środa, 25 grudnia 2013

Filozofia nicków, czyli jak Cię widzą tak CI piszą

1. Czy w dobie oznaczania oficjalnych kont via serwisy społecznościowe konieczne jest dopisywanie "official" do nazwy ekranowej / nicka?
2. Czy kiedykolwiek w ogóle było potrzebne?

3. Szpeci, czy pomaga?
4. Co daje, a co odbiera?


Jak zacząć? 

Na początek kilka przykładów z różnych światów i serwisów + moja opinia:


Źle - dodanie "office" do nicka sugeruje mało przyjemny w mediach społecznościowych fakt aktywności biura Tony'ego Blair'a, a nie jego samego. Social Media charakteryzują się m.in. tym, że jesteśmy w stanie nawiązać dialog bezpośrednio z osobą publiczną. Przed ich epoką nie mieliśmy takiej możliwości, tego komfortu. Nawet jeżeli kontakt ten jest tylko iluzorycznym wrażeniem stwarzanym przez biuro polityka / gwiazdy / osoby publicznej to warto pamiętać o tym, że media społecznościowe nie są słupem ogłoszeniowym. Naczelna cecha to możliwość dialogu przekładająca się na korzyści - jednak trzeba wiedzieć, jak działać, by je osiągnąć.

Tony Blair na Twitterze / Źródło Twitter.com 

Na Twitterze możemy wywołać konkretną markę, lub osobę wpisując jej nick poprzedzony znakiem @. Ten dość popularny zabieg gwarantuje nam wyświetlenie monitu w strumieniu interakcji u osoby, do której piszemy. "@tonyblayoffice, what do you think about..." - brzmi i wygląda nienaturalnie, a media społecznościowe to naturalność. Internauci w moment diagnozują fakt jedynie uzurpowania sobie prawa do naturalności poprzez tanie sztuczki marketingowe. Cała prawda o Social Mediach brzmi dość logicznie - Twoi odbiorcy zaangażują się w przekaz tak, jak Ty sam się w niego zaangażujesz. 


Jeżeli już musisz - jako operator profilu - stwarzać pozory pisania za kogoś to rób to dobrze. Jeżeli nie musisz - dodaj office. Ale wcześniej określ, czy angażujesz się w przekaz i zależy CI na zdaniu odbiorcy, lub nie. Jeżeli nie - czy oby na pewno powinieneś być dla samej obecności? Media społecznościowe to też integracja; tworząc konto stajesz się integralnym elementem systemu. Jesteś jak atom. Ale Twoja komunikacja powinna docierać z siłą wybuchu atomowego.
Możesz pomyśleć sobie "Tony Blair to polityk najwyższego formatu, powaga funkcji zobowiązuje" - i masz rację! Ale popatrz na Baracka Obamę; jego przykład pokazuje, że chcemy - a nawet wymagamy - także od polityków luzu, naturalności, ludzkich odruchów i jak najbardziej prawdziwej sylwetki i postawy w wirtualnej materii.

Wszystko ma znaczenie; każdy aspekt, każdy bodziec składa się na sukces lub jego brak.

Dobrze - Barack Obama na Twitterze; po prostu @BarackObama - superprosty adres i "wywoływacz". Bez zbędnych "office", czy "official". Pierwsze wrażenie - prezydent USA we własnej osobie. (Nawet jeżeli konto prowadzone przez jego biuro prasowe)
Bo liczy się wrażenie, a pamiętaj o truizmie - pierwsze wrażenie robisz tylko raz. Także w Social Mediach, które Obama wydaje się mieć opanowane do perfekcji:





Barack Obama na Twitterze / Źródło Twitter.com 

Warto wspomnieć o tzw. front cover, który Obama ma, a Blair nie.
Prowadząc komunikację w mediach społecznościowych staraj się być perfekcyjny i jeżeli możesz wykorzystać jakieś pole - zrób to. Perfekcja zawsze się opłaci, Twój odbiorca to doceni.

Kolejny przykład, zmieniamy kaliber:


Show Bussines to inne reguły gry, a media społecznościowe są idealne dla gwiazd i celebrytów. Liderką zaangażowania na tym polu są osoby - delikatnie to ujmując - wiele odsłaniające i zachowujące się inaczej niż przystoi. Mowa o Lady Gaga, Miley Cyrus, czy Rihannie.

Dobrze - Rihanna na Twitterze. Po prostu @rihanna i superprosty adres, który można bez problemu zapamiętać i podawać dalej, umieścić na płycie, czy plakatach:


Rihanna na Twitterze / Źródło Twitter.com 

Piosenkarka mogłaby uczyć niejedną polską agencję Social Media! (Albo jej agencja...)
Rihanna, Lady Gaga, Miley Cyrus (i wiele innych gwiazd POP) mają samorodny talent marketingowy, dzięki któremu angażują silnie, bo są naturalne. Nie zapoznawały się z elementarzami marketingowymi, a nawet jeżeli ich dialog w sieci to jedna wielka iluzja - David Copperfield powinien czuć się zagrożony. Także zespół Rihanny - i ona sama - nie stosują oznaczeń "official", gdyż unikatowy content dodawany na przynależne kanały sugeruje to, że nikt się za piosenkarkę nie podaje.


Polska branża mediów społecznościowych to fabryka contentu dla marek.
Świadomość faktu, że osoba także jest marką jest zerowa dlatego tzw. Social Media Celebrity w naszym kraju kuleje. Za to mamy wysyp hybrydy narcyzmu z egoizmem zwanego mylnie Personal Brandingiem. Naturalność polityków na Twitterze aż prosi się o to, by wreszcie zacząć działać i budować świadomość i w tym segmencie. 



Kontrowersyjny tweet posła Pięty. Źródło: TVN24.pl



Skandaliczny tweet Piotra Guziała, polityka chcącego odwołać prezydent stolicy HGW.
Źródło: Twitter.com


W kontekście tematyki tej notki należy pochwalić pana Guziała za twitterowy nick.
Jednak w kontekście jego aktywności na Twitterze - jedynka. 

Stosuj zasadę Brzytwy Ockhama.

Niektóre wartości obronią się same. Jeżeli masz w planach operowanie unikatowym contentem możesz być pewny, że dodatek "official" jedynie oszpeci Twoją nazwę ekranową. Najlepsza jest prosta formuła - imię i nazwisko / nick. Jeżeli nie masz takiej możliwości (są już zajęte) - bądź sprytny. Z pewnością znajdziesz coś, co Cię wyróżni i sprawi, że Twój nick będzie praktyczny w mediach społecznościowych, aby Twoi odbiorcy swobodnie nim operowali. Paradoksalnie - właśnie w nich - minimalizując maksymalizujesz.


Kreuj dialog, nie bój się szaleństwa!

Zaskakuj, twórz - minimalizuj używanie stocków. Zaufaj mi - Internauci bardziej docenią unikatowe - stworzone specjalnie dla nich - zdjęcie niż to, które już mogli gdzieś widzieć.
Uprawiałeś kiedyś sporty ekstremalne? Dialog w mediach społecznościowych powinien być ekstremalnie dobry i pełen ciekawych trików, także elementów zaskoczenia. Wyczuwaj chwilę i uderz wtedy, kiedy warto to zrobić; kojarz komunikację z wydarzeniami, które mają wpływ na Twoich odbiorców. Oni nie uciekną od ważnych wydarzeń w kraju i na świecie, zmian pogody, sportowych emocji czy świąt. Nazwałem to zasadą Contentu Behawioralnego i stosuję ją w prowadzonych przez siebie projektach komunikacji długofalowej - zwłaszcza u Gwiazd. Czasem jest to komunikacja brawurowa, ale przypomina jazdę sportowym autem - musisz wiedzieć, kiedy nie przegiąć, bo skutki mogą być tragiczne.
Jednocześnie wiesz, że powinieneś dostarczyć swojej społeczności coś, co ją zadowoli, porwie w wir dyskusji i chęci pokazania tego, co wykreowałeś dalej ("szerowanie"). Społeczność jest organizmem - musisz się w niego wsłuchać; Ona ma swój rytm, swoje nawyki i przyzwyczajenia. Ma też swoje wady - musisz je poznać. Jesteś diagnostą, a skoro taki wybrałeś zawód to wykonuj go dobrze. Zadziwiaj innych swoją perfekcją.

  • Pamiętaj, że już na starcie możesz popełnić błąd złym wyborem nazwy ekranowej - na  Facebooku, Twitterze, Instagramie, itd;
  • Pamiętaj o zasadnie odzwierciedlenia zaangażowania i Brzytwie Ockhama; 
  • Pamiętaj o paradoksie maksymalizowania przez minimalizowanie. Konkrety; 
  • Pamiętaj o kojarzeniu dialogu z ważnymi wydarzeniami mającymi wpływ na Twoich obserwatorów / fanów;
  • Pamiętaj, że Social Media nie są słupem ogłoszeniowym - bądź gotowy na interakcje, bo gotowość ta świadczy o Twoim profesjonalizmie. 

Powodzenia,
Mikołaj Nowak

poniedziałek, 23 grudnia 2013

"super luz i już Setki bzdur i już"

Polacy to naród łowny - lubią zarzucać. A im wędka dłuższa i haczyk większy tym lepiej, a że na bezrybiu i rak ryba...

Imputuje mi się, że jestem intruzem Blogosfery. Ale ja się nim nie czuję.
Mam tak, że widzę i opisuję - jak prawdziwy Bloger.

Jestem w stanie rozpoznać pozera, który imaginuje i opisuje, a potem wypiera się, że jego publikacje nie powinny stać na półce 'Science Fiction'. Bo wg mnie prawdziwy blog to prawdziwe emocje; to opisywanie ich w taki sposób, abym mógł zamknąć oczy i wyobrazić sobie to, co autor chce mi przekazać - bez wsparcia w postaci dyskusji z nim via media społecznościowe.
A w większości Ci najgłośniej krzyczący w Blogosferze to 'super luz i setki bzdur'.


Czy można uzurpować sobie prawo do bycia blogerem? Owszem.
Bo być blogerem = być modny. A mody = ciekawszy. To jak motyw.

Często porównuje się blogerów do dziennikarzy i nie chcę tu zaczynać tego wątku, bo to temat dla psa do kręcenia za ogonem. Jednak skoro dziennikarz może być lepszy albo gorszy to z blogerami jest podobnie.
Ja bojkotuję tylko kiepskich blogerów. Paradoks tego działania polega na tym, że Ci kiepscy wg mnie uważani są za niekiepskich przez ogół. A ogół ten winduje ich na pierwsze miejsca rankingów. Jednak spokojnie - jesteśmy dla siebie nieczytelni nawzajem.

Uważam, że mam gust; publikacje i książki, które czytam są niebagatelne i wymagają zaangażowania umysłu, by prawidłowo odczytać to, co autor miał na myśli. Mimochodem zaczynam tego samego wymagać od swoich czytelników; chcę być rozszyfrowywany, bo bycie takim czyni mnie ciekawszym.

Nie lubię umysłowej tandety, tekstowego kiczu, publicystycznych Lady Gaga'ów, i zamaskowanych myślących, że blog to tęcza, za którą jest garnek złota.

Bloga zaczyna się pisać, gdy ma się coś do przekazania.
Nie daj się zwieść - jeżeli ktokolwiek zaczyna blogować od wykupienia domeny i dopieszczenia zakładki "współpraca" - to nie bloger. To jakiś pozer, który zwęszył poszlaki i myśli, że są one kluczem do lepszego życia. Propozycje współpracy pojawiają się wtedy, kiedy ktoś na nie zapracuje. A nie, gdy na starcie chce się dotknąć mety.


Przez mój talent do głośnego precyzowania myśli zyskałem miano "hejtera blogosfery".
I teraz każdemu dupkowi, który utrwala tę bzdurę dedykuję:

I nawet kiedy będę samNie zmienię się, to nie mój świat 
Przede mną droga którą znam,Którą ja wybrałem sam 
Tak, zawsze genialny Idealny muszę być I muszę chcieć, 
super luz i jużSetki bzdur i już, to nie ja
Bo większość blogerów to kwintesencja luzu i setek bzdur. 

niedziela, 15 grudnia 2013

Zanim znienawidzisz.

Wirtualny świat bez kontroli, w którym absolutnie każdy może wyrazić swoją opinię i doznać ekstazy bezkarnej nienawiści. To właśnie ona odciska w internecie piętno, dlatego większość przypadków pomocy i dobroci via łącze odbieranych jest, jako spektakularne. Ostatnia batalia sieciowa – Wegetarianie vs. Mięsożercy pokazuje, że nie dorośliśmy do dyskusji w sieci. Żadna ze stron nie miała empatii, a internet stał się ich własną odmianą Wietnamu. Abstrahując już od faktu, że pod zdjęciem zapakowanego w folię prosiaczka swoją złość na całe zajście wylewały osoby, które po odejściu od komputera serwowały dzieciom kanapki z szynką na kolację. Sieć demaskuje także hipokryzję będącą uzupełnieniem – integralnym elementem – nienawiści. To naczelne problemy szczególnie młodych użytkowników, którzy traktują nienawiść, jako sterownik zachowania w internecie oraz unikatowy styl. „Pojechać komuś“ – to przecież takie trywialne i modne; „pohejtować“ rzeczywistość bez żadnych konsekwencji – skoro wirtualna rzeczywistość to i następstwa muszą być wirtualne.
„DILIGERE ME NON DEBES SED COGNOSCE ANTE ODIARE ET DIFAMARE INIUNGAS” (Spokojnie – to łacina, nie „Googleuj” – wszystko wyjaśni się na końcu felietonu).
Hejtowanie stało się modne. Jest nieprzyzwoite, ale co z tego? Przecież internet to nie bankiet, a moda też nie musi być przyzwoita. Według mnie prawdziwym problemem jest to, że dorosłe społeczeństwo nie odróżnia konstruktywnej krytyki od hejtowania. Aktualnie poziom samokrytyki w e-narodzie spadł tak nisko, że każda prawda objawiona o nas w sieci to „hejt“. Wystarczy komuś napisać „prosto z łącza“, że odbiega od pewnego schematu i automatycznie zostaniemy posądzeni o nienawiść. Może zamiast konturów widzimy blur?
Często jest tak, że to, co jest dla nas nieczytelne buduje niechęć, wręcz nienawiść. Ubóstwo, odmienne poglądy, polityka… pewnych zachowań i sterujących nimi mechanizmów po prostu nie rozumiemy. Gorzej, bo – jako myślące społeczeństwo – nie chcemy ich zrozumieć.
Wychowałem się w bloku – szarym i brudnym od miejskiej rutyny. Nocą po jego betonowym kręgosłupie niosło się pasmo różnych dźwięków; - Kiedyś, wsłuchując się w absolutną ciszę eteru można było usłyszeć szelest gniecionego  w złości papieru. Ktoś coś pisał, komuś coś nie wyszło.
„Jutro też będzie taki sam dzień” – matki spuszczą swoje beztrosko chowane dzieci ze smyczy, by pod pretekstem wyjścia z nimi na spacer spotkać się z kółkiem wzajemnej adoracji. Zgrupowania te miały na celu zwykle palenie papierosa za papierosem i handel plotkami, walutą „news za newsa”. Dochodzące do nich znudzone pociechy odbijały się od firewalla matczynych słów „no idź się jeszcze pobaw z innymi dziećmi!“. Dziś dzieci te spuszczają ze smyczy swoje myśli w internetową otchłań, a jakiekolwiek próby wyperswadowania im, że krzywdzą napotykają się z firewallem „nic mnie to interesuje, niech nie czyta“. Agresja w wirtualnej przestrzeni to realny problem!
Otoczenie nas kształtuje i czyni miękkimi albo szorstkimi. Potem my kształtujemy otoczenie na podstawie własnych doświadczenień. To miesza się nieznośnie jak wątek młodego internauty z dojrzałym - w tym felietonie - myślisz, że to przypadkowe?
Dziś nie trzeba wyostrzać zmysłów i szukać plotek – przekazy przychodzą same i nieproszone wdzierają się do naszych umysłów. Nieważne, czy mamy lat 15, czy 35 – atakowany informacjami umysł zacznie się gubić. Wiemy wszystko i nic. To samo tyczy się szacunku. Szanujemy wszystko i nic. Wszędzie pełno informacji. Wszędzie pełno frustracji, kogo tu szanować? Starzy głupieją, młodzi głupieją - to powoduje, że nie mamy już co do nich stosunku ambiwalentnego. Albo kochamy, albo nienawidzimy.
Jesteśmy wolni tylko w wersji „niby”. Tak naprawdę większość z nas – tych zdolnych, wykształconych – to niewolnicy kredytów, korporacji, braku asertywności, kiepskich relacji, mediów społecznościowych i nowoczesnej techniki. Podświadomie zdajemy sobie z tego sprawę, a nasza gorycz znajduje ujście właśnie w sieci. Tam konieczność opiniowania spotyka się z anonimowością. Dla jednych to forum, dla innych ring. Z kolei nasze dzieci są niewolnikami systemu, szkoły i hierarchii wartości wpajanym im, jako „elementarne”. Bunt jest jak kofeina – uwalnia się po konkretnym czasie i delikatnie rozchodzi po organizmie – od stop do głów. Przepełnia nas. Nieporadni logujemy się do rzeczywistości, w której nie dość, że kreujemy świat to jeszcze możemy dać upust emocjom. Szary blok, który opisuję wyżej znajduje się na osiedlu dziś „zreformowanym”. Ci niegdyś przepełnieni nienawiścią ulicy >nastoletni terroryści systemu< dziś dojrzeli, założyli rodziny, zamienili jakość wartości. Zamiana jak z VHS na Blu-Ray. Nie hejtowanie im w głowie, a już na pewno nie w sieci. Przynajmniej oni wiedzą, że najważniejsze sprawy załatwia się wprost i nie odzywa się niepytanym. To wychowankowie solówek w pobliskich parkach i czasów, w których by komuś dokopać trzeba to było zrobić dosłownie. Ale uwaga… ktoś mógł przecież oddać, więc rodziło się ryzyko. W sieci nikt Ci nie odda – chyba, że słowem - to wzmacnia odwagę i stymuluje internetowych hejterów. Kiedyś przeczytałem zdanie, które mnie rozbawiło – „gdzie są te piękne czasy, kiedy ludzi kulturalnie zrzucało się ze schodów?” – była to odpowiedź na ostrą internetową polemikę, której bohaterowie rozbijali już swoje argumenty o bramy prywatności. Było to najlepsze co ktoś wtedy mógł napisać – dyskusja ucichła.
Pojęcie dzisiejszej wolności słowa w sieci jest dziwne, jakby nie miało żadnych restrykcji prawnych. Bo i jak wolność miałaby sens z ograniczeniami? A jednak. Najlepsze restrykcje broniące konstruktywnej wolności słowa to kultura osobista, przyzwoitość i wyczucie chwili. To one stoją na straży sensowności opinii.
- Ta dziwna wolność czyni z polityków ekspertów ds. katastrof lotniczych, a ich bilet na przelot to dowód kompetencji;
- Ta nierozumiana wolność czyni z 40 milionów obywateli ekspertów ds. ekspertów, piłki nożnej i relacji z Rosją;
- Ta kuriozalna wolność krzyczy z billboardu „weź kredyt i spełniaj marzenia”.

A na koniec doskonały cytat jednego z moich ulubionych twórców sztuki, który - mimo krytycznych opinii – nadal realizuje to, co lubi – tworzy pomniki Jana Pawła II. Nieżyczliwi ludzie zarzucali mu już „taśmowe“ podejście do papieża, jednak on odpowiedział im pięknie, subtelnie i klasycznie:
"NIE MUSISZ MNIE LUBIĆ, ALE ZANIM ZNIENAWIDZISZ I ZNIESŁAWISZ - POZNAJ" – Artysta Czesław Dżwigaj. Cytat ten zamyka książkę Dźwigaja z własną poezją religijną.

Mikołaj Nowak

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Umiar Król, niech żyje Król - Felieton Mikołaja Nowaka na portalu WirtualneMedia.pl

Tekst ukazał się także na portalu WirtualneMedia.pl


Najgorętsze wydarzenia na scenie politycznej w tym roku chyba mamy już za sobą. Rekonstrukcja i wpadki… o tak - dużo wpadek. Kilka dni temu gościem w programie Moniki Olejnik była Małgorzata Tusk i to co mówiła zwróciło moją uwagę na medialną rolę podobnych postaci.

To nie nowość – akurat żony polityków są zaślubione także z generowaniem sensacji o swoich mężach. Ameryka uwielbia słuchać, gdy Michelle Obama zdradza kulisy z życia Baracka.Małżonka premiera zdradzała detale z jego niepolitycznego życia - wielu na to czeka, wielu też kompletnie to nie interesuje. Ciężko jest mieć stosunek ambiwalentny do słów Pani Małgorzaty.
Ale nie można obojętnie przejść obok łez wzruszenia…
Ale to wielki świat, przejdźmy do rodzimej krainy płonącej tęczy. Wywiady to integralny element pracy polityka - jego funkcja jest służebna społeczności, więc via Q&A przekazują informacje rodakom. Inaczej jest z ich bliskimi - dla nich wywiad to opcja; mogą z niej skorzystać, ale gdy odmówią nikt nie uzna tego za faux pas i (raczej) teorii spiskowej nie dorobi.
Polityk powinien skupić się na konkretach, ale jego druga połówka może zdradzać kulisy – to dobry układ i silna energia. Przecież życie polityka pokazane „od kuchni” może mieć szczególny wpływ na postrzeganie jego samego. Pokazała to chociażby ostatnia sytuacja z posłami: Wiplerem i Hofmanem.
Wywiad z Małgorzatą Tusk dostarczył wiele wrażeń. Szczególnie Prawicy w Internecie.
Małgorzata Tusk: „mąż płacze oglądając Króla Lwa”
Tak, to cytat ze wspomnianej audycji. Poprzedziła go słowami: „płacze w sposób bezsensowny”.
I tu się zgubiłem, bo nie wiem, czy to miała być pogarda, czy prezentacja ludzkiej strony premiera?
Szczerość ponad wszystko - rzucić chce się truizmem – lecz w programie na żywo obowiązywać powinny nieco inne reguły gry. I z przyjęciem takiej właśnie szczerości mam problem.
Według mnie autentyczność tego zabiegu była na równi ze szczerością dwuletniego napisu „nowe lampy” na szybie salonu z solarium.
W całej sytuacji jedno jest pewne – na Królu Lwie nie płakałby słynący ze swojego uwielbienia do polowań prezydent Komorowski.
Pierwsza Dama – Anna Komorowska – także chętnie dzieli się z opinią publiczną faktami ze wspólnego życia, ale w mówieniu o emocjach pozostaje oszczędna. Zna umiar?
„Jak Twoja mama mogła to zrobić Twojemu tacie?”
Ponoć tak Internauci reagują na książkę żony premiera pt. „Między nami”. Ponoć sam premier nie jest z niej do końca zadowolony, zatem między nimi może być coś, co neguje ewentualne posądzenie o stosowanie zabiegów piarowych przez Panią Małgorzatę. Czy na pewno?
Strategia, PR.
Druga połówka może ocieplić wizerunek polityka mówiąc to, czego jemu powiedzieć nie wypada. Teoretycznie, informacje te niewiele wnoszą do naszego życia, ale mają wielkie ładunki emocjonalne. Michelle Obama – w wywiadzie dla portalu RedBook.com – zapytana o to, w jaki sposób kontaktuje się z Barackiem w trakcie jego kampanii odpowiedziała, że „nigdzie nie ruszają się bez swoich Blackberry i kontaktują się stale”.  To dobry znak dla przyszłych wyborców .
Wyobrażacie sobie, że Donald Tusk – premier Polski – mówi w programie publicystycznym "płakałem na Królu Lwie"?  To wyobraźcie sobie też co mówi opozycja przywołująca płacz ludzi biedy i zarzucająca infantylność.
Dawkowanie informacji, czyli UMIAR.
Należy precyzować swoje myśli, aby merytoryczna rozmowa nie stała się łzawym spektaklem.
Chyba, że odbiorcy oczekują od polityków merytorycznych wypowiedzi, a od partnerów festiwalu emocji, zdradzania kulis życia prywatnego w tabloidowej formie?
Wspomnienie wzruszenia na "Królu Lwie" nawiązuje do wydarzeń animowanych i trochę wychodzi poza linię. Szczególnie w kraju, w którym każdy aspekt wykorzystuje się, jako możliwość uformowania pocisku i wymierzenia go w przeciwnika. Choć pocisk w postaci szyderstwa z wrażliwości premiera wydaje się kiepski, to jednak ładunek emocjonalny kryje w sobie ogromny.
Jego apogeum miało miejsce właśnie w programie "Kropka nad i", a fala uderzeniowa wyrzuciła następnego dnia tony ironii w sieci w postaci: memów, złośliwych komentarzy, szyderstw.
A może to było celowe...
Sondaże w dół, nazbyt szczera w mediach żona i córka blogerka… Jedno jest pewne – premier nie ma łatwego życia. Jednak odbiorcy Małgorzaty Tusk są zupełnie inni niż odbiorcy premiera – w kwestii przekazu. Wymagają od nich czegoś zupełnie odmiennego, ale jedni mają wpływ na drugich. To prawdopodobnie przenikające się grupy społeczne, których wspólnym mianownikiem jest rutyna pełna napięć, stawiania czoła problemom i konieczności utrzymania pewnego pułapu.
Napięte mięśnie najlepiej jest rozmasować – jednak masaż przeprowadzony przez partacza może mieć katastrofalne skutki.
Czy jesteśmy gotowi na łzy prezesa rady ministrów? Czy chcemy takich newsów o nim, tuż po długo oczekiwanej rekonstrukcji, jakiej dokonał w swojej strukturze?
Zapewne wielu wolałoby, aby szanowny pan premier płakał na posiedzeniach Sejmu, a nie na bajkach Disneya.
No cóż. Złośliwi odśpiewają "nie płacz Donek, bo tu miejsca brak...", ale prawda jest taka, że śmierć Mufasy była elementem rekonstrukcji tamtejszego rządu. Być może dlatego premier płacze?

Zatem do sytuacji należy podejść z pazurem. I umiarem.

niedziela, 8 grudnia 2013

Fanpage Trends Polska Listopad 2013 - Mikołaj Nowak komentuje kategorię "Programy TV"

Kliknij po szczegóły

Komentarz Mikołaja Nowaka do listopadowych wyników Fanpage Trends:

 Listopad to najmniej przyjemny miesiąc roku i związane z tym faktem nastroje widać wyraźnie również Facebooku. Więcej czasu spędzamy w domach, celebrując wolny czas przed telewizorem... :)     Listopad 2013 był emocjonujący - to czas wielkich kumulacji i finałów największych telewizyjnych formatów. Operatorzy fan page-ów podsycają atmosferę i intrygują mocniej niż zwykle, co przekłada się na dobre wyniki. Dlatego formaty finałowe są w czołówkach zestawień. 3/4 treści z rankingu postów dotyczy właśnie finałów. Mówi się, że Internauci nie mają czasu na newsy w TV, ale odzwierciedlenie dziennika via Facebook dostarcza im interesujących treści, co również ma potwierdzenie w wynikach. To samo dzieje się z programem „Warsaw Shore - Ekipa z Warszawy”, który z uwagi na swój luźny i prowokujący charakter, powoduje odruchy kompulsywne. Musimy pokazać "to" znajomym, więc przyczyniamy się do gigantycznego buzzu sieciowego. W listopadzie poziom mocno wyrównany między telewizjami komercyjnymi i TVP. I to raczej ostatni tak angażujący miesiąc w tym roku, bo przed nami 30 dni pisania o śniegu i świętach...

piątek, 1 listopada 2013

Mikołaj Nowak o kryzysie... Blogera - w kontekście marki Sokołów.

(Prawdziwy) Kryzys marki Sokołów - i Blogera - w mediach społecznościowych - kliknij.

Komentarz Mikołaja Nowaka otwiera zestawienie opinii ekspertów:






Mikołaj Nowak, ekspert ds. strategii online w „Faktach” TVN:

Ponad dwa lata temu słynny bloger - Artur Kurasiński - powiedział „Nam więcej wolno, bo nie mamy kagańca. No kto nas może wyłączyć?” - proszę bardzo - wywołana do tablicy spółka Sokołów zjawia się i wyłącza. Dalibyście wiarę jeszcze 2 lata temu, że to tak się potoczy? Tak pokrótce można skomentować tę sprawę.

Od początku - z zaciekawieniem - przyglądałem się temu zajściu. Bez wątpienia jest to nauczka, a nawet precedens. Sokołów postawił się blogerowi i mimochodem potrząsnął polską blogosferą, w której zawrzało. Stworzyły się grupy wsparcia, które w wątpliwie ciekawy sposób solidaryzowały się z vlogerem - głównie szyderstwami i taniej jakości komizmem sytuacyjnym, satyrą. Fanpage pozywającego zalała fala hejtingu; paradoksalnie wszyscy „rzucali mięsem” bez konsekwencji, wspomagani skalą zdarzenia. I koło się zamyka. Jednak, gdy typowy Kowalski rzuci bluzgą - nie dzieje się nic…, ale gdy Kowalski komunikujący się z setkami tysięcy innych Kowalskich, na podstawie swoich iluzorycznie ważnych argumentów, odradza spożywanie produktów konkretnej marki dla Kowalskich - coś ma prawo się zadziać. Nie powinniśmy pozwalać na to, aby marki klękały przed blogerami, a trochę na to pozwoliliśmy i nastąpiło naturalne rozpasanie. Zaraz po nim brak kontroli.
Nie pierwszy raz w historii ktoś czuje się urażony i pozywa, ale pierwszy raz - w historii polskiego internetu sprawa nabrała taki impakt i odbiła się echem w innych mediach. Mało tego - blogosfera się podzieliła, a uzurpujące sobie prawo do bycia newsroomami serwisy quasi dziennikarskie miały pożywkę przez kilka dobrych dni…

Dzień, w którym vloger przeprosił Sokołów jest istotny dla polskiej blogosfery, gdyż przywrócił wiarę w odpowiedzialność za własne czyny i słowa. Świadomość o braku anonimowości w sieci jest silna i została solidnie zbudowana, ale dalej szwankuje odwaga cywilna oraz myślenie o konsekwencjach. Ogiński jest blogerem komercyjnym - posiada wycenę swoich usług, powinien wprowadzić zasady i konsekwentnie ich przestrzegać. Czy straciłby wtedy twarz? Nie. Czy Kominek stracił wartość w chwili, gdy przestał przeklinać i zmienił styl komunikacji? Nie. Internauci zaczęli przysłowiowo „rzucać mięsem” na facebookowej stronie Sokołowa, który wytrawnie milczał… bo niestrawna - w tej sytuacji - byłaby nachalna próba reanimacji wizerunku w kontekście orzeczonego pozwu. Co niby mieli napisać? „Pozywamy, ale i tak Was kochamy? Smacznego!”…
Warto podkreślić, że przeprosiny Ogińskiego byłyby oznaką słabości tylko wtedy, kiedy jego krytyka nosiłaby znamiona podstawnej i merytorycznej. Wiemy jednak, że tak nie było, co udowadniali eksperci - vloger nie miał prawa - na podstawie swoich domysłów - szerzyć nieprawdziwych opinii, które zaszkodziłyby producentowi. Zatem przeprosiny są konsekwencją niesłusznie upokorzonego przedsiębiorstwa. Analiza vlogera była nierzetelna, miała formę amatorską i - nawet zwykłemu widzowi - pozostawiła wiele do życzenia. Pozostało tylko oczekiwanie na konsekwencje swoich słów i czynów. I taki czas nadszedł.
Należy pamiętać, że za dziennikarzem z tradycyjnych mediów zwykle stoją koncerny medialne i potężne działy prawne - marki mają tę świadomość i wolą wydać pieniądze na reperowanie poniesionych strat niż sądzenie się. Poza tym ważniejszy jest fakt, iż żaden dziennikarz z mediów tradycyjnych nie podjąłby się osądzania marki na podstawie swojego mini-kuchennego show w pompatyczno-subiektywnej formie. (Choć są już dziennikarze z mediów tradycyjnych, którzy stąpają na granicy nagrywając vlogi, ale to inna sprawa)
O czym może świadczyć to, że Ogiński się ugiął? Przede wszystkim o braku przekonania do tego, co zrobił. Zwątpił w sensowność swojego porównania kulinarnego, gdyż eksperci pokazali mu, że to było głupotą i w rzeczywistości absurdem jest porównywać tatara paczkowanego z niepaczkowanym. Za głupotę się płaci, za przekroczenie granicy absurdu także. Paradoksalnie Ogiński zmiękł wtedy, kiedy zobaczył odszkodowanie, o które gotowe był walczyć Sokołów. Niestety - takie „cyferkowe” argumenty trafiają w przysłowiową dziesiątkę.

Sokołów miał prawo zareagować na krytykę swoich produktów pozwem sądowym. Pytanie tylko, czy musiał to robić? Wszyscy eksperci mówili wtedy, że to overkill, PR-owy „strzał w kolano”, bzdura, że źle. Nieprawda. Jeżeli mamy do czegoś prawo, to korzystamy z niego i powinno to być naturalne, co nie znaczy, że pozwy powinny być normą… Zawsze powinny być ostatecznością. Proszę zauważyć, że następuje regres w relacjach i odczuciach internautów odnośnie „tatarskiej afery”. Przyczyna jest bardzo prosta - skoro sam prowokator przeprasza, to dlaczego reszta miałaby toczyć boje w jego imieniu? Ogiński nie stał się symbolem walki i chęci udowodnienia słuszności swoich słów - za to stał się symbolem niewiarygodności, co stawia pod wątpliwość jego dużą popularność i autentyczność działań. Jak wiadomo - w blogosferze - autentyczność buduje popularność, więc jest na wagę złota.

Mikołaj Nowak

Mikołaj Nowak u Marka Stankiewicza / Rozmowy Strategiczne

Pełna treść notki - kliknij i wejdź na blog Marka.

Komentarz Mikołaja Nowaka:
"Nie zbawiam świata i nie mam się za „Jezusa mediów społecznościowych” w Polsce. Nigdy nie ewangelizowałem, jak bardzo media społecznościowe są potrzebne polskim markom – to byłaby strata czasu, który można wykorzystać lepiej – na przykład na rozwój. Po co jest mówić komuś, że coś jest dobre, jeżeli on nie zrozumie tego dopóki nie spróbuje? – to w kwestii typowego użytkownika sieci. To jak wmawianie komuś, że coś jest dla niego smaczne i powinien tego spróbować, bo wszyscy próbują… bo chcą więcej, bo tak. I to jeszcze za pieniądze na szkoleniach, konferencjach.
Ja aktualizuję dotychczas jednokierunkowo komunikujący się program. Jaką miałeś wcześniej interakcję z Faktami TVN? Czy coś mogłeś im – z domu – zasugerować, podpowiedzieć, podzielić się opinią? Tak, wysyłają e-mail, ale nie było to Twoje naturalne środowisko. Dziś takim środowiskiem >dla Internautów< są media społecznościowe. Tam stymuluje się kontakty, tam się je podtrzymuje, naprawia, niszczy. Tam to wszystko się zapisuje. Tworzy się historia naszych relacji. Marka może być elementem tej historii, może dostarczyć emocji i uczyć, pozwolić się z nimi zidentyfikować. Bo Social Media to nośnik – nie maszyna.
A jeżeli maszyna to wszyscy jesteśmy Egipcjanami, którzy swoim kosztem piramidę tę budują. Naczelna korzyść dla Użytkownika to bliskość. Za tym idzie możliwość zaprezentowania własnego zdania, później dialogu. Dokładnie taki sam model korzyści otrzymują marki."

Na pytanie czym różni się od innych podobnych sobie osób, Mikołaj mówi: "Dojrzałem. Skupiam się w 100% na swoich celach i staram się nie marnować czasu na lans w postaci bieganiny po wydarzeniach branżowych, eksajtowania się na blogu i podniecania tym, co Facebook ot tak „rzuci” na swoje grupy dla osób odpowiedzialnych za kontakty z Klientami. Korzystam jedynie z zaproszeń na te najbardziej treściwe wydarzenia, które mogą wnieść realne wartości do branży interaktywnej. Mnie nie kręcą standardy, nie lubię ich; Nie lubię rutyny i mechaniki obowiązków, która sprawia, że każdy dzień wygląda tak samo. Praca w newsach zagwarantowała mi dużą różnorodność i brak nudy zawodowej. Przeszedłem pełne przeszkolenie i poczułem to, co w 2005 roku – czuję, że to mój świat. Nie staram się też nikogo uszczęśliwiać na siłę swoją obecnością – każdy z śledzących mnie w mediach społecznościowych kliknął SAM „obserwuj” na moich profilach. Najbardziej irytuje mnie wysyp „specjalistów”, którzy uzurpują sobie prawo do bycia ekspertem. Przeczytali marketingowe elementarze i PRowe blogi, więc mianują się ekspertami. Taka własna odmiana „Komisji Macierewicza” branży interaktywnej. Moja praca ewoluuje, za kilka lat będzie nieodłącznym elementem każdej marki, firmy, człowieka. Dziś jeszcze tak nie jest – nie oszukujmy się. Ale żyjemy w czasach początków, gdzie każdy z nas jest prekursorem relacji i pewnych modeli mających na siebie wpływ. Jestem osobą, która słucha i tworzy na tej podstawie. Słucham i piszę nuty dla marki, którą się opiekuję. Konkretnie dla komunikacji wokół niej. Ktoś słucha mnie i działania te akceptuje. Jeżeli będzie taka możliwość to mam zamiar kontynuować to zadanie oraz wnieść jak najwięcej NIE siebie, ale OD siebie w tę dziedzinę. Bo już nie trend, co pokazał czas.
Boleję nad tym, że bardzo wielu specjalistów ds. społeczności wzięło się za tę działkę tylko dlatego, że jest modna. Nie mają podstawowych predyspozycji, jakimi jest empatia, cierpliwość i zdolność przynajmniej dobrej oceny sytuacji w kryzysowym momencie. Wg mnie to cechy zwyczajnie samorodne. Ich paliwo się wypali, a „kula śnieżna” mediów społecznościwych toczy się dalej."


Komentarz Mikołaja Nowaka o reklamie natywnej...

Pełna publikacja - kliknij.

" - Reklama natywna? Spotkałem się z nią w 2008 roku, kiedy zaczynałem pracę w Onet.pl. - mówi Mikołaj Nowak, obecnie Fakty TVN. - W ofercie giganta (największe Biuro Reklamy online) od dawna były możliwości uszycia działań reklamowych bezpośrednio dla Klienta bądź nieinwazyjna forma "artykułu sponsorowanego", każdorazowo konsultowanego z konkretną redakcją. Zatem czy jest to nowość? W porządku, liczby mówią za siebie - "reklama natywna" ma być balsamem dla rozdrażnionego agresywnym displayem Internauty, ale to z pewnością nie nowość. A tak jest promowane. Co do jednego mam zastrzeżenia - czy reklama natywna nie podważa wiarygodności redakcji? Tu mam ambiwalentne odczucia. Są dziennikarze, którzy nigdy nie zgodzą się na lokowanie produktu bezpośrednio w ich materiałach. I chwała im za to, bo z poziomu konsumenta atakowanego outdoorem (Real), displayem (Virtual) i jeszcze via publikacje - zgłupiałbym. Weźmy taki New York Times, redakcję, która wyparła się reklamy natywnej deklarując, że nigdy nie będą jej oferować. Tak samo, jak w kuchni pewnych smaków nie wypada łączyć; w modzie - pewnych kolorów się nie zestawia; na przyjęciu - pewnych rzeczy nie wypada mówić, tak należy zastanowić się, czy reklama natywna jest dobrą i niezagrażającą formą komunikacji reklamowej z odbiorcą via dziennikarstwo - podsumowuje Mikołaj Nowak."

Chwila o legendach miejskich

W latach 90. i 00. wychowywałem się w szarym warszawskim blokowisku pełnym żywych legend, pełnym złych postaci i drobnych emocji szatkujących wrażliwość. Z pewnością księżniczki i książęta mieszkały gdzieś indziej. Multum historii i ja. Rozdarty. Jakby sam. Ale jedna z tych historii jest wyjątkowo silna.
Barbie.
Tak mawia się do dziś na tajemniczą kobietę, która wyróżnia się w osiedlowym tłumie. Jedno jest pewne - robi to nie tylko wyglądem. Jej nienaturalny, nabyty szyk, nikomu już niepotrzebna wykuta gracja, z którą każdą betonową płytę pokonuje jakby sunęła paryskim wybiegiem. Złośliwi twierdzą, że wygląda, jak "kwiat róży po burzy"; przesadzony makijaż - jak na wiek- zawsze zakręcone, spalone już loki. Popękane, ale soczyście różowe usta, jej rumiane do przesady policzki... Dla wielu jest nieestetyczna zupełnie jakby oni skropleni byli antybakteryjnym deszczem. Jej zmęczona życiem twarz, której blasku nie nada już nawet najlepszej jakości niestarannie wtarty pomarszczonymi dłońmi make-up. Jej ponad 60-letnie stopy nie znoszą już szpilek (choć niecałe 10 lat temu dziarsko nimi słała echo w betonowy eter). Teraz zwykłe kupione na pobliskim bazarku tenisówki przeplatające się z połyskującymi akcesoriami. Jej wzrost i sposób poruszania się zdradzają, kiedy zatrzymały się wskazówki. To ewidentnie epoka teatru i kokieterii, pozy i konwenansu, może awangardy i dżentelmenów chylących jej czoła. Tam nie było miejsca na mieszkanie w bloku dla klasy robotniczej. (Służewiec Przemysłowy)
Spekulowano, że była aktorką, której odebrano wszystko. Że nie wyszła z roli, więc zwariowała. Ale w całym swoim szaleństwie nikomu krzywdy nie robi...
Sunie po warszawskich osiedlach wpatrując się w ludzi swoim badającym wzrokiem. Czegoś szuka. Jakby.

Warszawa w każdej dzielnicy, na każdym osiedlu, ma - bądź miała - swojego wariata. Dziś tacy wariaci pojawiają się w medialnych dzielnicach-gettach, których członkowie nienawidzą się nawzajem.


Mowa nienawiści. Inny wymiar.
Ostatnio kilku Słoików eksajtowało się na swoich facebookach powiedzeniem "pier*ol Barbie, aż się zgarbi". Bohaterka tego tekstu słyszała to już 10 lat temu z ust obijających kolana na trzepaku 7-mio latków. Nauczyła ich tego "matka" - ulica. Bezwzględna, hartująca charakter.  Przynajmniej nie zabijała z byle powodu jak dzisiejsze - medialne - "Katarzyny".


Szorstki kocyk.
Dziś zobaczyłem ją w autobusie, przypadkiem. Kobieta-lalka. Jest w złej formie. Make-up miała taki, że Nolan powiedziałby o niej "dziewczyna Jokera"; Szminka wyraźnie przekraczała naturalny kontur ust, wesołe cienie nie współgrały z nastawieniem. Ale ona ma to gdzieś, jest silna, jest sama. I chora. Ziemista cera i zapadające się jak u Króla POPu oczy zdradzają to.
Podobno zmarł jej maź, podobno go miała, podobno pokonała raka, podobno była bogata, podobno została skazana na banicję w bloku z wielkich płyt, podobno i podobno. I setki bzdur. Barbie ma w sobie mrok i coś demonicznego, ale i coś pięknego - wolę walki. Nawet jeżeli to tylko program niesprawnie działającego umysłu.
Ilość upokorzeń, jaką wchłonęła przez dwie dekady może być przerażająca. Ona zaznała czystego hejtingu na długo zanim stał się modny. Ona zaznała go "w realu". Dziś modnie jest być hejterem, modnie jest hejtować rzeczywistość - a już najbardziej 'trendy' jest miażdżenie tego co się niegdyś współtworzyło!
Dziennikarze kiedyś mówiący w kółko do kamery za 150 000 zł dziś podniecają się aparatem za 150zł, którym zrobią ośmieszające ich w środowisku zdjęcia.
I jeszcze wmówią sobie, że rewolucję czynią.

Ewolucja.

Pojechałem specjalnie dalej, za nią. Jak sentymentalny stalker własnej ciekawości. I zobaczyłem coś niesamowitego!
Mijała ludzi, którzy niegdyś szydzili z niej; mijała ich jak Cesarzowa - z głową w górze, pewna siebie, wyprostowana. Ona nie uzurpowała sobie respektu innych - ona po prostu dziś go ma. A oni mówili jej "dzień dobry", jeden po drugim. Z szacunkiem. Siniaki na kolanach stały się bliznami na sumieniu. Jedna realnie zwariowana kobieta-legenda pokonała dziesiątki hejterów, ich negatywnych emocji, reperkusji swoich - dla nich - dewiacji modowych. Jej domniemana choroba psychiczna dziś jest tym, czym młodzi ludzie zachwycają się na blogach modowych. Jej odwaga przeraża i budzi szacunek. Każdy, kto słyszał przemawiającą Barbie (a można podsłuchać, lub usłyszeć) zaczyna mieć obawy co do jej choroby psychicznej. Dlatego dziś jest legendą.

Legendy w sieci.

Ci, których pamiętamy sprzed lat także wyszli poza kontury swoich ust - niczym innym by nie zaistnieli via łącze. Jednak istnieją inaczej. Czym różnią się od Barbie? Tym, że ona nie chciała stać się legendą. A oni wręcz tego pragną. Ale to ją nazwiemy wariatką, a ich tylko "freakami".

Napoleonie słyszysz mnie? Nie? To przeczytaj.

Tekst ułatwi Ci zrozumienie istoty komunikacji w mediach społecznościowych.

Artykuł ukazał się także na Brief.pl



Zostań Napoleonem w swoim biurze.

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że daleki jestem od pisania poradników. Raczej szorstko oceniam rzeczywistość i przygotowanie innych do niej mnie nie interesuje.
Jednak wpadłem na prosty pomysł porównawczy, który sprawi, że zrozumiesz na czym polega atrakcyjna komunikacja w mediach społecznościowych. To od Ciebie zależy, w jakiej kondycji i jakości będzie Twój przekaz w sieci.

Żywienie.
Starasz się zrozumieć, ale nie wiesz, na czym polega komunikacja via media społecznościowe? Zobrazuję Ci to na prostym przykładzie. Wyobraź sobie, że strona na Facebooku, G+, kanał na Twitterze, itd. to… Twój organizm. Aby działał dobrze powinieneś go odżywiać. Nie zapominajmy jednak, że odżywiamy się lepiej i gorzej, więc wyglądamy lepiej i gorzej.(„Jesteś tym, co jesz”) Optimum to pięć posiłków dziennie – tak twierdzą naukowcy. I tutaj następuje analogia, bo pięć wpisów dziennie na Twoim fan page to świat i ludzie. Z pomocą takiej częstotliwości – i umiejętnego rozkładania obciążeń treści wpisów (poważne, mniej poważne) jesteś w stanie przekazać kluczowe informacje i zdobyć opinie. Twitter wymaga więcej – mniejszych – dawek. Taka specyfika tegoż organizmu, ale przecież jesteśmy różni, prawda?
Jeżeli nie będziesz odżywiać się wcale – umrzesz. I tutaj znów wspólny mianownik – jeżeli nie będziesz dbać o swoje profile w mediach społecznościowych – one umrą; ludzie z nich odejdą, gdyż nie lubią znajdować się w martwym punkcie. Intuicyjnie szukają alternatywy i czegoś ciekawego dla siebie. Kluczowe – profil „konsumuje” i „rośnie”. Ale – i tu truizm – co nagle to po diable. Jedzenie jest konsekwencją głodu. Pamiętaj, że jeżeli podjąłeś się komunikowania z ludźmi via Social Media to musisz być konsekwentny.
W pierwszej kolejności musisz nauczyć się balansować.

Ćwiczenia, rekreacja.
Im ciekawsze rzeczy wykonujesz tym ciekawiej wyglądać będzie profil Twój lub Twojej marki. Nie chodzi jednak o proste pakowanie – fanów może kupić każdy i każdy wie, że to nie fair, daleko tej taktyce do etyki. Żyj kreatywnie i twórz rzeczy niepodrabialne. Wystarczą chęci >motywacja< – reszta idzie sama. To proste – zabiegi bardziej skomplikowane i złożone dają ciekawsze efekt i pozwolą Ci wyróżnić się w tłumie innych szablonów. Bo każdy profil to z początku szablon – od Ciebie zależy, jak go wypełnisz (rozwiniesz). Jeżeli nie potrafisz tego zrobić sam – zatrudnij „trenera”, czyli specjalistę. Unikaj jednak przeciążeń – za dużo rewelacji na raz i doznasz kontuzji; ktoś wreszcie napisze Ci, że starasz się być „fajnym na siłę” i choć wiesz, że nie dogodzisz każdemu to jednak pretensja ma nacechowanie negatywne. A od jednej pretensji gorsza jest garść pretensji – o to łatwo w tej materii. Ćwicz kiedy możesz, ruszaj się. Pamiętaj, aby nie przekombinować, gdyż stworzysz monstrum nieciekawe i nazbyt skomplikowane dla ludzi. Użytkownik wybiera prostotę; lubimy media społecznościowe także za to, że ich proste interfejsy pozwalają nam się skupić w pełni na tym na ludziach i komunikacji z nimi. Tam nie ma czego oglądać prócz nas samych. Pamiętaj, że w sytuacji awaryjnej nie biegnie się dalej… stań, uspokój się - musisz myśleć. Nie działaj spontanicznie – tak łatwo zrobić sobie większą krzywdę.
Niech Twoja komunikacja będzie po prostu wysportowana, smukła, niech jej linia (komunikacyjna) będzie wzorem dla innych, którzy na co dzień nie dbają o siebie.

Oczyszczanie.
Dla prawidłowego działania „organizm” musi być oczyszczany, więc czasem coś oddaje. Wiesz, co mam na myśli. Ale prócz rutyny chodzi o też detoksynację. Czasami musimy coś zmienić, sprawić, aby inni postrzegali nas pogodniejszych i weselszych. Zmiany na lepsze.
I jesteś w stanie to zrobić także w mediach społecznościowych. Jednak uważaj! „Suplement diety nie może być stosowany jako substytut(zamiennik) zróżnicowanej diety" :) Wracając do pierwszego zdania – nawet najlepiej prowadzony „organizm” coś oddaje. W przypadku komunikacji w mediach społecznościowych tym czymś mogą być wulgarne, chamskie i obsceniczne treści Twoich najgorszychodbiorców. Powinieneś być zawsze dobrym duchem dyskusji i treści te kasować. Spuszczaj wodę na trolli, którzy nie potrafią dyskutować normalnie, a ich jedynym celem jest zdezorganizowanie Twoich działań. Niech płyną na fali swojego hejtingu gdzieś indziej. Dbaj o swoich odbiorców, gdyż nie będą oni chcieli zostawiać Ci opinii w rynsztoku. Media społecznościowe to korzyści dwustronne.


Gorsze samopoczucie.
Źle się czujesz? Dopada Cię apatia? Każdy ma chwile słabości – to normalne, każdy popełnia błędy, ale nie chodzi o to, by w newralgicznej sytuacji owijać w bawełnę. Społeczność to wyjątkowo wrażliwy organizm. W równym stopniu potrafi dać z siebie wiele dobrego i złego. Nie zapominaj sporej barierze, która sprzyja odwadze użytkownika. Do tego >społeczność w sieci< potrafi się niesamowicie nakręcić do działania. Pamiętaj po prostu, aby nie wkładać kija w mrowisko.  To tak, jakbyś głaskał kota pod włos – drapnie. Ty chcesz dobrze, zapomnisz się, a on i tak drapnie, bo nie zna Twoich intencji.
Media społecznościowe nie lubią rutyny, sztywności, ale tolerują pewne konwenanse. Jakakolwiek próba ustrukturyzowania tej machiny kończy się fiaskiem, który potem szanowna „Branża Social Media” przekuje w kryzys. Bo najłatwiej się wylansować w kontekście czyjejś porażki i argumentu naczelnego „co by było gdyby”. Negatywne emocje niosą się po sieci i odbijają echem.Niestety, ale najwięcej pozytywnych emocji w sieci jest na YouTube w postaci filmów „dobro wraca”. Na forum dominuje nastrojowość, ironia i łapanie się za łby. Jeżeli popełnisz błąd – poniesiesz tego konsekwencje. Co gorsze - może być to szereg konsekwencji. Uważaj, ale też nie daj się zwariować nadgorliwą ostrożnością.

Urozmaicenia, słodycz.
Od czasu do czasu możesz poflirtować z kimś. Jednak uważaj – nie każdy może mieć na to ochotę, a Twoja wybranka nazywa się „społeczność” i nie jest łatwa. Flirtuj ostrożnie, intryguj, dawaj palec – ale nie rękę. Nie zdradzaj wszystkiego. Wzbudzaj zaciekawienie. To jest sexi i umiejętnie poprowadzony dialog – z nutą pikanterii – sprawi, że Twoja komunikacja będzie atrakcyjniejsza dla odbiorców. Pamiętaj tylko, żeby nie pchać im się do łóżka…  Nachalność via Social Media nigdy nie ma pozytywnych skutków.

Planuj, organizuj i wytyczaj.
Życie bez celu traci sens – zatem wytyczaj cele i planuj! Organizuj sobie to, w jaki sposób będziesz chciał nawiązać relacje z budowaną wokół siebie społecznością. Dobra organizacja to podstawa sukcesu. Doskonale wiesz, że będąc przygotowanym na wiele sytuacji łatwiej jest przez nie przebrnąć. Media społecznościowe to skomplikowany system relacji i zbiór cech w >z pozoru niegroźnej< materii – ale możesz do niego podejść strategicznie. Jeżeli nie czujesz się na siłach – bo po prostu się na tym nie znasz – zatrudnij kogoś, kto poprowadzi Twój okręt do pierwszego wytyczonego celu – nie pozostawiając go na mieliźnie, lub – co najgorsze – rozbijając. Nie budź w sobie Napoleona, jeżeli czujesz, że go w Tobie nie ma. Powodzenia.
Dbaj o siebie, wtedy także dbasz o innych.
Postaraj się, aby Twoja komunikacja miała unikatowe DNA.
Dostałeś garść tego, co Ci bardziej doświadczeni od Ciebie nazwą truizmamiczęsto zapominając o ich mocy.
To, co najprostsze leży na wyciągnięcie ręki. Determinacja, koncentracja, balans – to Twoje klucze do sukcesu w mediach społecznościowych.


Mikołaj Nowak

niedziela, 15 września 2013

Odkurzacz mądrzejszy od Ciebie?

Czujesz się jak John Connor?

Masz wrażenie, że wszyscy chcą znaleźć Cię za wszelką cenę? [dotrzeć do Ciebie, Twojego portfela]
Stale uciekasz przed postępującym brakiem prywatności w sieci? Otacza Cię Skynet?
Nie – to Ty jesteś Skynetem. Dla samego siebie. Androizacja Twoich emocji sieciowych prawdopodobnie zaszła tak daleko, że nie zdajesz sobie z tego sprawy.

Myślisz, że ktoś chciałby wykorzystać dane przeciwko Tobie?
Ale zastanowiłeś się po co miałby to robić? Przecież wcześniej musisz dać powód…
To, że ludzie szpiegują się nawzajem nie jest niczym nowym ani dziwnym. Ty prawdopodobnie w sytuacji ekstremalnej także chciałbyś wiedzieć pierwszy, co zamierza Twój przeciwnik. Zrozum mechanizmy, które można wytłumaczyć dziecinnie łatwo.

Co z tego, że przy kasie w Ikea nie podasz kodu pocztowego – Ikea i tak Cię odnajdzie, bo Ty przyjdziesz do niej sam. Na przykład via jej fan page.
Dlaczego czujesz zniesmaczenie przed identyfikacją biometryczną (odcisk palca) składając wniosek o paszport? Większość osób odczuwa wtedy wyraźny dyskomfort, smycz.
Planujesz coś spsocić w przyszłości i wiesz, że zostaniesz łatwo odnaleziony?

Dbamy o własne bezpieczeństwo, prywatność i szanujemy swój czas.
(przynajmniej tak nam się wydaje)

Skoro tak to dlaczego pokazujesz innym, jak na dłoni: co jesz, gdzie jesteś, jaki masz gust, z kim teraz przebywasz, co lubisz - via media społecznościowe?
Robisz to stale, poświęcając cyklicznym czynnościom ogromną ilość czasu, którą mógłbyś spożytkować lepiej, prawda? To zadziwiający paradoks czasów, w których żyjemy – napromieniowanych sieciowymi trendami. Izolujemy siebie od tego, co może naruszyć struktury naszej prywatności jednocześnie mimochodem zaprzeczając samym sobie – dzień po dniu.
Jeżeli nie masz w planach dokonania zamachu stanu – nie uciekaj przed publikacją i spożywaniem danych. Nic Ci się nie stanie.

Jesteśmy skonstruowani tak, że już sam fakt współtworzenia wirtualnej materii, która nie wymaga od nas ruchu jest niebezpieczny.

Facebook, Instagram, Twitter, Google+, Picasa, Foursquare, Pinterest… to tylko wagoniki w pociągu, którego nie jesteśmy w stanie już zatrzymać. Możemy go co najwyżej wykoleić czasową niedyspozycją i właśnie wtedy będzie nam towarzyszyło uczucie smutku, żalu, braku, utraty… uczucie porównywalne z tym, co czuje narkoman przy nagłym odstawieniu substancji, od których jest uzależniony. Nie? A co czułbyś teraz, gdyby nagle skończył Ci się transfer w telefonie, a masz do przejechania jeszcze kilkanaście przystanków? Oddasz się w nagły wir socjologicznych obserwacji społeczeństwa „w realu”? Problem z percepcją – nie masz na nic wpływu prócz tego, gdzie wysiądziesz.

- Kiedyś zaangażowanie się w społeczność Grono.net powodowało skrzywienie u obserwatorów. Prędzej usłyszałbyś „choć na piwo!”;
- Dziś brak zaangażowania w jakąkolwiek wirtualną społeczność będącą odzwierciedleniem realnych relacji, jest traktowane jako odmienność, alienacja, odchyla od normy społecznej, jaką są platformy społecznościowe.

Widziałem ostatnio grupkę ludzi przy kuflach piwa, wiesz co robili? Siedzieli wtopieni w blask wyświetlaczy swoich smartfonów. Prawdopodobnie dlatego, że traktują sieć, jako byt niekontuzyjny; zupełnie jak pływanie – sport niekontuzyjny. W świecie realnym możesz wpaść pod samochód – w wirtualnym Ci to nie grozi. W świecie realnym za obelgę możesz dostać w twarz – w „virtualu” co najwyżej ktoś odpowie Ci tak, że zrobi Ci się przykro. Ale i tak możesz mu odpowiedzieć.
Jak wygląda życie w mediach społecznościowych?
Brutalnie rzecz ujmując niewiele różnisz się od urządzenia, które trzyma w ręku obsługujący Cię w sklepie kasjer. Urządzenie to nazywa się skanerem cen. Wchłaniasz informacje i podajesz sumę na wyświetlaczu głównym. Potem odchodzisz / wylogowujesz się. Prawdopodobnie by spać.

W mediach społecznościowych rzadko masz czas zastanowić się nad sensownością treści, na którą właśnie się patrzysz. Dzieje się tak dlatego, że treść, z którą teraz masz kontakt zaraz zostanie zastąpiona nową. Skoro nie masz czasu na przeanalizowanie tej treści to nie masz też czasu na sprawne ulokowanie jej w mózgu i zaklasyfikowanie, jako ważną, lub nieważną.
Za to wszystko lokujesz w tzw. „przedpokoju”, który stale się zapełnia i zapełnia. Twój mózg staje się przeładowany tym, co wchłaniasz, bo działanie „skanowania” podobne jest do odkurzania.
Czy Twój odkurzacz zastanawia się nad sensownością wchłoniętego kurzu? Raczej nie.
Jednak nawet on ma nad Tobą przewagę – gdy dojdzie do zapełnienia worka / pojemnika to po prostu go wymienisz / opróżnisz. A czy możesz to zrobić ze swoim mózgiem?

Zatem czy jest złoty środek, który pozwoli Ci oczyścić umysł ze śmieci, by uczynić skanowanie bardziej satysfakcjonującym?

Prawdę powiedziawszy tak, ale jest to trudne i wymaga radykalnej zmiany Twoich przyzwyczajeń. Naucz się filtrować. To analogia diety – ważysz za dużo – schudnij;
zdrowia – jesteś chory – wylecz się. Nic prostszego, prawda? Truizmy.
Nie będę Ci pisał kolejnego poradnika punktując, co powinieneś zrobić, jak powinieneś żyć - nie jestem ekspertem od Twojego życia.
Jednak wywal w diabły wszystko to, co dostarcza Ci śmieci; uczyć ze swojego mózgu niezwykłą machinę, w której informacja ma tylko dwie drogi – trafi do sekcji wartościowej lub nie wartościowej. Nie wpuszczaj do świadomości śmieciarek, które chcą wypuścić tysiące bzdur w Twojej głowie. Intuicyjnie powinieneś bronić się przez tym, co złe, ale przecież nie definiujesz mediów społecznościowych, jako zła, ale stale narzekasz na tabloidyzację mediów tradycyjnych – prawda? Podczas, gdy dzień po dniu współtworzysz najbardziej tabloidyzowane medium, jakim jest Internet, gdzie Ty sam dostarczasz wrażeń i powodów do rozmów innym. W sieci dam sobie jesteś wydawcą.
To trening umysłowy wymagający od Ciebie ukrycia wszystkiego, co zapełnia Twój „przedpokój” tworząc graciarnię, przez którą niebawem się nie przeciśnie to co istotne. Dziś odlajkuj wszystko to, co miałeś odlajkować wczoraj.
Pamiętaj przede wszystkim, że większość tego, co słyszysz w Twoim otoczeniu poza siecią to rzeczy kompletnie nieistotne, niemające większego wpływu na Twoje życie. Tysiące słów, setki dialogów, które absolutnie nie wpłyną konstruktywnie na Twoje być / nie być.
Nie obciążaj umysłu dodatkowo w sieci, bo „przedpokój” da o sobie znać w momencie podejmowania trudnej decyzji – sforsowany informacjami umysł pracuje gorzej – dobrze o tym wiesz.

Niestety muszę Cię zmartwić – przed idiotycznymi informacjami nie uciekniesz – możesz jedynie zredukować ilość otrzymywanych powiadomień o języku Miley Cyrus, konfliktach politycznych, zbrojnych i tym, co ma wątpliwy wpływ na kształtowanie Twojej hierarchii informacji. Pamiętaj także - Internet stwarza iluzoryczne wrażenie nasycenia informacją. Ile razy miałeś wrażenie, że sprawdziłeś już wszystko - chcesz więcej - ale dokąd iść?


Reasumując – czasy takie, że zwykły odkurzacz ma nad Tobą przewagę, wymuszają podjęcie radykalnych działań.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Kim jest Maja Sablewska?

- Managerem gwiazd? Już nie.
- Ekspertem od zdrowego trybu życia? Nie.
- Stylistką? Może.

"zawsze w cieniu gwiazd" - tak można było opisać managerkę Dody i Edyty Górniak. I to był strzał w dziesiątkę, do czasu gdy Sablewska nie zdecydowała się wyjść z cienia by opalić w blasku sławy. To był też overkill.

Jej podopieczne spijały śmietankę, a ona tak w cieniu... Maja fruwała tu i tam, była niezwykle operatywna i chyba nawet skuteczna skoro udało jej się pozyskać pierwszoligowe kontrakty. Do czasu. Gwiazdy są kapryśne i buntować się lubią. Czasem coś poszło nie tak, np słynny "pjorytet", z którego ordynarnie nabijali się Wojewódzki i Figurski. Nie jestem złośliwy - nie dodam linka, ale szukajcie na YouTube ;)
Bynajmniej nie było w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Maja siedziała obok Kuby w tym samym programie, w trakcie którego (I sezon X-Factor PL) diametralnie zmienił do niej nastawienie. Można było odnieść wrażenie, że progresja formatu rzutowała negatywnie na ich relacje, dając pożywkę portalom plotkarskim. Wojewódzki z zachwycenia MS przeszedł w pogardę. Pogardę na żywo w najbardziej oczekiwanym polskim formacie.

Podziwiałem spokój Sablewskiej w okresie, gdy jej byłe klientki robiły coraz większy syf w mediach, nie zdając sobie sprawy, że tym samym doskonale ją promują. Uznajmy, że to typowe dla gwiazd przeoczenie, przecież z kosmosu wszystkiego nie widać jak na dłoni. Managerka stała się popularniejsza od nich.
Podobała mi się wtedy, gdy ignorowała dissy Wojewódzkiego na swój temat i konsekwentnie realizowała swój plan.

"wydoiła nas wszystkie" - grzmiała w tabloidzie Doda;
"chciałabym Wam przedstawić mojego nowego kompetentnego managera. Jest nim sama Edyta Górniak" - mówiła z typowo irytującym dla siebie spokojem i impertynencją w głosie.

A Sablewska? Tu ktoś ją uszczypnął komentarzem na imprezie, tam zagaił o to by sytuację skomentowała. Wygrywała siłą spokoju, wyglądała na profesjonalistkę, która nie ma zamiaru walczyć z nadpobudliwymi artystkami. Podziwiałem i winszowałem. Staliśmy obok na tej samej imprezie Plejady, gdzie ewidentnie czuła się kiepsko. Albo tylko takie miałem wrażenie.
Dopiero X-Factor zweryfikował, że tak naprawdę to niewiele miała do powiedzenia, a ów spokój wyglądający na strategię okazał się zwykłym festiwalem bezradności. Lepiej nie mówić nic, milczenie nie ośmiesza. Sablewska zdaje sobie sprawę z mocy truizmów. Ale bardziej zdała sobie sprawę z tego jak złośliwi ludzie potrafią być... Wcześniej mierzyła się tylko z krytyką swoich podopiecznych - potem sama jej zaznała.

Od zera do bohatera - te słowa idealnie opisują karierę Sablewskiej, która wygrała determinacją - zdobyła świetne kontrakty i wybiła się na fali ich sławy po to, żeby... no własnie.
Po to, żeby 2 lata później reklamować delikatny płyn do prania tkanin (sic!) pokazując jak nieumiejętnie lokuje się produkt w jakimś programie o metamorfozach.

Wcześniej wydała książkę o zdrowym trybie życia z której straszy swoim czarno-białym zdjęciem. Jakby umarła:


Dokładnie - WHAT?!
I to jabłko takie szare... ustalmy, że tym razem specjalistka od wizerunku, zdrowego trybu życia, jurorowania, gwiazd, "od zera do bohatera", zmiany pieluch - nie popisała się. Chyba, że owa niefortunna okładka ma odzwierciedlać jakieś takie niewyraźne hasło na dole "zamień BIAŁE na ZIELONE", ale też nie wiem, czy Sablewska znów ukryła jakiś tajny przekaz? Np. - drogie gwiazdy - mniej kokainy? Więcej zioła? Bez sensu - do mnie to nie przemawia.
Istnieje jeszcze wariant, że seria ta ma właśnie takie zasady projektowania layoutów swoich książek, ale manager się na coś takiego zgodził? Mistrzyni ustalania warunków i negocjacji? Chyba, że sam fakt wydania książki był istotniejszy niż argument, że Polacy oceniają książki po okładkach.

Wiem jedno - Maja Sablewska to przepiękna kobieta, której wg mnie brakuje pomysłu na siebie.
To kobieta, która przebojem wdarła się na salony zamku polskiego szołbiznesu, który z kolei ją przeżuł i... nie będziemy przeklinać.
To kobieta, która przeszła gehennę mierząc się z fochami tych, którzy fochują się inaczej - mocniej, bardziej impaktowo -, pozbawiając całkowicie komfortu psychicznego ludzi w swoim otoczeniu. To może rozregulować, to musi rozregulować.

Jeszcze za czasów, gdy chciało jej się być managerem (a raczej kontynuować tę farsę) brnęła w jakieś deale z matką Toli Szlagowskiej (ślad ucichł), potem wspierała chłopaka, który na scenie flirtował z nią śpiewając "walking in Memphis". I tu znów cisza. A minę miała słodką... jak urzeknięta pieśnią Julia. Taka niewinna, taka bezradnie oddana w ciepło jego głosu.
Nie rozumiem tego - wydawać się powinno, że czyiś manager powinien być SWOIM najlepszym managerem, a tu widzimy karierę, która przypomina jazdę pijanego kierowcy po nierównym terenie.

Tak, jestem ignorantem - nawet pisząc tę notkę - albo dopiero pisząc ją - researchuję Maję Sablewską w necie. I co widzę? Wydała znów książkę! Tym razem o modzie:


I znów stylistka (?) straszy z okładki czernią. Mody tam nie widać.
Natomiast Maja ma styl... i bynajmniej nie jest to jakiś tani mix obserwacji zagranicznych gwiazd, ale bardzo umiejętne dobranie detali; świetna gra kolorami i kreacjami; To jak zbuntowana nastolatka grająca luzem, chillem, może nieco nawet rockiem. Lubię styl Mai Sablewskiej, lubię jeszcze bardziej to, że wreszcie go odnalazła i była w stanie przekonać do niego Edytę Górniak. Ale to był błąd - Górniak wypadała jak infantylna kopia zagranicy uwięziona w paśmie swoich bezradności.

Gdy Maja twierdziła, że dieta zmieniła jej ryzy twarzy - nie śmiałem się. Wiem, że to możliwe.
Sam ważyłem kiedyś 110kg - dziś ważę prawie 80 - i wiem jak zmienia się organizm, nastawienie, jak wraca optymizm. Niestety, ale dziś oceniam postawę Sablewskiej, która może być piękną inspirującą historią dla młodych ludzi, a jest jak Whitney Houston polskiego managingu w szołbiznesie.
No nic - tam nie wyszło; straciła nerwy, cierpliwość. Dziś jakby balansowała, ale dalej wg mnie jest to jak chodzenie po linie nad przepaścią - bez zabezpieczenia.

Oceniam Sablewską, bo ona też ocenia innych - ostatnio słyszałem jak zachwycała się wizerunkiem jakiejś papierowej piosenkareczki znanej z jednego singla. Jak gloryfikowała jej styl, w którym chyba tylko ona widzi coś nadzwyczajnego. Jak to się teraz mówi? Żal? Czy strategicznie wyjęcie deski i dryfowanie większej fali innej celebrytki?

Ja najbardziej jestem wściekły na to, że Maja Sablewska celebrytą się staje... Zamiast zrestartować swoje plany, określić to, w czym naprawdę jest dobra i to robić. Po prostu!

Zatem kim jest Maja Sablewska? 
Nie odpowiem na to pytanie - jestem tylko obserwatorem. A ona sama tego nie wie.


~mikulajoffy