piątek, 1 listopada 2013

Mikołaj Nowak o kryzysie... Blogera - w kontekście marki Sokołów.

(Prawdziwy) Kryzys marki Sokołów - i Blogera - w mediach społecznościowych - kliknij.

Komentarz Mikołaja Nowaka otwiera zestawienie opinii ekspertów:






Mikołaj Nowak, ekspert ds. strategii online w „Faktach” TVN:

Ponad dwa lata temu słynny bloger - Artur Kurasiński - powiedział „Nam więcej wolno, bo nie mamy kagańca. No kto nas może wyłączyć?” - proszę bardzo - wywołana do tablicy spółka Sokołów zjawia się i wyłącza. Dalibyście wiarę jeszcze 2 lata temu, że to tak się potoczy? Tak pokrótce można skomentować tę sprawę.

Od początku - z zaciekawieniem - przyglądałem się temu zajściu. Bez wątpienia jest to nauczka, a nawet precedens. Sokołów postawił się blogerowi i mimochodem potrząsnął polską blogosferą, w której zawrzało. Stworzyły się grupy wsparcia, które w wątpliwie ciekawy sposób solidaryzowały się z vlogerem - głównie szyderstwami i taniej jakości komizmem sytuacyjnym, satyrą. Fanpage pozywającego zalała fala hejtingu; paradoksalnie wszyscy „rzucali mięsem” bez konsekwencji, wspomagani skalą zdarzenia. I koło się zamyka. Jednak, gdy typowy Kowalski rzuci bluzgą - nie dzieje się nic…, ale gdy Kowalski komunikujący się z setkami tysięcy innych Kowalskich, na podstawie swoich iluzorycznie ważnych argumentów, odradza spożywanie produktów konkretnej marki dla Kowalskich - coś ma prawo się zadziać. Nie powinniśmy pozwalać na to, aby marki klękały przed blogerami, a trochę na to pozwoliliśmy i nastąpiło naturalne rozpasanie. Zaraz po nim brak kontroli.
Nie pierwszy raz w historii ktoś czuje się urażony i pozywa, ale pierwszy raz - w historii polskiego internetu sprawa nabrała taki impakt i odbiła się echem w innych mediach. Mało tego - blogosfera się podzieliła, a uzurpujące sobie prawo do bycia newsroomami serwisy quasi dziennikarskie miały pożywkę przez kilka dobrych dni…

Dzień, w którym vloger przeprosił Sokołów jest istotny dla polskiej blogosfery, gdyż przywrócił wiarę w odpowiedzialność za własne czyny i słowa. Świadomość o braku anonimowości w sieci jest silna i została solidnie zbudowana, ale dalej szwankuje odwaga cywilna oraz myślenie o konsekwencjach. Ogiński jest blogerem komercyjnym - posiada wycenę swoich usług, powinien wprowadzić zasady i konsekwentnie ich przestrzegać. Czy straciłby wtedy twarz? Nie. Czy Kominek stracił wartość w chwili, gdy przestał przeklinać i zmienił styl komunikacji? Nie. Internauci zaczęli przysłowiowo „rzucać mięsem” na facebookowej stronie Sokołowa, który wytrawnie milczał… bo niestrawna - w tej sytuacji - byłaby nachalna próba reanimacji wizerunku w kontekście orzeczonego pozwu. Co niby mieli napisać? „Pozywamy, ale i tak Was kochamy? Smacznego!”…
Warto podkreślić, że przeprosiny Ogińskiego byłyby oznaką słabości tylko wtedy, kiedy jego krytyka nosiłaby znamiona podstawnej i merytorycznej. Wiemy jednak, że tak nie było, co udowadniali eksperci - vloger nie miał prawa - na podstawie swoich domysłów - szerzyć nieprawdziwych opinii, które zaszkodziłyby producentowi. Zatem przeprosiny są konsekwencją niesłusznie upokorzonego przedsiębiorstwa. Analiza vlogera była nierzetelna, miała formę amatorską i - nawet zwykłemu widzowi - pozostawiła wiele do życzenia. Pozostało tylko oczekiwanie na konsekwencje swoich słów i czynów. I taki czas nadszedł.
Należy pamiętać, że za dziennikarzem z tradycyjnych mediów zwykle stoją koncerny medialne i potężne działy prawne - marki mają tę świadomość i wolą wydać pieniądze na reperowanie poniesionych strat niż sądzenie się. Poza tym ważniejszy jest fakt, iż żaden dziennikarz z mediów tradycyjnych nie podjąłby się osądzania marki na podstawie swojego mini-kuchennego show w pompatyczno-subiektywnej formie. (Choć są już dziennikarze z mediów tradycyjnych, którzy stąpają na granicy nagrywając vlogi, ale to inna sprawa)
O czym może świadczyć to, że Ogiński się ugiął? Przede wszystkim o braku przekonania do tego, co zrobił. Zwątpił w sensowność swojego porównania kulinarnego, gdyż eksperci pokazali mu, że to było głupotą i w rzeczywistości absurdem jest porównywać tatara paczkowanego z niepaczkowanym. Za głupotę się płaci, za przekroczenie granicy absurdu także. Paradoksalnie Ogiński zmiękł wtedy, kiedy zobaczył odszkodowanie, o które gotowe był walczyć Sokołów. Niestety - takie „cyferkowe” argumenty trafiają w przysłowiową dziesiątkę.

Sokołów miał prawo zareagować na krytykę swoich produktów pozwem sądowym. Pytanie tylko, czy musiał to robić? Wszyscy eksperci mówili wtedy, że to overkill, PR-owy „strzał w kolano”, bzdura, że źle. Nieprawda. Jeżeli mamy do czegoś prawo, to korzystamy z niego i powinno to być naturalne, co nie znaczy, że pozwy powinny być normą… Zawsze powinny być ostatecznością. Proszę zauważyć, że następuje regres w relacjach i odczuciach internautów odnośnie „tatarskiej afery”. Przyczyna jest bardzo prosta - skoro sam prowokator przeprasza, to dlaczego reszta miałaby toczyć boje w jego imieniu? Ogiński nie stał się symbolem walki i chęci udowodnienia słuszności swoich słów - za to stał się symbolem niewiarygodności, co stawia pod wątpliwość jego dużą popularność i autentyczność działań. Jak wiadomo - w blogosferze - autentyczność buduje popularność, więc jest na wagę złota.

Mikołaj Nowak

Mikołaj Nowak u Marka Stankiewicza / Rozmowy Strategiczne

Pełna treść notki - kliknij i wejdź na blog Marka.

Komentarz Mikołaja Nowaka:
"Nie zbawiam świata i nie mam się za „Jezusa mediów społecznościowych” w Polsce. Nigdy nie ewangelizowałem, jak bardzo media społecznościowe są potrzebne polskim markom – to byłaby strata czasu, który można wykorzystać lepiej – na przykład na rozwój. Po co jest mówić komuś, że coś jest dobre, jeżeli on nie zrozumie tego dopóki nie spróbuje? – to w kwestii typowego użytkownika sieci. To jak wmawianie komuś, że coś jest dla niego smaczne i powinien tego spróbować, bo wszyscy próbują… bo chcą więcej, bo tak. I to jeszcze za pieniądze na szkoleniach, konferencjach.
Ja aktualizuję dotychczas jednokierunkowo komunikujący się program. Jaką miałeś wcześniej interakcję z Faktami TVN? Czy coś mogłeś im – z domu – zasugerować, podpowiedzieć, podzielić się opinią? Tak, wysyłają e-mail, ale nie było to Twoje naturalne środowisko. Dziś takim środowiskiem >dla Internautów< są media społecznościowe. Tam stymuluje się kontakty, tam się je podtrzymuje, naprawia, niszczy. Tam to wszystko się zapisuje. Tworzy się historia naszych relacji. Marka może być elementem tej historii, może dostarczyć emocji i uczyć, pozwolić się z nimi zidentyfikować. Bo Social Media to nośnik – nie maszyna.
A jeżeli maszyna to wszyscy jesteśmy Egipcjanami, którzy swoim kosztem piramidę tę budują. Naczelna korzyść dla Użytkownika to bliskość. Za tym idzie możliwość zaprezentowania własnego zdania, później dialogu. Dokładnie taki sam model korzyści otrzymują marki."

Na pytanie czym różni się od innych podobnych sobie osób, Mikołaj mówi: "Dojrzałem. Skupiam się w 100% na swoich celach i staram się nie marnować czasu na lans w postaci bieganiny po wydarzeniach branżowych, eksajtowania się na blogu i podniecania tym, co Facebook ot tak „rzuci” na swoje grupy dla osób odpowiedzialnych za kontakty z Klientami. Korzystam jedynie z zaproszeń na te najbardziej treściwe wydarzenia, które mogą wnieść realne wartości do branży interaktywnej. Mnie nie kręcą standardy, nie lubię ich; Nie lubię rutyny i mechaniki obowiązków, która sprawia, że każdy dzień wygląda tak samo. Praca w newsach zagwarantowała mi dużą różnorodność i brak nudy zawodowej. Przeszedłem pełne przeszkolenie i poczułem to, co w 2005 roku – czuję, że to mój świat. Nie staram się też nikogo uszczęśliwiać na siłę swoją obecnością – każdy z śledzących mnie w mediach społecznościowych kliknął SAM „obserwuj” na moich profilach. Najbardziej irytuje mnie wysyp „specjalistów”, którzy uzurpują sobie prawo do bycia ekspertem. Przeczytali marketingowe elementarze i PRowe blogi, więc mianują się ekspertami. Taka własna odmiana „Komisji Macierewicza” branży interaktywnej. Moja praca ewoluuje, za kilka lat będzie nieodłącznym elementem każdej marki, firmy, człowieka. Dziś jeszcze tak nie jest – nie oszukujmy się. Ale żyjemy w czasach początków, gdzie każdy z nas jest prekursorem relacji i pewnych modeli mających na siebie wpływ. Jestem osobą, która słucha i tworzy na tej podstawie. Słucham i piszę nuty dla marki, którą się opiekuję. Konkretnie dla komunikacji wokół niej. Ktoś słucha mnie i działania te akceptuje. Jeżeli będzie taka możliwość to mam zamiar kontynuować to zadanie oraz wnieść jak najwięcej NIE siebie, ale OD siebie w tę dziedzinę. Bo już nie trend, co pokazał czas.
Boleję nad tym, że bardzo wielu specjalistów ds. społeczności wzięło się za tę działkę tylko dlatego, że jest modna. Nie mają podstawowych predyspozycji, jakimi jest empatia, cierpliwość i zdolność przynajmniej dobrej oceny sytuacji w kryzysowym momencie. Wg mnie to cechy zwyczajnie samorodne. Ich paliwo się wypali, a „kula śnieżna” mediów społecznościwych toczy się dalej."


Komentarz Mikołaja Nowaka o reklamie natywnej...

Pełna publikacja - kliknij.

" - Reklama natywna? Spotkałem się z nią w 2008 roku, kiedy zaczynałem pracę w Onet.pl. - mówi Mikołaj Nowak, obecnie Fakty TVN. - W ofercie giganta (największe Biuro Reklamy online) od dawna były możliwości uszycia działań reklamowych bezpośrednio dla Klienta bądź nieinwazyjna forma "artykułu sponsorowanego", każdorazowo konsultowanego z konkretną redakcją. Zatem czy jest to nowość? W porządku, liczby mówią za siebie - "reklama natywna" ma być balsamem dla rozdrażnionego agresywnym displayem Internauty, ale to z pewnością nie nowość. A tak jest promowane. Co do jednego mam zastrzeżenia - czy reklama natywna nie podważa wiarygodności redakcji? Tu mam ambiwalentne odczucia. Są dziennikarze, którzy nigdy nie zgodzą się na lokowanie produktu bezpośrednio w ich materiałach. I chwała im za to, bo z poziomu konsumenta atakowanego outdoorem (Real), displayem (Virtual) i jeszcze via publikacje - zgłupiałbym. Weźmy taki New York Times, redakcję, która wyparła się reklamy natywnej deklarując, że nigdy nie będą jej oferować. Tak samo, jak w kuchni pewnych smaków nie wypada łączyć; w modzie - pewnych kolorów się nie zestawia; na przyjęciu - pewnych rzeczy nie wypada mówić, tak należy zastanowić się, czy reklama natywna jest dobrą i niezagrażającą formą komunikacji reklamowej z odbiorcą via dziennikarstwo - podsumowuje Mikołaj Nowak."

Chwila o legendach miejskich

W latach 90. i 00. wychowywałem się w szarym warszawskim blokowisku pełnym żywych legend, pełnym złych postaci i drobnych emocji szatkujących wrażliwość. Z pewnością księżniczki i książęta mieszkały gdzieś indziej. Multum historii i ja. Rozdarty. Jakby sam. Ale jedna z tych historii jest wyjątkowo silna.
Barbie.
Tak mawia się do dziś na tajemniczą kobietę, która wyróżnia się w osiedlowym tłumie. Jedno jest pewne - robi to nie tylko wyglądem. Jej nienaturalny, nabyty szyk, nikomu już niepotrzebna wykuta gracja, z którą każdą betonową płytę pokonuje jakby sunęła paryskim wybiegiem. Złośliwi twierdzą, że wygląda, jak "kwiat róży po burzy"; przesadzony makijaż - jak na wiek- zawsze zakręcone, spalone już loki. Popękane, ale soczyście różowe usta, jej rumiane do przesady policzki... Dla wielu jest nieestetyczna zupełnie jakby oni skropleni byli antybakteryjnym deszczem. Jej zmęczona życiem twarz, której blasku nie nada już nawet najlepszej jakości niestarannie wtarty pomarszczonymi dłońmi make-up. Jej ponad 60-letnie stopy nie znoszą już szpilek (choć niecałe 10 lat temu dziarsko nimi słała echo w betonowy eter). Teraz zwykłe kupione na pobliskim bazarku tenisówki przeplatające się z połyskującymi akcesoriami. Jej wzrost i sposób poruszania się zdradzają, kiedy zatrzymały się wskazówki. To ewidentnie epoka teatru i kokieterii, pozy i konwenansu, może awangardy i dżentelmenów chylących jej czoła. Tam nie było miejsca na mieszkanie w bloku dla klasy robotniczej. (Służewiec Przemysłowy)
Spekulowano, że była aktorką, której odebrano wszystko. Że nie wyszła z roli, więc zwariowała. Ale w całym swoim szaleństwie nikomu krzywdy nie robi...
Sunie po warszawskich osiedlach wpatrując się w ludzi swoim badającym wzrokiem. Czegoś szuka. Jakby.

Warszawa w każdej dzielnicy, na każdym osiedlu, ma - bądź miała - swojego wariata. Dziś tacy wariaci pojawiają się w medialnych dzielnicach-gettach, których członkowie nienawidzą się nawzajem.


Mowa nienawiści. Inny wymiar.
Ostatnio kilku Słoików eksajtowało się na swoich facebookach powiedzeniem "pier*ol Barbie, aż się zgarbi". Bohaterka tego tekstu słyszała to już 10 lat temu z ust obijających kolana na trzepaku 7-mio latków. Nauczyła ich tego "matka" - ulica. Bezwzględna, hartująca charakter.  Przynajmniej nie zabijała z byle powodu jak dzisiejsze - medialne - "Katarzyny".


Szorstki kocyk.
Dziś zobaczyłem ją w autobusie, przypadkiem. Kobieta-lalka. Jest w złej formie. Make-up miała taki, że Nolan powiedziałby o niej "dziewczyna Jokera"; Szminka wyraźnie przekraczała naturalny kontur ust, wesołe cienie nie współgrały z nastawieniem. Ale ona ma to gdzieś, jest silna, jest sama. I chora. Ziemista cera i zapadające się jak u Króla POPu oczy zdradzają to.
Podobno zmarł jej maź, podobno go miała, podobno pokonała raka, podobno była bogata, podobno została skazana na banicję w bloku z wielkich płyt, podobno i podobno. I setki bzdur. Barbie ma w sobie mrok i coś demonicznego, ale i coś pięknego - wolę walki. Nawet jeżeli to tylko program niesprawnie działającego umysłu.
Ilość upokorzeń, jaką wchłonęła przez dwie dekady może być przerażająca. Ona zaznała czystego hejtingu na długo zanim stał się modny. Ona zaznała go "w realu". Dziś modnie jest być hejterem, modnie jest hejtować rzeczywistość - a już najbardziej 'trendy' jest miażdżenie tego co się niegdyś współtworzyło!
Dziennikarze kiedyś mówiący w kółko do kamery za 150 000 zł dziś podniecają się aparatem za 150zł, którym zrobią ośmieszające ich w środowisku zdjęcia.
I jeszcze wmówią sobie, że rewolucję czynią.

Ewolucja.

Pojechałem specjalnie dalej, za nią. Jak sentymentalny stalker własnej ciekawości. I zobaczyłem coś niesamowitego!
Mijała ludzi, którzy niegdyś szydzili z niej; mijała ich jak Cesarzowa - z głową w górze, pewna siebie, wyprostowana. Ona nie uzurpowała sobie respektu innych - ona po prostu dziś go ma. A oni mówili jej "dzień dobry", jeden po drugim. Z szacunkiem. Siniaki na kolanach stały się bliznami na sumieniu. Jedna realnie zwariowana kobieta-legenda pokonała dziesiątki hejterów, ich negatywnych emocji, reperkusji swoich - dla nich - dewiacji modowych. Jej domniemana choroba psychiczna dziś jest tym, czym młodzi ludzie zachwycają się na blogach modowych. Jej odwaga przeraża i budzi szacunek. Każdy, kto słyszał przemawiającą Barbie (a można podsłuchać, lub usłyszeć) zaczyna mieć obawy co do jej choroby psychicznej. Dlatego dziś jest legendą.

Legendy w sieci.

Ci, których pamiętamy sprzed lat także wyszli poza kontury swoich ust - niczym innym by nie zaistnieli via łącze. Jednak istnieją inaczej. Czym różnią się od Barbie? Tym, że ona nie chciała stać się legendą. A oni wręcz tego pragną. Ale to ją nazwiemy wariatką, a ich tylko "freakami".

Napoleonie słyszysz mnie? Nie? To przeczytaj.

Tekst ułatwi Ci zrozumienie istoty komunikacji w mediach społecznościowych.

Artykuł ukazał się także na Brief.pl



Zostań Napoleonem w swoim biurze.

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że daleki jestem od pisania poradników. Raczej szorstko oceniam rzeczywistość i przygotowanie innych do niej mnie nie interesuje.
Jednak wpadłem na prosty pomysł porównawczy, który sprawi, że zrozumiesz na czym polega atrakcyjna komunikacja w mediach społecznościowych. To od Ciebie zależy, w jakiej kondycji i jakości będzie Twój przekaz w sieci.

Żywienie.
Starasz się zrozumieć, ale nie wiesz, na czym polega komunikacja via media społecznościowe? Zobrazuję Ci to na prostym przykładzie. Wyobraź sobie, że strona na Facebooku, G+, kanał na Twitterze, itd. to… Twój organizm. Aby działał dobrze powinieneś go odżywiać. Nie zapominajmy jednak, że odżywiamy się lepiej i gorzej, więc wyglądamy lepiej i gorzej.(„Jesteś tym, co jesz”) Optimum to pięć posiłków dziennie – tak twierdzą naukowcy. I tutaj następuje analogia, bo pięć wpisów dziennie na Twoim fan page to świat i ludzie. Z pomocą takiej częstotliwości – i umiejętnego rozkładania obciążeń treści wpisów (poważne, mniej poważne) jesteś w stanie przekazać kluczowe informacje i zdobyć opinie. Twitter wymaga więcej – mniejszych – dawek. Taka specyfika tegoż organizmu, ale przecież jesteśmy różni, prawda?
Jeżeli nie będziesz odżywiać się wcale – umrzesz. I tutaj znów wspólny mianownik – jeżeli nie będziesz dbać o swoje profile w mediach społecznościowych – one umrą; ludzie z nich odejdą, gdyż nie lubią znajdować się w martwym punkcie. Intuicyjnie szukają alternatywy i czegoś ciekawego dla siebie. Kluczowe – profil „konsumuje” i „rośnie”. Ale – i tu truizm – co nagle to po diable. Jedzenie jest konsekwencją głodu. Pamiętaj, że jeżeli podjąłeś się komunikowania z ludźmi via Social Media to musisz być konsekwentny.
W pierwszej kolejności musisz nauczyć się balansować.

Ćwiczenia, rekreacja.
Im ciekawsze rzeczy wykonujesz tym ciekawiej wyglądać będzie profil Twój lub Twojej marki. Nie chodzi jednak o proste pakowanie – fanów może kupić każdy i każdy wie, że to nie fair, daleko tej taktyce do etyki. Żyj kreatywnie i twórz rzeczy niepodrabialne. Wystarczą chęci >motywacja< – reszta idzie sama. To proste – zabiegi bardziej skomplikowane i złożone dają ciekawsze efekt i pozwolą Ci wyróżnić się w tłumie innych szablonów. Bo każdy profil to z początku szablon – od Ciebie zależy, jak go wypełnisz (rozwiniesz). Jeżeli nie potrafisz tego zrobić sam – zatrudnij „trenera”, czyli specjalistę. Unikaj jednak przeciążeń – za dużo rewelacji na raz i doznasz kontuzji; ktoś wreszcie napisze Ci, że starasz się być „fajnym na siłę” i choć wiesz, że nie dogodzisz każdemu to jednak pretensja ma nacechowanie negatywne. A od jednej pretensji gorsza jest garść pretensji – o to łatwo w tej materii. Ćwicz kiedy możesz, ruszaj się. Pamiętaj, aby nie przekombinować, gdyż stworzysz monstrum nieciekawe i nazbyt skomplikowane dla ludzi. Użytkownik wybiera prostotę; lubimy media społecznościowe także za to, że ich proste interfejsy pozwalają nam się skupić w pełni na tym na ludziach i komunikacji z nimi. Tam nie ma czego oglądać prócz nas samych. Pamiętaj, że w sytuacji awaryjnej nie biegnie się dalej… stań, uspokój się - musisz myśleć. Nie działaj spontanicznie – tak łatwo zrobić sobie większą krzywdę.
Niech Twoja komunikacja będzie po prostu wysportowana, smukła, niech jej linia (komunikacyjna) będzie wzorem dla innych, którzy na co dzień nie dbają o siebie.

Oczyszczanie.
Dla prawidłowego działania „organizm” musi być oczyszczany, więc czasem coś oddaje. Wiesz, co mam na myśli. Ale prócz rutyny chodzi o też detoksynację. Czasami musimy coś zmienić, sprawić, aby inni postrzegali nas pogodniejszych i weselszych. Zmiany na lepsze.
I jesteś w stanie to zrobić także w mediach społecznościowych. Jednak uważaj! „Suplement diety nie może być stosowany jako substytut(zamiennik) zróżnicowanej diety" :) Wracając do pierwszego zdania – nawet najlepiej prowadzony „organizm” coś oddaje. W przypadku komunikacji w mediach społecznościowych tym czymś mogą być wulgarne, chamskie i obsceniczne treści Twoich najgorszychodbiorców. Powinieneś być zawsze dobrym duchem dyskusji i treści te kasować. Spuszczaj wodę na trolli, którzy nie potrafią dyskutować normalnie, a ich jedynym celem jest zdezorganizowanie Twoich działań. Niech płyną na fali swojego hejtingu gdzieś indziej. Dbaj o swoich odbiorców, gdyż nie będą oni chcieli zostawiać Ci opinii w rynsztoku. Media społecznościowe to korzyści dwustronne.


Gorsze samopoczucie.
Źle się czujesz? Dopada Cię apatia? Każdy ma chwile słabości – to normalne, każdy popełnia błędy, ale nie chodzi o to, by w newralgicznej sytuacji owijać w bawełnę. Społeczność to wyjątkowo wrażliwy organizm. W równym stopniu potrafi dać z siebie wiele dobrego i złego. Nie zapominaj sporej barierze, która sprzyja odwadze użytkownika. Do tego >społeczność w sieci< potrafi się niesamowicie nakręcić do działania. Pamiętaj po prostu, aby nie wkładać kija w mrowisko.  To tak, jakbyś głaskał kota pod włos – drapnie. Ty chcesz dobrze, zapomnisz się, a on i tak drapnie, bo nie zna Twoich intencji.
Media społecznościowe nie lubią rutyny, sztywności, ale tolerują pewne konwenanse. Jakakolwiek próba ustrukturyzowania tej machiny kończy się fiaskiem, który potem szanowna „Branża Social Media” przekuje w kryzys. Bo najłatwiej się wylansować w kontekście czyjejś porażki i argumentu naczelnego „co by było gdyby”. Negatywne emocje niosą się po sieci i odbijają echem.Niestety, ale najwięcej pozytywnych emocji w sieci jest na YouTube w postaci filmów „dobro wraca”. Na forum dominuje nastrojowość, ironia i łapanie się za łby. Jeżeli popełnisz błąd – poniesiesz tego konsekwencje. Co gorsze - może być to szereg konsekwencji. Uważaj, ale też nie daj się zwariować nadgorliwą ostrożnością.

Urozmaicenia, słodycz.
Od czasu do czasu możesz poflirtować z kimś. Jednak uważaj – nie każdy może mieć na to ochotę, a Twoja wybranka nazywa się „społeczność” i nie jest łatwa. Flirtuj ostrożnie, intryguj, dawaj palec – ale nie rękę. Nie zdradzaj wszystkiego. Wzbudzaj zaciekawienie. To jest sexi i umiejętnie poprowadzony dialog – z nutą pikanterii – sprawi, że Twoja komunikacja będzie atrakcyjniejsza dla odbiorców. Pamiętaj tylko, żeby nie pchać im się do łóżka…  Nachalność via Social Media nigdy nie ma pozytywnych skutków.

Planuj, organizuj i wytyczaj.
Życie bez celu traci sens – zatem wytyczaj cele i planuj! Organizuj sobie to, w jaki sposób będziesz chciał nawiązać relacje z budowaną wokół siebie społecznością. Dobra organizacja to podstawa sukcesu. Doskonale wiesz, że będąc przygotowanym na wiele sytuacji łatwiej jest przez nie przebrnąć. Media społecznościowe to skomplikowany system relacji i zbiór cech w >z pozoru niegroźnej< materii – ale możesz do niego podejść strategicznie. Jeżeli nie czujesz się na siłach – bo po prostu się na tym nie znasz – zatrudnij kogoś, kto poprowadzi Twój okręt do pierwszego wytyczonego celu – nie pozostawiając go na mieliźnie, lub – co najgorsze – rozbijając. Nie budź w sobie Napoleona, jeżeli czujesz, że go w Tobie nie ma. Powodzenia.
Dbaj o siebie, wtedy także dbasz o innych.
Postaraj się, aby Twoja komunikacja miała unikatowe DNA.
Dostałeś garść tego, co Ci bardziej doświadczeni od Ciebie nazwą truizmamiczęsto zapominając o ich mocy.
To, co najprostsze leży na wyciągnięcie ręki. Determinacja, koncentracja, balans – to Twoje klucze do sukcesu w mediach społecznościowych.


Mikołaj Nowak