piątek, 1 listopada 2013

Mikołaj Nowak o kryzysie... Blogera - w kontekście marki Sokołów.

(Prawdziwy) Kryzys marki Sokołów - i Blogera - w mediach społecznościowych - kliknij.

Komentarz Mikołaja Nowaka otwiera zestawienie opinii ekspertów:






Mikołaj Nowak, ekspert ds. strategii online w „Faktach” TVN:

Ponad dwa lata temu słynny bloger - Artur Kurasiński - powiedział „Nam więcej wolno, bo nie mamy kagańca. No kto nas może wyłączyć?” - proszę bardzo - wywołana do tablicy spółka Sokołów zjawia się i wyłącza. Dalibyście wiarę jeszcze 2 lata temu, że to tak się potoczy? Tak pokrótce można skomentować tę sprawę.

Od początku - z zaciekawieniem - przyglądałem się temu zajściu. Bez wątpienia jest to nauczka, a nawet precedens. Sokołów postawił się blogerowi i mimochodem potrząsnął polską blogosferą, w której zawrzało. Stworzyły się grupy wsparcia, które w wątpliwie ciekawy sposób solidaryzowały się z vlogerem - głównie szyderstwami i taniej jakości komizmem sytuacyjnym, satyrą. Fanpage pozywającego zalała fala hejtingu; paradoksalnie wszyscy „rzucali mięsem” bez konsekwencji, wspomagani skalą zdarzenia. I koło się zamyka. Jednak, gdy typowy Kowalski rzuci bluzgą - nie dzieje się nic…, ale gdy Kowalski komunikujący się z setkami tysięcy innych Kowalskich, na podstawie swoich iluzorycznie ważnych argumentów, odradza spożywanie produktów konkretnej marki dla Kowalskich - coś ma prawo się zadziać. Nie powinniśmy pozwalać na to, aby marki klękały przed blogerami, a trochę na to pozwoliliśmy i nastąpiło naturalne rozpasanie. Zaraz po nim brak kontroli.
Nie pierwszy raz w historii ktoś czuje się urażony i pozywa, ale pierwszy raz - w historii polskiego internetu sprawa nabrała taki impakt i odbiła się echem w innych mediach. Mało tego - blogosfera się podzieliła, a uzurpujące sobie prawo do bycia newsroomami serwisy quasi dziennikarskie miały pożywkę przez kilka dobrych dni…

Dzień, w którym vloger przeprosił Sokołów jest istotny dla polskiej blogosfery, gdyż przywrócił wiarę w odpowiedzialność za własne czyny i słowa. Świadomość o braku anonimowości w sieci jest silna i została solidnie zbudowana, ale dalej szwankuje odwaga cywilna oraz myślenie o konsekwencjach. Ogiński jest blogerem komercyjnym - posiada wycenę swoich usług, powinien wprowadzić zasady i konsekwentnie ich przestrzegać. Czy straciłby wtedy twarz? Nie. Czy Kominek stracił wartość w chwili, gdy przestał przeklinać i zmienił styl komunikacji? Nie. Internauci zaczęli przysłowiowo „rzucać mięsem” na facebookowej stronie Sokołowa, który wytrawnie milczał… bo niestrawna - w tej sytuacji - byłaby nachalna próba reanimacji wizerunku w kontekście orzeczonego pozwu. Co niby mieli napisać? „Pozywamy, ale i tak Was kochamy? Smacznego!”…
Warto podkreślić, że przeprosiny Ogińskiego byłyby oznaką słabości tylko wtedy, kiedy jego krytyka nosiłaby znamiona podstawnej i merytorycznej. Wiemy jednak, że tak nie było, co udowadniali eksperci - vloger nie miał prawa - na podstawie swoich domysłów - szerzyć nieprawdziwych opinii, które zaszkodziłyby producentowi. Zatem przeprosiny są konsekwencją niesłusznie upokorzonego przedsiębiorstwa. Analiza vlogera była nierzetelna, miała formę amatorską i - nawet zwykłemu widzowi - pozostawiła wiele do życzenia. Pozostało tylko oczekiwanie na konsekwencje swoich słów i czynów. I taki czas nadszedł.
Należy pamiętać, że za dziennikarzem z tradycyjnych mediów zwykle stoją koncerny medialne i potężne działy prawne - marki mają tę świadomość i wolą wydać pieniądze na reperowanie poniesionych strat niż sądzenie się. Poza tym ważniejszy jest fakt, iż żaden dziennikarz z mediów tradycyjnych nie podjąłby się osądzania marki na podstawie swojego mini-kuchennego show w pompatyczno-subiektywnej formie. (Choć są już dziennikarze z mediów tradycyjnych, którzy stąpają na granicy nagrywając vlogi, ale to inna sprawa)
O czym może świadczyć to, że Ogiński się ugiął? Przede wszystkim o braku przekonania do tego, co zrobił. Zwątpił w sensowność swojego porównania kulinarnego, gdyż eksperci pokazali mu, że to było głupotą i w rzeczywistości absurdem jest porównywać tatara paczkowanego z niepaczkowanym. Za głupotę się płaci, za przekroczenie granicy absurdu także. Paradoksalnie Ogiński zmiękł wtedy, kiedy zobaczył odszkodowanie, o które gotowe był walczyć Sokołów. Niestety - takie „cyferkowe” argumenty trafiają w przysłowiową dziesiątkę.

Sokołów miał prawo zareagować na krytykę swoich produktów pozwem sądowym. Pytanie tylko, czy musiał to robić? Wszyscy eksperci mówili wtedy, że to overkill, PR-owy „strzał w kolano”, bzdura, że źle. Nieprawda. Jeżeli mamy do czegoś prawo, to korzystamy z niego i powinno to być naturalne, co nie znaczy, że pozwy powinny być normą… Zawsze powinny być ostatecznością. Proszę zauważyć, że następuje regres w relacjach i odczuciach internautów odnośnie „tatarskiej afery”. Przyczyna jest bardzo prosta - skoro sam prowokator przeprasza, to dlaczego reszta miałaby toczyć boje w jego imieniu? Ogiński nie stał się symbolem walki i chęci udowodnienia słuszności swoich słów - za to stał się symbolem niewiarygodności, co stawia pod wątpliwość jego dużą popularność i autentyczność działań. Jak wiadomo - w blogosferze - autentyczność buduje popularność, więc jest na wagę złota.

Mikołaj Nowak