piątek, 1 listopada 2013

Mikołaj Nowak u Marka Stankiewicza / Rozmowy Strategiczne

Pełna treść notki - kliknij i wejdź na blog Marka.

Komentarz Mikołaja Nowaka:
"Nie zbawiam świata i nie mam się za „Jezusa mediów społecznościowych” w Polsce. Nigdy nie ewangelizowałem, jak bardzo media społecznościowe są potrzebne polskim markom – to byłaby strata czasu, który można wykorzystać lepiej – na przykład na rozwój. Po co jest mówić komuś, że coś jest dobre, jeżeli on nie zrozumie tego dopóki nie spróbuje? – to w kwestii typowego użytkownika sieci. To jak wmawianie komuś, że coś jest dla niego smaczne i powinien tego spróbować, bo wszyscy próbują… bo chcą więcej, bo tak. I to jeszcze za pieniądze na szkoleniach, konferencjach.
Ja aktualizuję dotychczas jednokierunkowo komunikujący się program. Jaką miałeś wcześniej interakcję z Faktami TVN? Czy coś mogłeś im – z domu – zasugerować, podpowiedzieć, podzielić się opinią? Tak, wysyłają e-mail, ale nie było to Twoje naturalne środowisko. Dziś takim środowiskiem >dla Internautów< są media społecznościowe. Tam stymuluje się kontakty, tam się je podtrzymuje, naprawia, niszczy. Tam to wszystko się zapisuje. Tworzy się historia naszych relacji. Marka może być elementem tej historii, może dostarczyć emocji i uczyć, pozwolić się z nimi zidentyfikować. Bo Social Media to nośnik – nie maszyna.
A jeżeli maszyna to wszyscy jesteśmy Egipcjanami, którzy swoim kosztem piramidę tę budują. Naczelna korzyść dla Użytkownika to bliskość. Za tym idzie możliwość zaprezentowania własnego zdania, później dialogu. Dokładnie taki sam model korzyści otrzymują marki."

Na pytanie czym różni się od innych podobnych sobie osób, Mikołaj mówi: "Dojrzałem. Skupiam się w 100% na swoich celach i staram się nie marnować czasu na lans w postaci bieganiny po wydarzeniach branżowych, eksajtowania się na blogu i podniecania tym, co Facebook ot tak „rzuci” na swoje grupy dla osób odpowiedzialnych za kontakty z Klientami. Korzystam jedynie z zaproszeń na te najbardziej treściwe wydarzenia, które mogą wnieść realne wartości do branży interaktywnej. Mnie nie kręcą standardy, nie lubię ich; Nie lubię rutyny i mechaniki obowiązków, która sprawia, że każdy dzień wygląda tak samo. Praca w newsach zagwarantowała mi dużą różnorodność i brak nudy zawodowej. Przeszedłem pełne przeszkolenie i poczułem to, co w 2005 roku – czuję, że to mój świat. Nie staram się też nikogo uszczęśliwiać na siłę swoją obecnością – każdy z śledzących mnie w mediach społecznościowych kliknął SAM „obserwuj” na moich profilach. Najbardziej irytuje mnie wysyp „specjalistów”, którzy uzurpują sobie prawo do bycia ekspertem. Przeczytali marketingowe elementarze i PRowe blogi, więc mianują się ekspertami. Taka własna odmiana „Komisji Macierewicza” branży interaktywnej. Moja praca ewoluuje, za kilka lat będzie nieodłącznym elementem każdej marki, firmy, człowieka. Dziś jeszcze tak nie jest – nie oszukujmy się. Ale żyjemy w czasach początków, gdzie każdy z nas jest prekursorem relacji i pewnych modeli mających na siebie wpływ. Jestem osobą, która słucha i tworzy na tej podstawie. Słucham i piszę nuty dla marki, którą się opiekuję. Konkretnie dla komunikacji wokół niej. Ktoś słucha mnie i działania te akceptuje. Jeżeli będzie taka możliwość to mam zamiar kontynuować to zadanie oraz wnieść jak najwięcej NIE siebie, ale OD siebie w tę dziedzinę. Bo już nie trend, co pokazał czas.
Boleję nad tym, że bardzo wielu specjalistów ds. społeczności wzięło się za tę działkę tylko dlatego, że jest modna. Nie mają podstawowych predyspozycji, jakimi jest empatia, cierpliwość i zdolność przynajmniej dobrej oceny sytuacji w kryzysowym momencie. Wg mnie to cechy zwyczajnie samorodne. Ich paliwo się wypali, a „kula śnieżna” mediów społecznościwych toczy się dalej."