wtorek, 23 grudnia 2014

Przedświąteczna wtopa Kopacz

Jako naród szydziliśmy z "madryckiej trójki", która tuż przed wyborami wywołała wielki skandal. 
Tymczasem premier Polski daje się przerobić na format reklamowy na łamach pisma Viva!
Mimowolnie. Przed samymi świętami. 

Kto dołki Kopie...
Gigantyczna wpadka Ewy Kopacz i jej urzędników. 
To oni powinni dopilnować wszelkich formalności związanych z zakazem lokowania produktów - nawet nie przy a - NA pani premier. 
Tymczasem wydawca Vivy! przyznaje w oświadczeniu, że premier nic nie wiedziała o tym, że marki zostaną podpisane z cenami. To skandal wizerunkowy. Dla obydwu stron. 
Viva! wpadła. Pytanie, czy była to wpadka "planowana", mająca zwiekszyć zainteresowanie pismem  w dość martwym okresie przedświątecznym? Nic dziwnego, że KPRM zażądała wyjaśnień.

Jedi Mind Trick - marketingowe sztuczki "kontrolowane", czytaj więcej: bit.ly/PBvsJMT

Teraz pojawiają się otwarte pytania: czy Ewa Kopacz została wykorzystana? Czy wydawca wszystko zaplanował?
Z pewnością ta przedświąteczna sesja odbije się jej i im dużą czkawką. Z pewnością - w przyszłości - PEK dwa razy pomyśli, zanim zgodzi się wystąpić na okładce.

Innowacyjny format reklamowy 
W moim odczuciu zagranie wydawcy jest mało etyczne. Dodatkowo w oświadczeniu czytamy, że nie należy łączyć wizerunku pani premier z produktami opisanymi w gazecie. To jakiś żart?

Przerobiono polityka na format reklamowy i ludzie mają to oddzielać? 
Nie, to tak nie działa. Odbiorca intuicyjnie łączy fakty. Dlatego niektórym przeszkadza Nergal i Czubaszek w reklamach Empik. Dlatego napis Fu*ck Your X-mas na koszulkach młodzieżowej marki House wywołuje poruszenie. Dlatego premier mimochodem reklamująca produkty wypada źle. 
Przykra sprawa dla samej PEK i jej urzędu. Ogromna nauczka dla polityka, by na przyszłość nie wchodził jedną nogą do świata show biznesu. 

Nie tego oczekujemy od polityków. 
Chyba, że macie inne oczekiwania niż ja?

I znów PR-owcy będą mieli święta do kitu... Główkując jak by tu sytuację naprawić. 


Mikołaj Nowak

piątek, 19 grudnia 2014

#MikołajPromuje: Epicka Rozrywka - Patrycja Czubaj | Lewana.pl

Uwielbiam barwne postaci! Lewana urzekła mnie swoimi kontrastami. Mówi o sobie: "nieco cyniczna, nieco bardziej ironiczna" - poniekąd tak jest. W setkach maili jej słowa brzmiały epicko. Nie była cyniczna. Nie była ironiczna. Nie wychodziła z założenia, że ta akcja jej się należy. Pogratulowałem udziału, poprosiłem o teksty... Uwagi przekazałem.
Naniosła tylko te, które uznała za dobre dla siebie. Pozytywnie zaskoczyła mnie asertywnością. Dlatego - z przyjemnością - prezentuję Wam jej notkę:



Epicka Rozrywka
Patrycja Czubaj, autorka "lewana.pl"


Gdzie bawiliście się w weekend?
Jeżeli nigdzie to przeczytajcie co Was omija. Jeżeli w klubie, to też przeczytajcie. Nauczycie się czegoś nowego.

Nie. Absolutnie nie wyglądam tak jak miałam w planie, ale już wszystko jedno. Wychodzimy, będziemy się dobrze bawić, bo to jest w dobrym tonie. W domu zostają wszak tylko frajerzy.
Rzutem na taśmę kilka kwadratowych szklanek, z cieczą pocieszną o brunatnej barwie. Kostki lodu dla ozdoby. Już się troszeczkę pocieszyłam i bardziej skora jestem do szampańskiej zabawy, jaka w planie jest później. 
Wsiadamy więc do taksówki i musimy po stokroć, odbyć rozmowę z taksówkarzem. 
Choć nikt z zainteresowanych nie ma na to ochoty... A poza tym, mam delikatne wrażenie, że już ją odbyłam. Jakieś milion razy. Albo mi się zdaje?
Opętańcza kakofonia wpełzająca do taksówki, wraz z wysublimowanym pokazem świetlnym dają nam znać, że jesteśmy u celu podróży. Zostawiamy jakąś idiotycznie wysoką kwotę w pojeździe – to chyba z wdzięczności za tę ubogacającą duchowo pogawędkę w trakcie jazdy. Przedsmak zabawy już na starcie i wiemy, że możemy spodziewać się epickiego melanżu. Oto bowiem po chodniku sunie z gracją, ale bez butów, dziewoja nastoletnia wraz z oblubieńcem. On wspiera się na jej barkach. Z drugiej strony grupa toczy dyskusję... Na pierwszy rzut oka, podejmują ważne, palące wręcz problemy. Wywnioskować, możemy to po zaangażowaniu w postaci przekleństw, jak i po zaczątkach rękoczynów. Są też filozofowie, dla których dobra materialne, w postaci krzesła na przykład, są zupełnie zbędne. Strapieni wędrówką po ziemskim padole, siedzą wprost na uświnionych, zaplutych chodnikach, nic sobie z tego nie robiąc. Jedną ręką podpierają zmęczone życiem oblicze o zamkniętych oczach. W drugiej bez sensu tli się jeszcze papieros.
Z refleksem przeskakuję nad kimś, kto leży u progu klubu w akcie pokory, odkupując winę za nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, a tym drugim zwłaszcza. Już mogę się oddać wspaniałej zabawie. A nie, jeszcze przemili panowie, o niemiłym wejrzeniu i brzydkich łysych głowach upewnią się, że nie mam w torebce rozmiaru 15×15 cm na przykład AK47. Wyjątkowo, nie miałam.
Schodzimy po schodach, a epickość po prostu rozpływa się wokół. Podobnie jak wysublimowane makijaże mijających nas brzydkich kobiet. Musimy udać się do baru, bo czuję już, że zabawowość ulatnia się ze mnie. Naprawiam to, a tym razem płyn jest przezroczysty, za to pływa po nim smętna limonka, jarząca się na seledynowo w tym szalonym świetle. Odwiedzamy też toaletę, celem naprawienia, odmalowania i rekonstrukcji twarzy. Przy okazji poznając na nowo kilka uniwersalnych prawd życiowych:
  •         kiedy on nie chce, to ty go nie zmusisz (no raaaaaczej!),
  •         jak dziewczyna się puszcza to jest puszczalska, a jak facet to nie (ba!)
  •         oraz jak nie wiesz ile możesz wypić to nie pij wcale (powiedziała i upadła).

Podniesione na duchu chcemy zakosztować tego ubawu i udajemy się na parkiet. Bawiących można kategoryzować, by ułatwić wam imprezy w przyszłości.
Są dziwni panowie, którym parkiet pomylił się z wystawą żywego towaru... Zabawa nie dla nich, ale już niekomfortowe oblepianie wzrokiem i świdrowanie tymże w celu wyłowienia z tłumu najbardziej odpowiedniej ofiary-już jak najbardziej tak. Mamy też kobiety, które są ponadto, najczęściej tak jest w istocie, bo rozmiarem odbiegają od tych przeciętnych. Manifestują swą potęgę nie tylko objętością, ale też pogardliwym spojrzeniem rzucanym na kolejną grupę. Szalone. Te doskonale odnajdują się w imprezowej etykiecie: wiedzą jaka długość tipsów i jaka krótkość kiecki jest najbardziej odpowiednia, by trochę się komuś oddać… ale tak w granicach przyzwoitości. Granica jest cienka, czasem się przesuwa, ale mimo wszystko jest tam i warto o niej pamiętać. Zwłaszcza rano, kiedy zamazana i w potarganych rajstopach uciekasz od niego z domu, zanim się obudzi, i’m just saying. Są też "glonojady", najczęściej migrujące po parkiecie stadami. Czekają tylko, aż oddalisz się na niewielką odległość od koleżanki, by móc przyssać się znienacka. Zawsze od tyłu.
Wykonują jakiś dziwny pseudokopulacyjny ruch, który w niektórych sferach jak się dowiedziałam, uważany jest za taniec.

Zmęczona szaloną zabawą, ucieczkami i unikami ostrych, roztańczonych szpilek z bazaru idę zapalić. Wchodząc do tej szczególnej sali czuję, że właściwie już jest to zbędne, bo jednym haustem, niekoniecznie powietrza, wyrównuję poziom nikotyny. Na najbliższy rok.
Po raz kolejny zostaję uraczona konwersacją, inną niż wszystkie.

- A jak się bawisz, a czy sama, ano tak, też mam dziewczynę, ale teraz to mamy przerwę, fajnie jest nie? no ogólnie jestem z kolegami, ładnie wyglądasz, no idę po piwo. 

Dogaszam więc tego papierosa, którego wcale nie potrzebuję i uciekam. Tak z sali jak i na dobre stamtąd.
Było wspaniale, nic więc dziwnego, że z taką regularnością powtarzam ten błąd… ekhm… tę zabawę. Zabawę powtarzam.



Dla czytelników www.mikołajnowak.pl w ramach #MikołajPromuje,
Patrycja Czubaj "Lewana"


Zostaw jej komentarz na stronie bloga w Facebooku...
... oraz na blogu: www.lewana.pl 

- Co myślicie o stylu Patrycji? Komentujcie :)
Wasze zdanie bardzo się jej przyda. 

wtorek, 9 grudnia 2014

#MikołajPromuje: Niech żyje nasza Republika! - Agata Bartnicka

#MikołajPromuje: Agata jest jedną z pierwszych blogerek, które się do mnie zgłosiły.
W jej tekstach czuć pasję. Tworzy ciekawe opowieści, charakterystycznie podając introspekcje.
Problem tyczył się nazbyt długich zdań. To drobne - techniczne - detale. Dla mnie najważniejsze jest, że autorka przenosi mnie tekstem w miejsce akcji... 



Niech żyje nasza Republika!

Agata Bartnicka, autorka "AGT - Cholera cię wie, laleczko"


W sobotę miał miejsce najważniejszy koncert tego roku. Konkurencję miał sporą - był przecież cały OFF Festival, czy jesienny Babu Król w nowym składzie z Królową. Czasem wstrząsająco, innym razem zmysłowo. Niekiedy do utraty tchu. 
A w sobotę były „Nowe sytuacje” Republiki. Te sprzed trzydziestu lat. Trochę sobie nie radzę z tym, co tam zobaczyłam...

Ogień na scenie to wyłącznie ludzie
Scena może zachwycać dekoracjami. Muzycy – biegać po niej w niecodziennych strojach. Półnagie tancerki mogą oblewać publiczność szampanem. Oczywiście. Ale też…
Może nie mieć zbyt wiele świateł, kolorów i słupów ognia. Publiczność wcale nie musi być młoda i pijana. Wystarczy, że perkusista będzie wiedział, co robi. 
Że będzie dobrze widoczny na scenie. Sam jego widok w pracy jest przecież hipnotyzujący. Basista – będzie się doskonale bawił, zaciskał mocno powieki, bujał się, tupał, biegał. Wystarczy, że za mikrofonem będą się zmieniać faceci, którzy nie potrafią ustać. Że będą się miotać, trochę w rytm, a trochę w ogień. Wymachiwać rękami, odprawiać jakieś tajemnicze obrzędy. Rzucać wściekłe spojrzenia.

Oprawa sceniczna nie ma przecież znaczenia. Świetny koncert z bogatą oprawą będzie doskonały - złego nic nie uratuje.To raz. Ale jest jeszcze inna sprawa, bardzo prosta: im mniej, tym więcej. Kiedy stojąc tuż przy krawędzi sceny widzę każdy grymas czy drgnięcie kolan. Nic nie rozprasza, nie odwraca uwagi.
Kiedy jak na dłoni widać każde potknięcie i nie ma go jak zamaskować, ale oni… im to nie robi różnicy. Oni płoną, spalają się, oni po tym wszystkim ledwie żyją. A ja pod sceną stoję otępiała… I nie do końca wierzę w to, co się właśnie wydarzyło.

Nie jesteś prawdziwy, póki się przejmujesz
Że wyglądam nie tak, jak powinnam, że ludzie patrzą, jak tańczę, ktoś słyszy, że śpiewam na całe gardło. Choć nie potrafię. Że kogoś może boleć, że jestem od niego wyższa, a pcham się pod samą scenę.
Albo tym, co jeden z drugim na niej wyprawiają – a czemu brak ładu i składu. Taniec nie jest tak estetyczny, jak w wyobrażeniach, bardziej przypomina atak padaczki. Zdjęcia źle wyjdą, bo jak śpiewa, to robi specyficzny grymas.
Tymczasem na scenie tarza się Tymon Tymański, a Budyń przygrywa mu na flecie. Wszystko na zaproszenie artystów, którzy robią aferę z płyty wydanej lata temu, do tego pod Świętą Nieobecność i Niezastąpioność lidera. Tu nie ma miejsca na przejmowanie się tym, co powiedzą ludzie. Są emocje, boże szaleństwo, jest ważny, piękny tekst. Przepiękny spektakl: wszystko, co czuć może człowiek, na raz.
Nie myśli się, nie wpadłabym nawet na to, by pomyśleć, że w oryginale coś brzmiało lepiej, czy choćby inaczej. W relacji ja – scena nic nie zakłócało obrazu. Oni - skupieni i szaleni, ja - zasłuchana i z obolałym od zadzierania głowy karkiem. 
Zobaczyć więcej, dojrzeć detal, gest, sposób gry. Oni czasem uśmiechający się – do mnie, przecież nikogo innego tam nie było. Tylko koronkowa bluzka, tylko czerwone usta. Tylko, zamiennie, szeroko otwarte, lub przymknięte, by usłyszeć najmniejszy szmer, oczy.

Jak często możesz sobie pozwolić na to, by się nie przejmować? 

Ja wyłączam się właśnie na koncertach. Z przyjemnością chodzę na nie sama. W tłumie łatwiej jest się otworzyć – wszyscy przyszli po to samo. Każdy wie, czego się spodziewać, co wolno, czego nie i dlaczego. Nikt nikomu nie robi problemów. Każdy krzyczy najgłośniej, jak umie, każdy reaguje w sobie właściwy sposób. Póki tłum jest tylko tłumem, masą obcych ludzi, jest  bezpiecznie i komfortowo. Oni są, napierają, swoją obecnością katalizują reakcje… Ale można o nich zapomnieć. Z rozkoszą więc ich – i się – zapominam.

Muzyka nie ma terminu ważności
Album, który zagrali, jest niemal dekadę ode mnie starszy. Dzieci artystów mogą być co najmniej moimi rówieśnikami. Brzmi jak odgrzewanie kotletów, reaktywacja dla pieniędzy i Park Jurajski?
Przecież co jakiś czas pojawia się wzmianka o „Celebration Day” i ludzie wariują ze szczęścia. Albo o tegorocznych występach Monthy Pythona… Albo oni, Republika, grająca bez, wydawałoby się, najważniejszego i niezastąpionego, Grzegorza Ciechowskiego, w repertuarze sprzed trzydziestu lat. Wychodzi wspaniale. 
Teksty – bardzo osobiste – takimi pozostają, nie są wykonywane, stają się własnością, emocjami, doświadczeniami wokalistów. Muzyka brzmi wciąż świeżo, równie niepokojąco. I równie mocno uderza do głowy. Drażni, wierci dziury w rzeczywistości… Dokładnie tak, jak moje wyobrażenie o niej „z tamtych czasów”, to, co znam z płyty, z radia, opowieści i teledysków. Wszystko działa tak, jak powinno – to znaczy tu i teraz, bez zastanowienia. Staje się na chwilę jedyną prawdziwą rzeczywistością, w której to ja jestem poetką i muzykiem, to ja, moje i tylko moje przeżycie.
Wychodzi wspaniale i trzyma na długo po koncercie, powodując późniejsze ryzykowne decyzje. Przedłużyć choć o godzinę trwanie tego pięknego stanu. Od siódmej do północy byłam więc wyjęta ze świata. Bardzo niechętnie do niego wróciłam, bo kiedy najpierw śpiewa się na koncercie piosenkę, potem ogląda się ją na nagraniu, a potem ta piosenka się zdarza, ledwie godzinę po ostatnim bisie, to… To pozostaje mi stać i tajemniczo się uśmiechać. Duże dawki szczęścia dezorientują.

Warto dziękować
Mam w zwyczaju po dobrych koncertach dziękować. W ten sposób zaczęło się wiele ciekawych znajomości. Niewiele znaczący uścisk dłoni i kilka słów bywały bardzo brzemienne w skutki.
A przecież to tak niewiele – dać znać, że było wspaniale, w tym tłumie był ktoś, dla kogo to, co zaszło przed chwilą, było ważne. Piękne. Że coś się dzięki temu zmieniło.
W sobotę nie miałam tej śmiałości. Pięć lat pracy na festiwalach, z artystami, obserwowania, jak zwyczajnymi są ludźmi i jak ich cieszy osobisty kontakt… A jak przyjdzie co do czego, to mi głupio.
Tak więc głupio było mi podejść do Tymona, by przybić piątkę. Czułam się niezręcznie i nie odpowiadałam na uśmiechy muzyków na scenie. Te skierowane wprost do mnie. Nie wiedziałam, co miałabym powiedzieć, gdy, odczekawszy swoje w kolejce po autografy, podeszłabym do zespołu.

To tylko wierzchołek góry lodowej
Głupio mi było odpowiedzieć na zaczepkę jednego z muzyków: „widziałem cię, stałaś po lewej stronie”. Nie mogłam, całe szczęście, uciec, więc zaczęłam pytać.
Za tym wszystkim, co podziwiam, kryją się historie. Wrażenia dziesiątek ludzi. Za każdą decyzją: „gramy!” jest kilkanaście punktów widzenia, setki pytań.
Dlaczego zaprosili Tymona i Budynia? Sprawdzili się? Co będzie dalej? Kim w zespole był Ciechowski? Jak ważna jest poezja?

Ja to wszystko już wiem. Wy – znajdźcie okazję, by zapytać.
Zakochajcie się tak, jak ja (który to już raz?).

Dla czytelników www. mikołajnowak.pl w ramach #MikołajPromuje,
Agata Bartnicka


PS. Dobre koncerty powodują skutki uboczne w postaci: zdartego gardła, obolałych pleców i niemożności wyłączenia melodii z głowy. Na dwie pierwsze dolegliwości lekarstwo jest bardzo proste: herbata i masaż. Na trzecią nie ma żadnej skutecznej metody. I za to też dziękuję.
- - -



Serdecznie polecam blog Agaty! To unikatowa mieszanka pasji i refleksji.
Skromna dziewczyna brawurowo przekazująca myśli na blog. Będę czytał regularnie.

Zostawcie jej komentarz:

- blog www.agt.blog.pl 
- strona na FB - dołącz i dyskutuj 
- strona na FB Mikołaja Nowaka

czwartek, 4 grudnia 2014

#MikołajPromuje: Tamta Strona Lustra - Anika Werner

Jakiś czas temu uruchomiłem akcję #MikołajPromuje, której zadaniem jest podnoszenie kompetencji blogerów. W planach mam też powołanie stowarzyszenia z tym samym założeniem.
Setki maili, mnóstwo komentarzy... Głosy sprzeciwu i wyroki. Każdy mail był wyjątkowy, ale tylko z jednego bił tak intrygujący smutek.. 

Anika to niezwykle wrażliwa dziewczyna. Zgłosiła się do mnie, bym podzielił się z nią wiedzą o webwritingu. Jednak, gdy czytałem jej teksty, to czułem, jak wzmacnia się skupienie. Jak wargi się zaciskają, a temperatura rośnie. Szukałem wad, by przesłać jej swoje uwagi. Tyle, że ładunek emocjonalny zawarty w tekście szybko zakończył poszukiwania. 

Bo, gdy masz styczność z kimś, kto stracił kogoś bliskiego... Wtedy uświadamiasz sobie jak kruche jest życie. A tekst szczery. Do bólu. Tak wygląda wrażliwa strona blogosfery.


Piekło jest na ziemi


Anika Werner, autorka "Tamtej Strony Lustra"


Piekło jest na ziemi...
Idę szpitalnym korytarzem.
Wszystko jest tak, jak zawsze.
Pielęgniarki, biegają z kroplówkami.
Lekarze, dyskutują między sobą.
Sprzątaczki, usiłują żartować z pacjentami.

Zaglądam do sali numer jeden.
Na łóżku, podłączony pod tlen leży Kamil.
Wychowanek domu dziecka.
Ma dwadzieścia lat, wygląda jak gimnazjalista. 
Uśmiecha się jak zawsze i zaprasza gestem do środka.
Wchodzę, siadam na skraju łóżka.
Słucham jak mówi.
O rodzicach, którzy go zostawili.
O swojej walce, o każdy dzień.
O życiu, którego większość spędził w szpitalnych murach.
Opowiada o tym, bez cienia pretensji.
Dziękuję, że mógł być.
Ot tak, po prostu.
Nagle, zaczyna dławić się krwią.
Duszność, odbiera mu głos.
Znika.
Wstaję, bo uświadamiam sobie,
 że Kamil zmarł kilka lat temu.

Przechodzę do sali numer dwa.
W okół stolika, jak szalony biega Oskar.
Nigdy, nie bardzo umiał usiedzieć na jednym miejscu.
Gdy wraz z moim synem, byli w podobnym wieku, chowali się do szaf.
Żeby doktor, nie mógł ich znaleźć. 
Pamiętam, telefon od jego mamy.
Pamiętam, gdy mówię synowi, że Oskara już nie ma.
Pamiętam jak po tej rozmowie, nie chcę nic jeść.
Przez trzy dni, z nikim rozmawiać.
Patryk miał wtedy 9 lat.
Oskar, całe jedenaście.
Stolik w sali znika.
Śmiech rozbieganego chłopca, również.

Odwracam się i widzę salę numer trzy.
Nad małym łóżeczkiem, pochylają się zgarbieni rodzice.
Ewa, ma cztery lata.
Podpięta, pod miliony rurek.
Każda, podtrzymuje ją przy życiu.
Dobiega do mnie, cicha modlitwa.
Widzę jak oboje, połykają łzy.
Aparatura nagle milknie.
Nie mogę słuchać, rozpaczliwego krzyku matki.

Uciekam do sali, numer cztery. 
Ola zawsze nazywała mnie, drugą mamusią.
Kochałam ją, jak rodzoną córkę.
Spędziłyśmy na rozmowach, szmat czasu.
Wspólne łzy, wspólne uśmiechy, wspólne milczenie.
Zawsze, chiała być na moim ślubie.
I była.
Zmarła w dzień, gdy przed ołtarzem mówiłam " tak"....

Z sali numer pięć, patrzy na mnie Mariusz.
Nigdy nie zapomnę, jego poczucia humoru.
Godzinami mógł mówić o Kasi.
Miłości jego życia.
Tak bardzo cieszyłam się, z zaproszenia na ich wesele.
W garnitur do ślubu, ubrano go jednak w inną podróż.
Tę ostatnią.
Odszedł, miesiąc przed  wymarzoną uroczystością.

Otwieram drzwi, do sali numer sześć.
Przy oknie stoi Paulina.
Obok niej, na krzesełku siedzi Edyta.
Zapraszają mnie na herbatę.
Trajkoczą jak zwykle, jedna przez drugą.
Nie przestają się śmiać.
Pierwsza zanika postać Pauli.
Zaraz po niej, jak mgła rozmywa się Edyta.

Mijam, kolejne pokoje.
Słyszę, ich głosy.
Widzę, chcące żyć oczy. 

W drzwiach sali numer siedem, stoi Radziu.
Prosty, dobry chłopak ze wsi.
Ciężko, nie było mieć do niego szacunku.
Nie wstydził się swojego pochodzenia.
Z pasją opowiadał o ziemi, którą kochał.
Trzy lata temu, obudziłam się w izolatce,
w której akurat przebywał mój syn. 
Podeszłam do parapetu.
Widziałam, jak wynosili jego ciało.

Z sali numer osiem, wychodzi stonowany Łukasz.
Wciąż mam ten obrazek przed oczami.
Jak wraz ze swoją żoną, niosą w nosidełku córeczkę.
Z taką dumą na twarzy.
To był ciepły piątek.
Wyjeżdżaliśmy do domu.
Oni też mieli wracać, lada dzień.
Ona wróciła, z córką.
Łukasz, poszedł już inną drogą, niedzielnym porankiem...

Siadam pod ścianą.
W moim mieszkaniu.
Myślę o tym, że w jednej z takich sal,
leży teraz mój syn.
Strach mnie zamroził.
Nagle dostaję wiadomość.
- Nia płacz mamo.
Ja też się boję.
Wszystko będzie dobrze.
Przecież, jeszcze tyle chciałbym ci powiedzieć...

Naucz się szanować to, co masz.
Doceniać, dany ci dzień.
Mów, że kochasz, jak najczęściej.
Biegnij do przyjaciela ciemną nocą, gdy cię potrzebuje.
Uśmiechaj się na widok słońca.
Tańcz w deszczu.
Ciesz się z oddechu.
Podawaj innym dłoń.
Nie oczekując nic w zamian.
Celebruj każdą minutę ze swoim dzieckiem.

Dlaczego?
Jeśli tego nie zrobisz, wezmę cię za rękę.
Przeprowadzę, przez szpitalny korytarz.
I otworzę drzwi numer jeden, dwa, trzy...
Żebyś zrozumiał, jak blisko jest piekło...


K O N I E C

Nic nie poprawiłem. Nie miałem odwagi. Ten tekst rozbroił mnie. Miałem ochotę zapalić papierosa, nalać sobie wina i nie myśleć o niczym. Dym za dymem, łyk za łykiem.
Jednak zastanowiłem się nad swoim życiem. Nad tym, jaki bywam dla innych: niekiedy szorstki i bezwzględny. Wymagający. Apodyktyczny.
Anika nawet nie wie, że swoją aktywnością wykonuje bardzo ważną pracę. Skłania nas do refleksji. Powiem tak: gdyby #MikołajPromuje było codziennym programem informacyjnym, to ten odcinek jest wydaniem specjalnym.

Aniko, dziękuję Ci. Polecam innym i proszę każdego o wsparcie dla Ciebie!
Będę promował, bo w dobie pustki intelektualno-emocjonalnej Twoje teksty są na wagę
złota. 

fot. Darek Pala

Czuję się odarty z mentalnej elewacji, jaką była odporność na krzywdę innych.
Anika całkowicie zmieniła moje postrzeganie. Za to pozostaję jej wdzięczny i...

poniedziałek, 1 grudnia 2014

#MikołajPromuje: ON, ONA i ON - Z FACETEM TO NIE ZDRADA? - William Starczyk

Przedstawiam Wam pierwszego autora w ramach mojej akcji #MikołajPromuje. /czytaj więcej o akcji/
William Starczyk - fantastyczne pióro, kontrowersyjna tematyka, lekkość opowieści.
Zasugerowałem mu drobne poprawki. Z przyjemnością przedstawiam Wam niepokornego autora i jego mocny tekst.



Polecam ten blog! - Mikołaj Nowak


Każdy ma jakiś sekret



Adam jest dyrektorem departamentu prawnego w dużej firmie ubezpieczeniowej. Idealny kandydat na męża – inteligentny, przystojny, zamożny. Na pierwszej i drugiej randce udało mi się pozostać damą - kawa w modnym miejscu przy Placu Zbawiciela, kolacja w klimatycznej restauracji na Starówce. On płacił, a ja do domu dyskretnie wracałem komunikacją miejską, bo ostatnie pieniądze wydałem na nową marynarkę.
Za trzecim razem wyskoczyliśmy na drinka. Jeden, drugi, trzeci i w damie obudziła się dziwka. Pojechaliśmy do jego apartamentu, serce starego Mokotowa. On na mnie, ja na nim, pod nim, obok… . Ktoś zapukał do drzwi. – To mój syn – powiedział.

fot. Hannah Whitaker, The New York Times


On, ona i on

Gdy opadły pierwsze emocje, czułem się zdezorientowany.
Nie wspominał o tym, że ma dziecko. A skoro ma dziecko, to może ma i żonę?
Jeszcze chwilę temu piłem drinka z pewnym siebie człowiekiem sukcesu, a teraz leżałem w łóżku faceta, który udaje szczęśliwego męża i prowadzi podwójne życie. Zastanawiało mnie jedno - dlaczego tak ryzykował i pojechaliśmy do niego? Byłem wściekły. I przerażony.
Co, jeśli za chwilę znów ktoś zapuka? Tym razem córka? Żona? Teściowa? Nie mogłem wyjść z sypialni, więc spróbowałem podsłuchać coś przez drzwi…
Niczego nie usłyszałem. Ubrałem się, dyskretnie wyszedłem na taras i zapaliłem papierosa. W moment wytrzeźwiałem i trochę się uspokoiłem. Zacząłem to wszystko analizować.
Gdyby miał żonę, nie przyjechalibyśmy tu, prawda? Może jest więc rozwodnikiem lub wdowcem? A może nie ma i nie było żadnej kobiety, a dziecko adoptował? Lubię dzieci, ale myśl, że mogę zostać macochą mimo wszystko mnie przerażała.
Adam wrócił po kilkunastu minutach. Jego trzyletni synek już spał. Liczyłem na słowa wyjaśnienia, ale przekonał mnie, żebyśmy wrócili do łóżka. Po orgazmie, na którym ledwo się skupiłem, wysapał:
Dobrze, że Cię nie widział. Od razu powiedziałby mojej żonie.

Znieruchomiałem.

Kochanice króla

Mężczyźni, sypiający – często za plecami żony – z innymi mężczyznami. Nie są żadną nowością.
Robią tak, odkąd Adam i Ewa przestali być jedynymi ludźmi na Ziemi – od starożytnego Egiptu, przez średniowiecze, aż po dzisiaj. W starożytnej Grecji istniał ścisły podział życia społecznego i towarzyskiego. Greckie kobiety, do osiągnięcia starszego wieku, nie miały zbyt wiele swobody. Za to mężczyźni spędzali czas głównie w swoim towarzystwie, gdzie często przeżywali pierwsze erotyczne fascynacje. Powszechne były stosunki udowe, które „nie naruszały godności”, uprawiał je m. in. Platon. Dominujący mężczyzna wsuwał członka pomiędzy uda chłopca.
Średniowieczni królowie i książęta mieli – oprócz dam serca - nie tylko kochanki, ale i kochanków. Historycy do dziś dyskutują nad łóżkowymi upodobaniami Henryka Walezego czy Władysława Warneńczyka. Zresztą w czasach średniowiecza byliśmy bardzo tolerancyjni niż dzisiaj. Notabene, jako jeden z nielicznych krajów, nie karaliśmy homoseksualistów karą śmierci za ich orientację.
Mamy XXI wiek – transseksualista wchodzi do sejmu, drag queen wygrywa konkurs Eurowizji, zdeklarowany gej zostaje prezydentem jednego z największych polskich miast. Mimo to, wielu ludzi nadal boi się być sobą i decyduje się na życie w kłamstwie. Aby rodzice się nie czepiali? Żeby sąsiedzi nie gadali? Dla awansu w pracy?

Mężczyzna – pan i władca

Żona Adama raz w tygodniu wyjeżdża służbowo – już wiem, dlaczego nasze spotkania odbywały się tylko w poniedziałki. Do północy synem opiekuje się niania – dlatego wracał do domu niczym uciekający z balu Kopciuszek.
Spotkaliśmy się jeszcze tylko raz. Na mieście, długo rozmawialiśmy. Adam nie uważał się za homoseksualistę, a tym bardziej za ukrywającego się homoseksualistę. Nazwałem go więc biseksualnym heterykiem.
Kobiety go kręcą - ogląda się za nimi nawet przy mnie, jest to bardzo seksowne – i lubi seks ze swoją żoną, ale raz na jakiś czas potrzebuje seksu z chłopakiem. Mało tego, przyznał, że ma kilku kolegów, którzy również miewają podobne upodobania – Dopóki nie dajesz dupy, nie jesteś pedałem.
Historia zatoczyła koło? Erestes – mężczyzna starszy i dominujący, często człowiek sukcesu; żonaty, łowca i zdobywca. Eromenos – młody chłopiec; inaczej „paides”, słowo z greki, od którego pochodzi określenie „pederasta”.

Homo i hetero do lamusa?

Kim są żonaci faceci, którzy mają słabość do płci własnej? Czy żona i dzieci naprawdę nie są przykrywką, ale świadomym wyborem? A może to tylko jeden z etapów odkrywania swojego homo- lub biseksualizmu?
Być może nachodzą czasy, w których etykietki „homo”, „hetero”, i „bi” staną się zbędne. Może, za kilka następnych pokoleń, całkowicie ustąpią miejsca bardziej zuniwersalizowanemu porządkowi seksualnej sfery życia? Nie byłby to żaden postęp ani rewolucja, ale de facto powrót do korzeni.
Czy hetero, geje i lesbijki to wymysł ludzi, którzy wszystko chcą nazywać i porządkować? Historia pokazuje, że kategoryzacja i ograniczanie się nie leżą jednak w naszej naturze.
- Z facetem to nie zdrada - mówi Adam na koniec naszego ostatniego spotkania.
Kocha żonę, syna i są normalną rodziną. A o tym, że ma specyficznie upodobania, małżonce nie powie. To tylko zachcianka, bez której można przecież żyć.
Była już prawie północ. Powiedziałem, że boli mnie głowa i wrócę do siebie taksówką.
Skręciłem w Nowy Świat, zapaliłem papierosa i udałem się w stronę przystanku autobusowego.
Mijały mnie pary – małżonkowie, narzeczeni, kochankowie.
Zacząłem się zastanawiać: ile z tych kobiet powinno obawiać się, że ich mężczyznom czegoś brakuje? Czegoś, czego one same dać im nie mogą...

Dla www.mikołajnowak.pl w ramach #MikołajPromuje:

William Starczyk

- - -

Co myślicie o tekście Williama?
Czekamy na Wasze komentarze pod opowiadaniem i na facebookowej stronie.