem akcję #MikołajPromuje, której zadaniem jest podnoszenie kompetencji blogerów. W planach mam też powołanie stowarzyszenia z tym samym założeniem.
Setki maili, mnóstwo komentarzy... Głosy sprzeciwu i wyroki. Każdy mail był wyjątkowy, ale tylko z jednego bił tak intrygujący smutek.. 

Anika to niezwykle wrażliwa dziewczyna. Zgłosiła się do mnie, bym podzielił się z nią wiedzą o webwritingu. Jednak, gdy czytałem jej teksty, to czułem, jak wzmacnia się skupienie. Jak wargi się zaciskają, a temperatura rośnie. Szukałem wad, by przesłać jej swoje uwagi. Tyle, że ładunek emocjonalny zawarty w tekście szybko zakończył poszukiwania. 

Bo, gdy masz styczność z kimś, kto stracił kogoś bliskiego... Wtedy uświadamiasz sobie jak kruche jest życie. A tekst szczery. Do bólu. Tak wygląda wrażliwa strona blogosfery.


Piekło jest na ziemi


Anika Werner, autorka "Tamtej Strony Lustra"


Piekło jest na ziemi...
Idę szpitalnym korytarzem.
Wszystko jest tak, jak zawsze.
Pielęgniarki, biegają z kroplówkami.
Lekarze, dyskutują między sobą.
Sprzątaczki, usiłują żartować z pacjentami.

Zaglądam do sali numer jeden.
Na łóżku, podłączony pod tlen leży Kamil.
Wychowanek domu dziecka.
Ma dwadzieścia lat, wygląda jak gimnazjalista. 
Uśmiecha się jak zawsze i zaprasza gestem do środka.
Wchodzę, siadam na skraju łóżka.
Słucham jak mówi.
O rodzicach, którzy go zostawili.
O swojej walce, o każdy dzień.
O życiu, którego większość spędził w szpitalnych murach.
Opowiada o tym, bez cienia pretensji.
Dziękuję, że mógł być.
Ot tak, po prostu.
Nagle, zaczyna dławić się krwią.
Duszność, odbiera mu głos.
Znika.
Wstaję, bo uświadamiam sobie,
 że Kamil zmarł kilka lat temu.

Przechodzę do sali numer dwa.
W okół stolika, jak szalony biega Oskar.
Nigdy, nie bardzo umiał usiedzieć na jednym miejscu.
Gdy wraz z moim synem, byli w podobnym wieku, chowali się do szaf.
Żeby doktor, nie mógł ich znaleźć. 
Pamiętam, telefon od jego mamy.
Pamiętam, gdy mówię synowi, że Oskara już nie ma.
Pamiętam jak po tej rozmowie, nie chcę nic jeść.
Przez trzy dni, z nikim rozmawiać.
Patryk miał wtedy 9 lat.
Oskar, całe jedenaście.
Stolik w sali znika.
Śmiech rozbieganego chłopca, również.

Odwracam się i widzę salę numer trzy.
Nad małym łóżeczkiem, pochylają się zgarbieni rodzice.
Ewa, ma cztery lata.
Podpięta, pod miliony rurek.
Każda, podtrzymuje ją przy życiu.
Dobiega do mnie, cicha modlitwa.
Widzę jak oboje, połykają łzy.
Aparatura nagle milknie.
Nie mogę słuchać, rozpaczliwego krzyku matki.

Uciekam do sali, numer cztery. 
Ola zawsze nazywała mnie, drugą mamusią.
Kochałam ją, jak rodzoną córkę.
Spędziłyśmy na rozmowach, szmat czasu.
Wspólne łzy, wspólne uśmiechy, wspólne milczenie.
Zawsze, chiała być na moim ślubie.
I była.
Zmarła w dzień, gdy przed ołtarzem mówiłam " tak"....

Z sali numer pięć, patrzy na mnie Mariusz.
Nigdy nie zapomnę, jego poczucia humoru.
Godzinami mógł mówić o Kasi.
Miłości jego życia.
Tak bardzo cieszyłam się, z zaproszenia na ich wesele.
W garnitur do ślubu, ubrano go jednak w inną podróż.
Tę ostatnią.
Odszedł, miesiąc przed  wymarzoną uroczystością.

Otwieram drzwi, do sali numer sześć.
Przy oknie stoi Paulina.
Obok niej, na krzesełku siedzi Edyta.
Zapraszają mnie na herbatę.
Trajkoczą jak zwykle, jedna przez drugą.
Nie przestają się śmiać.
Pierwsza zanika postać Pauli.
Zaraz po niej, jak mgła rozmywa się Edyta.

Mijam, kolejne pokoje.
Słyszę, ich głosy.
Widzę, chcące żyć oczy. 

W drzwiach sali numer siedem, stoi Radziu.
Prosty, dobry chłopak ze wsi.
Ciężko, nie było mieć do niego szacunku.
Nie wstydził się swojego pochodzenia.
Z pasją opowiadał o ziemi, którą kochał.
Trzy lata temu, obudziłam się w izolatce,
w której akurat przebywał mój syn. 
Podeszłam do parapetu.
Widziałam, jak wynosili jego ciało.

Z sali numer osiem, wychodzi stonowany Łukasz.
Wciąż mam ten obrazek przed oczami.
Jak wraz ze swoją żoną, niosą w nosidełku córeczkę.
Z taką dumą na twarzy.
To był ciepły piątek.
Wyjeżdżaliśmy do domu.
Oni też mieli wracać, lada dzień.
Ona wróciła, z córką.
Łukasz, poszedł już inną drogą, niedzielnym porankiem...

Siadam pod ścianą.
W moim mieszkaniu.
Myślę o tym, że w jednej z takich sal,
leży teraz mój syn.
Strach mnie zamroził.
Nagle dostaję wiadomość.
- Nia płacz mamo.
Ja też się boję.
Wszystko będzie dobrze.
Przecież, jeszcze tyle chciałbym ci powiedzieć...

Naucz się szanować to, co masz.
Doceniać, dany ci dzień.
Mów, że kochasz, jak najczęściej.
Biegnij do przyjaciela ciemną nocą, gdy cię potrzebuje.
Uśmiechaj się na widok słońca.
Tańcz w deszczu.
Ciesz się z oddechu.
Podawaj innym dłoń.
Nie oczekując nic w zamian.
Celebruj każdą minutę ze swoim dzieckiem.

Dlaczego?
Jeśli tego nie zrobisz, wezmę cię za rękę.
Przeprowadzę, przez szpitalny korytarz.
I otworzę drzwi numer jeden, dwa, trzy...
Żebyś zrozumiał, jak blisko jest piekło...


K O N I E C

Nic nie poprawiłem. Nie miałem odwagi. Ten tekst rozbroił mnie. Miałem ochotę zapalić papierosa, nalać sobie wina i nie myśleć o niczym. Dym za dymem, łyk za łykiem.
Jednak zastanowiłem się nad swoim życiem. Nad tym, jaki bywam dla innych: niekiedy szorstki i bezwzględny. Wymagający. Apodyktyczny.
Anika nawet nie wie, że swoją aktywnością wykonuje bardzo ważną pracę. Skłania nas do refleksji. Powiem tak: gdyby #MikołajPromuje było codziennym programem informacyjnym, to ten odcinek jest wydaniem specjalnym.

Aniko, dziękuję Ci. Polecam innym i proszę każdego o wsparcie dla Ciebie!
Będę promował, bo w dobie pustki intelektualno-emocjonalnej Twoje teksty są na wagę
złota. 

fot. Darek Pala

Czuję się odarty z mentalnej elewacji, jaką była odporność na krzywdę innych.
Anika całkowicie zmieniła moje postrzeganie. Za to pozostaję jej wdzięczny i...

poniedziałek, 1 grudnia 2014

#MikołajPromuje: ON, ONA i ON - Z FACETEM TO NIE ZDRADA? - William Starczyk

Przedstawiam Wam pierwszego autora w ramach mojej akcji #MikołajPromuje. /czytaj więcej o akcji/
William Starczyk - fantastyczne pióro, kontrowersyjna tematyka, lekkość opowieści.
Zasugerowałem mu drobne poprawki. Z przyjemnością przedstawiam Wam niepokornego autora i jego mocny tekst.



Polecam ten blog! - Mikołaj Nowak


Każdy ma jakiś sekret



Adam jest dyrektorem departamentu prawnego w dużej firmie ubezpieczeniowej. Idealny kandydat na męża – inteligentny, przystojny, zamożny. Na pierwszej i drugiej randce udało mi się pozostać damą - kawa w modnym miejscu przy Placu Zbawiciela, kolacja w klimatycznej restauracji na Starówce. On płacił, a ja do domu dyskretnie wracałem komunikacją miejską, bo ostatnie pieniądze wydałem na nową marynarkę.
Za trzecim razem wyskoczyliśmy na drinka. Jeden, drugi, trzeci i w damie obudziła się dziwka. Pojechaliśmy do jego apartamentu, serce starego Mokotowa. On na mnie, ja na nim, pod nim, obok… . Ktoś zapukał do drzwi. – To mój syn – powiedział.

fot. Hannah Whitaker, The New York Times


On, ona i on

Gdy opadły pierwsze emocje, czułem się zdezorientowany.
Nie wspominał o tym, że ma dziecko. A skoro ma dziecko, to może ma i żonę?
Jeszcze chwilę temu piłem drinka z pewnym siebie człowiekiem sukcesu, a teraz leżałem w łóżku faceta, który udaje szczęśliwego męża i prowadzi podwójne życie. Zastanawiało mnie jedno - dlaczego tak ryzykował i pojechaliśmy do niego? Byłem wściekły. I przerażony.
Co, jeśli za chwilę znów ktoś zapuka? Tym razem córka? Żona? Teściowa? Nie mogłem wyjść z sypialni, więc spróbowałem podsłuchać coś przez drzwi…
Niczego nie usłyszałem. Ubrałem się, dyskretnie wyszedłem na taras i zapaliłem papierosa. W moment wytrzeźwiałem i trochę się uspokoiłem. Zacząłem to wszystko analizować.
Gdyby miał żonę, nie przyjechalibyśmy tu, prawda? Może jest więc rozwodnikiem lub wdowcem? A może nie ma i nie było żadnej kobiety, a dziecko adoptował? Lubię dzieci, ale myśl, że mogę zostać macochą mimo wszystko mnie przerażała.
Adam wrócił po kilkunastu minutach. Jego trzyletni synek już spał. Liczyłem na słowa wyjaśnienia, ale przekonał mnie, żebyśmy wrócili do łóżka. Po orgazmie, na którym ledwo się skupiłem, wysapał:
Dobrze, że Cię nie widział. Od razu powiedziałby mojej żonie.

Znieruchomiałem.

Kochanice króla

Mężczyźni, sypiający – często za plecami żony – z innymi mężczyznami. Nie są żadną nowością.
Robią tak, odkąd Adam i Ewa przestali być jedynymi ludźmi na Ziemi – od starożytnego Egiptu, przez średniowiecze, aż po dzisiaj. W starożytnej Grecji istniał ścisły podział życia społecznego i towarzyskiego. Greckie kobiety, do osiągnięcia starszego wieku, nie miały zbyt wiele swobody. Za to mężczyźni spędzali czas głównie w swoim towarzystwie, gdzie często przeżywali pierwsze erotyczne fascynacje. Powszechne były stosunki udowe, które „nie naruszały godności”, uprawiał je m. in. Platon. Dominujący mężczyzna wsuwał członka pomiędzy uda chłopca.
Średniowieczni królowie i książęta mieli – oprócz dam serca - nie tylko kochanki, ale i kochanków. Historycy do dziś dyskutują nad łóżkowymi upodobaniami Henryka Walezego czy Władysława Warneńczyka. Zresztą w czasach średniowiecza byliśmy bardzo tolerancyjni niż dzisiaj. Notabene, jako jeden z nielicznych krajów, nie karaliśmy homoseksualistów karą śmierci za ich orientację.
Mamy XXI wiek – transseksualista wchodzi do sejmu, drag queen wygrywa konkurs Eurowizji, zdeklarowany gej zostaje prezydentem jednego z największych polskich miast. Mimo to, wielu ludzi nadal boi się być sobą i decyduje się na życie w kłamstwie. Aby rodzice się nie czepiali? Żeby sąsiedzi nie gadali? Dla awansu w pracy?

Mężczyzna – pan i władca

Żona Adama raz w tygodniu wyjeżdża służbowo – już wiem, dlaczego nasze spotkania odbywały się tylko w poniedziałki. Do północy synem opiekuje się niania – dlatego wracał do domu niczym uciekający z balu Kopciuszek.
Spotkaliśmy się jeszcze tylko raz. Na mieście, długo rozmawialiśmy. Adam nie uważał się za homoseksualistę, a tym bardziej za ukrywającego się homoseksualistę. Nazwałem go więc biseksualnym heterykiem.
Kobiety go kręcą - ogląda się za nimi nawet przy mnie, jest to bardzo seksowne – i lubi seks ze swoją żoną, ale raz na jakiś czas potrzebuje seksu z chłopakiem. Mało tego, przyznał, że ma kilku kolegów, którzy również miewają podobne upodobania – Dopóki nie dajesz dupy, nie jesteś pedałem.
Historia zatoczyła koło? Erestes – mężczyzna starszy i dominujący, często człowiek sukcesu; żonaty, łowca i zdobywca. Eromenos – młody chłopiec; inaczej „paides”, słowo z greki, od którego pochodzi określenie „pederasta”.

Homo i hetero do lamusa?

Kim są żonaci faceci, którzy mają słabość do płci własnej? Czy żona i dzieci naprawdę nie są przykrywką, ale świadomym wyborem? A może to tylko jeden z etapów odkrywania swojego homo- lub biseksualizmu?
Być może nachodzą czasy, w których etykietki „homo”, „hetero”, i „bi” staną się zbędne. Może, za kilka następnych pokoleń, całkowicie ustąpią miejsca bardziej zuniwersalizowanemu porządkowi seksualnej sfery życia? Nie byłby to żaden postęp ani rewolucja, ale de facto powrót do korzeni.
Czy hetero, geje i lesbijki to wymysł ludzi, którzy wszystko chcą nazywać i porządkować? Historia pokazuje, że kategoryzacja i ograniczanie się nie leżą jednak w naszej naturze.
- Z facetem to nie zdrada - mówi Adam na koniec naszego ostatniego spotkania.
Kocha żonę, syna i są normalną rodziną. A o tym, że ma specyficznie upodobania, małżonce nie powie. To tylko zachcianka, bez której można przecież żyć.
Była już prawie północ. Powiedziałem, że boli mnie głowa i wrócę do siebie taksówką.
Skręciłem w Nowy Świat, zapaliłem papierosa i udałem się w stronę przystanku autobusowego.
Mijały mnie pary – małżonkowie, narzeczeni, kochankowie.
Zacząłem się zastanawiać: ile z tych kobiet powinno obawiać się, że ich mężczyznom czegoś brakuje? Czegoś, czego one same dać im nie mogą...

Dla www.mikołajnowak.pl w ramach #MikołajPromuje:

William Starczyk

- - -

Co myślicie o tekście Williama?
Czekamy na Wasze komentarze pod opowiadaniem i na facebookowej stronie.

czwartek, 20 listopada 2014

#MikołajPromuje: Blogerze, pisz u mnie!

Dostaniesz moje Know-How i miejsce na tym blogu.

Krótko: #MikołajPromuje to akcja podnosząca kompetencje młodych (stażem) blogerów.


Nazywam się Mikołaj Nowak, jestem blogerem od 2001 roku.
Piszę felietony m.in. dla "Faktów" TVN oraz portali branżowych. Moje publikacje ukazywały się na Brief.pl, WirtualnychMediach, PRoto i wielu innych. Na co dzień pracuję w redakcji programu informacyjnego.


W blogosferze trudno się wybić. Od lat powtarzane są regularnie te same nazwiska.
Aby dać szansę nowym trzeba ich promować. Oto moja odpowiedź.


Zapraszam do kontaktu Was - blogerów, którzy chcą zwrócić uwagę na swój talent. 
Szukam prawdziwych talentów, które: 


- wyślą mi próbkę tekstu lub link do swojego bloga,
- przyjmą moją propozycję korekty po analizie ich tekstu,
- napiszą notkę na mój blog www.mikołajnowak.pl otrzymując tym samym mój zasięg (kilka tys. odsłon miesięcznie),
- przyjmą propozycję stworzenia tekstu dla dużego wydawcy (opcja).

Podobną prośbę kieruję do dużych blogerów. Prosiłbym, abyście:

- przyjęli moją propozycję dołączenia do akcji,
- stworzyli hashtag, którym będziecie oznaczali promowane treści, np. #RoguskiPromuje,
- zaoferowali małym blogerom swoje Know-How, 
- udostępnili im przestrzeń na swoim blogu,
- NIE CHCIELI ZA TO NIC W ZAMIAN.


Startujemy niebawem. Jeszcze w tym roku chciałbym umieścić kilka Waszych notek na moim blogu. Marzeniem są także notki gościnne na blogach osób wspierających akcję całym sercem. 

Poświęcam na to swój wolny czas. Mam go bardzo mało.
Dlatego nie gniewajcie się proszę, jeżeli będziecie musieli poczekać na odpowiedź mailową ode mnie. Jednak ta akcja nie jest dla mnie - jest dla Was.

Do współpracy zapraszam także portale, vortale i duże blogi tematyczne.
Zapraszam wydawców i doświadczonych redaktorów. Zapraszam wszystkich tych, którzy chcą wpłynąć na kulturę, a jakość w blogosferze nie jest im obojętna.


Zróbmy razem coś dobrego.


Zapraszam do kontaktu,

Mikołaj Nowak


fot. Darek Pala

środa, 19 listopada 2014

"Internety" rozliczyły


Akcja „zamień lajki na głosy” Przemysława Wiplera okazała się porażką – raptem 4,1 proc. osób w Warszawie oddało na niego głos. Przynajmniej na to wskazują wyniki sondażu IPSOS. Mając na uwadze ten fakt, można uznać, ze internauci robią świetnie burzę w szklance wody. A może po prostu są za młodzi, by głosować?

„Elektorat” – choć w tym przypadku brzmi pompatycznie – Przemysława Wiplera w ostatnim czasie e-promował go bardzo aktywnie. Ba, właściwie to promował bez końca!
Kandydat na prezydenta Warszawy wygłaszał co miesiąc radosne tyrady, na swojej facebookowej stronie. Jaki to jest popularny... Ile to ma „lajków”... Jak to mainstream „tej siły nie zatrzyma”. Problem w tym, że „ta siła” nie obaliła Hanny Gronkiewicz-Waltz (48,8 proc. wg IPSOS). Mało tego – nawet jej minimalnie nie zagroziła.
Warto dodać, że Przemysława Wiplera na Facebooku polubiło ponad 100 tys. ludzi. To uplasowało go w czołówce polskich polityków na FB. Z czego – na jego stronie –najbardziej aktywne są osoby w wieku od 18 do 24 lat (dane publiczne z FB). Czyli posiadający uprawnienia do głosowania. W tym samym serwisie oficjalne konto posiada też dotychczasowa prezydent Warszawy. Polubiło je raptem 12 tys. osób... Gdyby HGW chciała robić akcję „zamień lajki na głosy” zwyczajnie by się ośmieszyła.
W stolicy uprawnionych do wzięcia udziału w wyborach było ponad 1,3 mln ludzi.
Wipler był (i będzie) bohaterem wielu memów i GIF-ów w Internecie. Słynne już, zapożyczone od Janusza Korwin-Mikkego, „masakrowanie” towarzyszyło mu nieustannie. To „zmasakrował” lewaka, tam „zaorał” dziennikarza w programie na żywo. Oto mądrości fanów Wiplera w sieci. Nawet komentarze złośliwych, że „orze to się pole”, nie zniechęcają pełnych energii internautów. Dla fanatyków PW jest ich własną odmianą utworu „Wind of Change”. Niemal narkotyzują się treściami z udziałem wspomnianego polityka!
Bronili go nawet wtedy, gdy wiedzieli, że chwiejnym krokiem przerwał interwencję policji, za co zapłacił wysoką cenę. Stawali za nim murem, gdy odbijał cięte riposty kolegów po fachu. Większość młodych jednak, bo aż 27,8 proc. grupy 18-29 lat, zagłosowało na... Prawo i Sprawiedliwość.
Nową Prawicę poparło 11,5 proc. ludzi w tej grupie wiekowej.
Wipler stał się bohaterem ich małych ekranów. Elementem codzienności, tuż obok niezobowiązującej rozrywki typu Kwejk i Demotywatory, na których zresztą często gościł jego wizerunek. Mimochodem zawładnął młodymi umysłami, pobierając cząstkę e-sławy od samego JKM. I spodobało mu się to. Choć kiedy tylko może atakuje TVN, to chętnie przyjmuje zaproszenia do studia przy ul. Wiertniczej w Warszawie. Nawet straszy dziennikarzy mówiąc: „Internety” Was rozliczą!
Na stronie głównej serwisu „Wykop” (skądinąd zdominowanego przez środowiska skrajnie prawicowe) Przemysław Wipler gości bardzo często. W końcu i tam ma konto. Jest tam mikroblog (specyficzna społeczność „tubylców” pieszczotliwie mówi o nim „mirko”; sami lubią, gdy mówi się o nich „Mirki”). Skrajne – często wulgarne – opinie wygłaszane są w większości przez anonimowych komentatorów. Kryją się, jak w starym, dobrym Internecie, za nickami. W nim nikt nie zmuszał nas do ujawniania personaliów pod groźbą skasowania konta, jak robi to chociażby gigant – Facebook. Ale Wykop to miejsce nie mniej popularne na sieciowej mapie Polski. I nie ma się czemu dziwić, w końcu konto ma tam sam Lech Wałęsa(!), zwany przez złośliwych „prezydentem mirko” za swoje nieco sztubackie podejście do fotografii cyfrowej.
Media społecznościowe cechują się różnorodnością. Kto tego nie akceptuje, kto nie umie się dopasować, nie powinien się do nich pchać. Wipler rozumie. I akceptuje za dużo. Tylko za bardzo się „wkopał” w to środowisko. Za mocno zaangażował się w wirtualne emocje, których efekt jest, jaki jest. Niezadowalający politycznie. Wirtualna siła tym razem nie przełożyła się na realne gesty. Efekt? Mierne 4,1 proc.
 I tak oto Przemyslaw Wipler, zamiast prezydentem Warszawy, zostanie tylko prezydentem „mirko”...

Mikołaj Nowak

sobota, 15 listopada 2014

Manifest twórcy

Jesteśmy w sieci. To przestrzeń, w której każdy coś tworzy, ale nie wszystko jest sztuką.
Treści są obrazem nas: naszej kreatywności, usposobienia, poczucia humoru i nastawienia. Problem zaczyna się wtedy, gdy uzmysłowimy sobie, że jesteśmy artystami...


* Na początek ćwiczenie. Zamknij oczy i powiedz "ARTYSTA" - kogo widzisz? *


Otwórz oczy: sztuka dla sztuki
Zauważyłem, że społeczeństwo interpretuje definicje tak, jak mu wygodnie. Jednak definicje nie są elastycznie, nie można ich modelować wedle "widzimisię".

Definicja sztuki jest niezmienna:

Sztuka, jest częścią dorobku kulturowego cywilizacji, manifestującą się poprzez utwory, w tym dzieła artystyczne.
Choć od dekad budzi spory. O to, czy powinna istnieć...

I chociażby dlatego każdy twórca sieciowy (Bloger, Vloger, YouTuber, itd.) może czuć się artystą. Pytanie tylko: czy zasługuje na to, by nim być?

"Dorobek kulturowy cywilizacji"
Jeżeli robisz coś, co niesie się i odciska piętno - należy Ci się szacunek. Wówczas nie musisz nazywać się artystą, bo określą Cię nim ludzie.
Jeżeli jednak tworzysz treści rutynowo, nie wkładasz w nie serca, to przykro mi. Nie wystarczy produkować, bo w sztuce nigdy nie chodzi o ilość. Jednak jakość to w tej kwestii także pojęcie zależne i regulowane percepcją. 


Wystawa Darka Pali, jednego z moich ulubionych polskich artystów i przyjaciela 
Wolno mi wszystko, jestem artystą
Minione lato było wspaniałe. Ciepłe, sympatyczne. Dostałem zaproszenie na jakąś galę. Na plakietce zostało napisane "Dziennikarz". Pobrałem identyfikator i wszedłem do modnego warszawskiego klubu. Wnętrze mieniło się od ciepłych świateł i uśmiechniętych ludzi. 
Co chwilę mijał mnie ktoś, kto na plakietce miał napisane "Artysta". Problem w tym, że ja tych osób wcale nie kojarzyłem!
Towarzyszył mi kolega, znany redaktor z portalu rozpisującego się o branży mediowej. Bardzo zorientowany w sytuacji.

- no nie znasz? Przecież to ta celebrytka z reklam!
- tego też nie znasz? On się pokazuje z tą gwiazdą serialu!

- nie kojarzysz jej? Zasłynęła pokazując pośladki na imprezie Playboya.

Nie, nie znam. I raczej znać nie chcę. A już na pewno dziwi mnie to, że tacy ludzie - celebryci - noszą plakietki z rzucającym się w oczy napisem "Artysta".

W klubie zrobiło się tłoczno i duszno. Nawet najlepsze make-up'y tego nie znoszą. Po części oficjalnej otwarto open bar. Ten moment zawsze weryfikuje, po co ludzie tak naprawdę przychodzą na takie imprezy. Wyścig do baru! Whisky za darmo!
Czekamy w kolejce. Kulturalnie. Stoimy długo, duszno. W głowie dźwięczą niekulturalne słowa.


Nagle wyłania się piękna postać. Fakt, świetne nogi, doskonale uszyta sukienka. Opalona skóra, doskonały make-up. I ten roszczeniowy ton... 
"Proszę mnie przepuścić! Mam chyba napisane, że jestem artystką, prawda?!"
Oh, VIP. 

Gwóźdź programu - pokaz żenady. Uwielbiamy ten moment. Pytam się mojego towarzysza, jaką sztukę uprawia ta odważna dama. Może jest modelką? Może sławną piosenkarką?
On się śmieje i odpowiada mi, że nie - po prostu kiedyś zasłynęła z pokazania "czegoś" i zyskała sympatię fotoreporterów. Więc kontynuuję zdziwiony - od kiedy to paparazzi - selekcjonują i decydują o tym, kto jest artystą, a kto nie?
- on mi na to, że nic nie rozumiem i to nie mój świat. Faktycznie. Stwierdzam to z dumą.
Jakkolwiek kuriozalnie to zabrzmi - pani uzurpuje sobie prawo do bycia artystką. 


Wzięliśmy (a raczej pobraliśmy...) darmowe drinki, choć wolałbym zapłacić, by nie marnować czasu... Takiej opcji nie było. All inclusive bez wyjazdu. Przedzierając się przez duchotę wyszliśmy na dwór.
"Powietrze!" - tak mało nam do szczęścia brakowało. 


Na placu było kilkadziesiąt osób. Większość paliła papierosy. W ustach celebrytki promującej zdrowy tryb życia wyglądają ciekawie. Dostrzegłem pewną postać w cieniu. Zauważyłem kontury na uboczu, gdyż pokazały je flesze z aparatów wspomnianych tu panów. Do ścianki była kolejka. Malowali się nawet panowie. Nikogo tam to nie dziwi. Każdy "jak malowany!" 
Podszedłem bliżej. Troszkę wyglądało to, jakbym skradał się. Jak pies do jeża.
Zerkam, a tam jedna z najpopularniejszych polskich dziennikarek i prezenterek. Prawie 30 lat na wizji. Niesamowity warsztat i doświadczenie. Klasa i styl. Stoi na uboczu, sama.
Nie zajmuje miejsca w kolejce - na tej "gali kolejek", nie zależny jej na tym. Jednak nie wzbudza sensacji. Papierowe marionetki show-businessu zakrzyczały takich ludzi talentem do afiszowania się. Pytanie tylko, czy to też sztuka?


Odciskają piętno? Odciskają.
Mają wkład w kulturę? Mają. Codziennie dostarczają ludziom tematów do rozmowy. 
Pytanie: czy zapychanie ludziom czasu na - w większości - tematy nic nie wnoszące do życia, to sztuka?

Może problem jest we mnie? Może dla mnie artyści to: Chopin, Szymborska, Streep i SinatraMoże to kwestia priorytetów, albo ich braku?
Ludzie, których utwory / role rozbudzają zmysły. Napawają refleksją, wyciszają, lub krzyczą, gdy trzeba.

Twórcy sieciowi lubią mówić o sobie "jesteśmy artystami". To manifest.
Pytanie, czy w tych czasach to jeszcze nobilitacja, czy już potwarz?

Wiem jedno. Prawdziwi artyści nie umierają nigdy.


Mikołaj Nowak


PS. napisz mi w komentarzu, kto wg Ciebie jest artystą. Dziękuję.

Halo, o co afera?

Kiedyś skontaktował się ze mną Onet i zaproponował pisanie u nich. Chodziło o blog. Proponowano mi przeniesienie go, na ciekawych warunkach. Powiedziałem, że się zastanowię i wrócę, ale zapomniałem o sprawie. Pisanie książki, artykułów, praca w redakcji... trochę tego sporo. Sprawa umknęła i rozmyła się.

Bloger blogerowi wilkiem
Natomiast autor bloga Halo Ziemia taką propozycję przyjął. I szybko spotkał się z mową nienawiści w sieci.
Bo krytyką nie można nazwać zarzutów kierowanych w stronę Konrada Kruczkowskiego.
Krytyką nie można nazwać ataków personalnych tylko dlatego, że zwiększy mu się zasięg.
Pewien bloger, którego oczywiście tu nie wymienię, w bardzo nieelegancki sposób wyraził swoje zdanie o decyzji autora 'Halo Ziemia'. Padły mocne słowa oraz posądzenie o porzucenie jakości na rzecz komercji. A ja się pytam: co mu do tego?

Pisanie w strukturach portalu horyzontalnego to nic złego. To po prostu nowe - większe - możliwości dla blogera, któremu nieobcy jest rozwój osobisty.
Złość... to bardzo zły sterownik. Nienawiść - jeszcze gorszy.
Wściekają się fani, gdy ich ukochany zespół zmieni styl muzyczny.
Jednak nie rozumiem motywu ataku na Konrada. Jest to ewidentnie motyw prześladowczy; dodatkowo napastnik otwarcie via blog przyznaje się do prześladowania Kruczkowskiego! Krok po kroku opisuje swoje intencje i spotykające go rozczarowanie.

Strasznie smutna jest ta historia

Z jednej strony widzimy człowieka rozpaczliwie szukającego atencji - z drugiej osoby, które atakuje. Komu bardziej współczuć?
Co do niechcianych gestów i narzucania się:
pomagałem kiedyś policji w przypadkach, które zaczynały się właśnie od takich historii. Chodziło o ludzi, którzy nie są w stanie zaakceptować odrzucenia. Przywierało to bardzo różne formy, ale nigdy nie było czymś pozytywnym dla nękanych. 

Reasumując: nie ma nic złego w pisaniu dla Onetu!
To uznana i ceniona marka wśród wydawców internetowych. To olbrzymie medium. To gwarant dotarcia do szerokiej grupy odbiorców!
Nie dajcie się zwieść czytając emocjonalny terror, który jest zwyczajnym hejtingiem. 

Kibicuję Konradowi, choć zdarzało nam się w przeszłości sprzeczać :-) Jednak nigdy w ordynarny sposób. Zawsze z zachowaniem elementarnych zasad kultury. A sieciowym zadymiarzom stanowczo odradzam dewastowanie wizerunku innych ludzi. 
Może to mieć poważne konsekwencje. 
Słowa to zawsze tylko słowa. Umiejętne ich formowanie to dar. Jednak u rozdrażnionych ludzi zamieniają się w broń. Wysyłacie mi wiele wiadomości w tym temacie. Prosicie o opinię i poradę. Jednak mogę Was tylko poprosić byście byli "kuloodporni". Byście nie promowali zjawisk, które uznajecie za patologiczne. Są ludzie, którzy rozbłyskują jasnym, acz krótkotrwałym płomieniem.
Nie nagradzajcie uwagą ludzi, z którymi consensus jest niemożliwy.
Gdy mali blogerzy próbują wybić się szkalując dużych, to wiedz, że w przyrodzie ma to swoją definicję. Pasożyt. 


Konrad, pisz, gdzie chcesz! 
Mnie najbardziej irytuje fakt, że osoby, które twierdzą, że są tak blisko Boga gwałcą zasadę "nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe".
Niech Konrad pisze dla Onetu. Niech nawet założy drugiego bloga "Halo Onet" - to jego sprawa i jego prawo. Czytelnicy go ocenią i podejmą decyzję. 

A niesfornym blogerom odradzam demolkę sieciową i budowanie popularności kosztem innych. 
Straszną hipokryzją jest krzyczeć do ludzi "jestem wolnym człowiekiem!", a próbować ograniczyć tę wolność innym... Piszecie, gdzie chcecie. Dobry tekst obroni się zawsze i wszędzie. 


fot. REUTERS/Toby Melville

Ściskam!

Mikołaj

PS. na koniec piękny cytat, który usłyszałem w filmie "Bogowie": 
Polak Polakowi nawet porażki zazdrości.

środa, 5 listopada 2014

Pomysł na siebie

Obecność w mediach społecznościowych wielokrotnie oceniana jest przez pryzmat autokreacji.
Obok nieskończonych dyskusji "dziennikarze vs. blogerzy" w modzie jest jeszcze "prawdziwy vs. nieprawdziwy" - i to wg mnie złe postrzeganie.


fot. twitter.com/therealbanksy

Regulujesz: autentyzm czy iluzja? 
W erze mediów społecznościowych płynnym ruchem regulujemy postrzeganie naszej aktywności. 
Chodzi o to, na ile chcemy być w nich odbierani poważnie, na ile żartobliwie. Może pół na pół?
Gdy żartujesz, to raczej nie chcesz być odbierany poważnie. I odwrotnie.
Jednak miej na uwadze, że sieć pozostawia także komfort Twoim odbiorcom... Mogą odebrać Cię mylnie przez pryzmat własnego nastroju, lub Twoich wcześniejszych nastrojów.
Po latach spędzania czasu w mediach społecznościowych wiem jedno... Nie warto liczyć na dystans odbiorców. 

Warto za to ufać samemu sobie; słuchać własnego głosu wewnętrznego. I nie postępować wbrew temu, co nam dyktuje. 

Organicznie wolności jednostki
Polska blogosfera jest iluzorycznie wolna. Tak, jak każdy z nas. Naprawdę jesteśmy zniewoleni swoimi nawykami, pracą, kredytami... Mamy XXI wiek, ale po prostu zmieniła się forma niewolnictwa. 
Akurat blogosfera wyrwała się spod wszelkich ograniczeń. Część z nas bloguje, bo to uwalnia myśli z klatki codzienności.
W krótkim czasie "zobowiązania" mogą zamienić się w "zniewolenie". Wówczas szukanie alternatywnych dróg jest szczególną umiejętnością. 

Nie każdy z nas ma samorodny talent do urozmaicania sobie życia. Ci, którzy go nie posiadają szybko doświadczają stagnacji.
TOP bloger może wpaść w pułapkę statystyk i konieczności pisania. Gdy czuje się do czegoś zmuszony - to oznaka braku wolności. Wówczas jakość pikuje. Gorzej, gdy rozbije się o wrażliwość stałych czytelników bloga.


Pomysł na siebie
Wg mnie najbardziej charyzmatyczny polski bloger - Kominek - na minionym Blog Forum Gdańsk powiedział, że ceni święty spokój. Dlatego każe swoim moderatorkom wycinać wszystkie krytyczne komentarze. Dodał, że nie rozróżnia krytyki na konstruktywną i niekonstruktywną. Po prostu krytyka go razi i eliminuje ją ze swojego życia. 
I wiesz, co? Dopiero wtedy zrozumiałem, na czym polega jego fenomen. To unikatowe postrzeganie wolności. Brak konieczności zadowalania innych; chęć pełnego zadowolenia TYLKO siebie.
Powiedzieć w tych czasach, że ma się krytykę - i krytyków - oraz hejting - i hejterów - w nosie jest niczym... Liczy się moc czynu. Hejterzy i krytycy nie mogą zostać wyproszeni z przestrzeni Kominka, bo zwyczajnie nie są do niej zapraszani.


Pełna wypowiedz Tomka "Kominka" Tomczyka.

Z teorią w/w blogera jest trochę jak z ubiorem - każdy nosi to, co lubi. W kwestii blogerskiej wolności słowa nie funkcjonuje żaden dress code. Jak chociażby w świecie dziennikarskim.
Też mam pewne nawyki w sieci. Nie jest może tak, że krytyką się nie przejmuję. Najbardziej doceniam ludzi, którzy swoje zdanie wyrażają konkretnie. Czyli do mnie, bo to ja jestem odbiorcą. Nie tworzą teatrzyku z moich wad, pisząc o nich publicznie. Ludzie konkretni komunikują się konkretnie. Tylko ludzie niespełnieni mają braki - zwłaszcza - w komunikacji. Potrzeba umniejszenia komuś często rekompensuje własne ubytki. To taka remineralizacja ich skorupy. Zniszczonej doświadczeniami, nerwami, biedą i frustracją... Uwielbiam moment, w którym ktoś pisze mi prywatną wiadomość i punktuje merytorycznie. Podejmuję wtedy dialog - nie rękawice. 

Jednak my - blogerzy - też mamy kruche skorupy. Z odpornością na krytykę bliżej nam do cienkiej skorupki ślimaka, niż potężnego pancerza żółwia. Tak jest prawda i świetnie zdajemy sobie z tego sprawę. Dlatego strategia (pomysł na siebie) Kominka jest skuteczna. To przede wszystkim świadomość siebie. Cenny atut, nie wada.

Moje nawyki także są odbierane jako kontrowersyjne. Są ludzie, którzy to, co dla mnie wartościowe - to moje "wino", którym się upijam - za wszelką cenę zamienią w wodę.
Mówią mi, że jestem bez smaku, że jest mnie wszędzie pełno. 

Ostatnio dużo tweetuję. Robię to dla zaangażowania innych; nie tworzę galerii własnych myśli, bo mi na tym nie zależy. Chcę angażować. I tylko angażować.
Zatem co robię z tweetami, które w ciągu pół godziny nie poruszą nikogo?


Kasuję. 
A dla wielu usunięcie czegoś jest automatycznie jednym z przestępstw w mediach społecznościowych. Jednak to moja wolność, mój Twitter i moje zbrodnie.
Mam w nosie tych, którzy wiedzą lepiej, jak powinienem żyć. Mam w nosie tropiących mnie e-policjantów drogówki myślących, że są co najmniej oddziałem CSI.
Analogicznie działam na Facebooku. Nie ma reakcji = nie ma treści.
Potem przychodzi tzw. Specjalista ds. Social Mediów i wali we mnie pociskiem z kalibrem "cenzura". Muszę rozczarować wszystkich swoich "krytyków"... Jestem wtedy kuloodporny. 

Nic nie cenzuruję. Bo i ciężko jest ograniczyć dyskusje, których... nie było.

Przestań być więźniem swojego umysłu.
fot. twitter.com/therealbanksy
Arogancja, nonszalancja...
Nasze wady mogą być zaletami w mediach społecznościowych. Wspominam Ci często, że tego typu media pełne są paradoksów. Dlaczego?
Bo są zbudowane z nas... Jacy jesteśmy - wiemy tylko my. Społeczeństwo zna moc szczerości. Jednak ona nie blokuje tego, by stale mówić źle o nieobecnych...
Wiemy, jaka istotne są wartości, ale ciężko jest iść przez życie w zgodzie z nimi wszystkimi. To paradoksy.
I to jest najpiękniejszy z nich! Jednak czym tu się zachwycamy? "Wolnoć Tomku w swoim domku!" 

Tyle, że dla nas - influencerów - dom ten jest niemal z każdej strony przezroczysty. Dalej to my decydujemy kogo do niego zapraszamy i kogo z niego wypraszamy! I to w dogodnym dla nas czasie. 
Czy wyjdziemy wtedy na aroganta, czy prezentujemy nonszalancką postawę - to nasza sprawa. Nie musimy wysłuchiwać żartów, które nas nie śmieszą. Nie musimy być tam, gdzie nie chcemy. Nic nie musimy.
Bo blog to nasz internetowy dom. 

Jednak dla własnego bezpieczeństwa warto jest zaktualizować złotą zasadę "nie nie musimy" o "ale myślmy o konsekwencjach".

  • przejmujmy się tylko tymi, którymi warto się przejmować,
  • nie marnujmy czasu na nieistotne kwestie głoszone przez nieistotnych ludzi,
  • nie dajmy się sprowokować tanimi trikami będącymi rozrywką innych.


Mikołaj Nowak 

sobota, 1 listopada 2014

Personal Branding vs. Jedi Mind Trick [Tim Cook & Beyoncé]

Najprościej byłoby zacząć tę notkę od słów "coming out Tima Cooka to..." - jednak, nie.


Tim Cook
fot. businessinsider.com
Chodzi o wizerunek

Niedawno opublikowałem artykuł, nad którym pracowałem długo. Konsultowałem się z wieloma osobami, by porównać, sprawdzić i zrozumieć. Poruszyłem istotę Personal Brandingu w Social Mediach.

Burza wokół słów CEO Apple: "
jestem dumny z bycia gejem" - sprawiła, że inaczej spojrzałem na to publiczne wyznanie.
Jeżeli zarządzając technologicznym mocarstwem mówi, że jest dumny ze swojej orientacji seksualnej, to nie może to być przypadek. Bardzo odważny ruch Cooka zwróci uwagę na Apple w innych aspektach. Jak nie pomoże to na pewno nie zaszkodzi. Nie oszukujmy się - to wg mnie element przemyślanej strategii  doradców wizerunkowych. Wiele osób uważa sztukę budowania reputacji osobistej za lans i szukanie atencji. Nie chodzi o to. Główne skrzypce grają tu szczerość, otwartość i pokazywanie siebie takim, jakim faktycznie się jest.
Nie oszukujmy się  - każdy coming out osoby publicznej jest dziś elementem Personal Brandingu.

Rozumiem, że wielu z Was - moich czytelników - ten wniosek może zniesmaczyć.
Przecież nie wszystko w życiu musi być zaplanowaną strategią i przemyślanym działaniem.


Tak to się robi w USA

A w Polsce? U nas - po dziś dzień - Personal Branding kojarzony jest z czymś złym, 
z szukaniem poklasku. Większość utożsamia go wyłącznie z marketingiem politycznym i muzycznym. Na szczęście odpowiednie osoby przywracają równowagę. Abstrahując od kwestii wizerunkowych - chciałbym wierzyć w to, że dla każdego normalnego człowieka wyznanie Cooka jest... normalne. 

Umysł Jedi - triki i sztuczki

Rodzina Carterów - najpotężniejsi w show-businessie wg Forbes.
fot. Jason LaVeris via Getty Images
Znowu dostaje się pijarowcom, bo to ich obarcza się winą za manipulacje wizerunkowe.
Profesjonaliści wiedzą, że PR jest czysty i etyczny, wolny
od trików i manipulacji.
W tym roku światowe tabloidy żyły plotkami o rozwodzie ikon POP - 
Beyoncé i Jay'a-Z.
Lawina spekulacji ruszyła w czasie promocji trasy koncertowej pary - On The Run.
Małżeństwo nie komentowało doniesień, co podsycało apetyt paparazzich i tłumu.
Paradoksalnie przeszkodą okazał się ojciec piosenkarki (i jej sukcesu) - Mathew Knowles. To on powiedział mediom, że doradcy 
Beyoncé od lat stosują tę samą strategię: "Jedi Mind Trick"...
Polega ona na manipulacji opinią publiczną i "kontrolowanych przeciekach". 
Przemyślane działania mają za zadanie zwiększyć rozgłos i skupić uwagę na konkretnych osobach. Bilety na On The Run sprzedawały się w kilkanaście sekund. Nic dziwnego - każdy chciał zobaczyć, o czym wszyscy mówią. 
  • Czy to prawda, że para się nienawidzi i planuje spektakularny rozwód? 
  • Jak odnoszą się do siebie na scenie? 

Plotka głosiła, że ich uczucie jest czysto iluzoryczne. W rzeczywistości relacja miała być osadzona na fundamentach zarobkowych i pełna wzajemnej nienawiści.
Mechanizm jest prosty. P
odstawione osoby "z otoczenia piosenkarki" wysyłały zmyślone sygnały do mediów plotkarskich. Te - natychmiastowo - temat chwytają i rozbudowują o kolejne sensacje, by zwiększyć nakłady oraz ilości odsłon. Finalnie zyskuje na tym każdy, bo biznes się kręci. Z pewnością nie jest to czyste i etyczne. Jest po prostu skuteczne.
Mathew Knowles wspomniał, że takie triki były stosowane już kilka lat temu, za czasów zespołu Destiny's Child. Właśnie w nim karierę zaczynała Beyoncé.

Para Carterów jest bezkonkurencyjna w kwestii przychodów. Sam "Forbes" uznał ich za najpotężniejszych przedstawicieli show-businessu. 

Personal Branding vs. Jedi Mind Trick
Szczerość vs. Show

Plusy wyznania Cooka:
  • szczerość, otwartość, wsparcie mniejszości seksualnych,
Minusy:
  • reperkusje społeczne.

Plusy dla Beyoncé i Jay'a Z:
  • większy zysk, stałe bycie "na językach" = niesłabnąca popularność,
Minusy:
  • posądzenie o oszustwo i manipulacje w celach zarobkowych, uszczerbek wizerunkowy.

W obu przypadkach ryzyko jest duże.
Jedi Mind: gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, trzeba włączyć szczerość. Trzeba zrobić to, co od razu robią inni. 
Para zainterweniowała mocą małych gestów. Jedno przytulenie na gali MTV (fot. wyżej) zastopowało lawinę plotek. Akurat po zakończeniu trasy koncertowej...
Różni doradcy, to różne strategie. 


Którą drogę wybierasz dla siebie?
  • Szczerość od podstaw i konsekwentne budowanie reputacji w oparciu o nią?
  • Czy udział w festiwalu iluzji kosztem swojego wizerunku?

Na deser coś od Jacka Kotarbińskiego :-)



Mikołaj Nowak

Jeżeli masz pytania - zapraszam do kontaktu.